Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nad nowem posunięciem i nie zauważył spojrzenia, siedział sobie spokojnie, jakby nie słyszał ani słowa z opowieści van Trothena-warjata, lub jakby to uznawał za zupełnie rozsądne i słuszne. — Źle, źle! Przyczaił się — w tem jest jakiś szatański chwyt... Co robić, żeby ten potwór przemówił? Przecież ja lada chwila zwarjuję już naprawdę!
Co było dalej już nawet nie pamiętał. Gdy przegrał trzecią partję zaraz zabrał się i poszedł, wymknął mu się również moment pożegnania jak gościowi, który wychodzi zupełnie pijany, obawiał się, że pod koniec był całkiem nieprzytomny — ten łotr mógł mu dosypać czegoś do wina. W nocy zerwał się nagle i nie zapalając światła zaczął się nagwałt ubierać, śpieszył się, wszystko mu leciało z rąk. Zgubił się samochcąc, póki czas trzeba uciekać. Z niezmiernym mozołem przypominał sobie, czy się przypadkiem z czemś nie wygadał. Chodził na palcach pociemku po wszystkich pokojach, szukając jakichś niewiadomych rzeczy, które musiał zabrać ze sobą. Ostrożnie wyglądał na ulicę. Wreszcie, zmordowany, przysiadł na chwilę w fotelu klubowym i obudził się dopiero rankiem z bólem głowy, z suchym językiem i z zupełną pustką w myślach. Ani śladu niepokoju, wszystko wczorajsze było zrozumiałe i proste.
— Struł mnie, bestja, tem starem wińskiem, dolewał i dolewał, pod koniec spiłem się zupełnie...
Przed Abbegglenem nie pisnął ani słowa o wieczorze, spędzonym z generałem, chodził spokojnie po świecie, zajmując się swojemi sprawami. Ani