Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


długich namysłach zamiast własnych czarnych zaczął posuwać białe figury przeciwnika. Przyszedł zdenerwowany, a pod koniec był prawie nieprzytomny. To, co mówił, było chaotyczne i z początku zupełnie niezrozumiałe, wyrzekał na intrygi nieokreślonych ciemnych sił. Jacyś wrogowie Niemiec chcą go skompromitować i zniszczyć... Konkurencyjne firmy zazdroszczą mu Evy Evard i chcą ją podkupić... Jeżeli złamie kontrakt, przepadną „Bogowie Germanji“ i „Mundus-Film“ ogłosi bankructwo... To jeszcze nic, ale jakaś banda ściga go po mieście, jest szpiegowany na każdym kroku...
— Co mi pan opowiada? Toż to czysta farsa!
— Godzą na moje życie i gorzej niż na życie, bo na moją cześć! Oplątali mnie...
— Ale kto, u djabła!
— Gdybym to ja wiedział... Przypuszczam, że rzucają na mnie jakieś straszliwe podejrzenie... Ich bezczelne donosy pobudziły zapewne władze do wszczęcia dochodzeń, które mi uwłaczają jako uczciwemu człowiekowi i wiernemu poddanemu Jego Cesarskiej Mości... Generale, jestem ofiarą strasznych machinacyj! Potrzebuję obrony, pomocy!... Zresztą, co tam, może się jeszcze te rzeczy ułożą — niepotrzebnie się skarżę, nie chciałbym przysparzać generałowi kłopotu, ale doprawdy, chwilami nie mogę się opanować... Gdzież, zresztą, mam szukać ratunku?
Generał słuchał, dziwił się coraz bardziej i milczał.
Van Trothen przerywał swoje skargi i zagłę-