Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzin mogli milczeć, obmyślając swoje chytre uczone kombinacje. Czasami mówili odniechcenia o literaturze, o kobietach, a od wybuchu wojny pogadywali o wojnie. Oczywiście generałowi przenigdy nie przesunął się po głowie nawet cień przypuszczenia, że ten poczciwiec van Trothen... Objąwszy w drugim roku wojny stanowisko szefa kontrwywiadu, kierował się doktryną, że nikt nie jest absolutnie pewny i że wpływy i machinacje nieprzyjaciela pośrednio lub bezpośrednio mogą sięgać wszędzie. Była to oczywiście teorja, gdyż, podejrzewając każdego i wszystkich, niepodobna nic wiedzieć i nic wykryć.
Generał był zamiłowany w swoim fachu i miał ogromne doświadczenie, w swej praktyce natrafił już na ślady wrogich knowań nawet w sferach najwyższych, zdarzały się zdumiewające niespodzianki, a niektóre były wprost fantastyczne. Ale gdy po raz pierwszy zaświtała mu w mózgu myśl o van Trothenie, uznał to za bzdurę — któż zresztą odpowiada za wszystkie głupstwa, które na sekundę mogą postać w głowie nawet najpoważniejszego człowieka? Jednak przyjaciel uwziął się — było to przed tygodniem, przy ostatniej partyjce szachów — żeby ten absurd zamienił się w uczucie przestrachu, a dalej w niewiarogodne powątpiewanie, wkońcu — w podejrzenie.
Van Trothen popijał gęsto i grał nieuważnie, chwilami zdawał się jak początkujący nieuk zapominać o odwiecznych chodach konia i laufra, a około północy w trzeciej partji zdarzył się moment, gdy po