Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oczach, wzdrygnęła się na wspomnienie tej nocy. Nieodparty urok wiosny pogrążył ją w ciężkiem strapieniu — cóż może jej przynieść to odnowione powracające życie, któremu radują się ludzie wszyscy? Jest na zawsze zgubiona, wyklęta. Czyste wiosenne tchnienie, które promieniowało zewsząd i na wszystko, co żyje, zdawało się omijać ją jedną, niegodną, tak okropnie zbrukaną, zatraconą bez nadziei. Niepodobna było zapłakać i rozszlochać się nad swoją niedolą, gdyż między stawami przemykali się ludzie, zaczęła więc kląć półgłosem, zawzięcie. Zionęła najobrzydliwszemi słowy, piętrzyła łajdackie okropności, wyzwiska, dziwolągi, kunsztowne wymyślne świństwa, wylęgłe w spelunkach i rynsztokach wielkomiejskich lub wytworzone w okopach dla ulgi i przetrwania. Nauczyli ją kląć oficerowie schamiali na froncie, nieraz popisywała się swą erudycją w dobranem gronie lub przy boku jakiegoś miłośnika podobnych paskudztw, którego tem rozjątrzała i wprowadzała w zachwyt.
Umilkła — bo ktoś nadchodził. Jegomość zgarbiony i otyły, o nabrzękłej, czerwonej twarzy, mocno kulejący — spojrzała na niego obojętnie i on spojrzał — przeszedł. Inspektor Hildt był już spóźniony o trzy kwadranse, zapewne znów nie przyjdzie. Na myśl, że conajmniej do jutra będzie się musiała obyć jakiemiś marnemi pięciu markami, wpadła w złość. Dobrze — za karę przerobi raport, przemilczy najnowszą zdobycz — Emmę Jess, jak już przemilczała doktora Helma, niech poczekają.