Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już żyć. Otrzymała wprawdzie od znajomej pani parę gramów jakiegoś „cudownego“ specyfiku o dzikiej nie do zapamiętania nazwie, ale na nią działało to fatalnie. Rozdrażnienie, bezsenność, a w długą samotną noc obsiadają pościel utrapienia, zmory i widma, postrzega czem jest i jak głupia brzydzi się sobą. Najgorsza rzecz — tak zwane opamiętanie się zatruwa ją idjotycznemi wyrzutami tak zwanego sumienia, które wszak nie istnieje w normalnym inteligentnym człowieku. Kto wie, czy zdoła wycierpieć jeszcze parę podobnych nocy, już wczoraj przychodziły takie straszne momenty... Bo i poco ona właściwie ma żyć?
Nagle spostrzegła w sobie coś dziwnego... Jakby powtórzenie momentu z przed wielu, wielu lat, może jeszcze z dzieciństwa... Skąd ten radosny niepokój? Przeczucie szczęścia, zachwyt nieokreślony, bez powodu i przyczyny?...
To wiosna — spostrzegła ją w sobie wcześniej niż ujrzała oczami lekkie zielonkawo-żółte omszenie na gałązkach wierzb nad stawem, świeżą jasną ruń na trawnikach. Na kępach zarośli, na drzewach, wszędzie nabrzmiałe pąki, ciepło, zapach wilgotnej ziemi... Za parę dni wystrzeli młode listowie, okryje, umai świat. Zaskoczyła ją wiosna. W rozwichrzonem, obłędnem swojem bytowaniu z dnia na dzień nie zdawała sobie sprawy z tego, co się poza nią dzieje na świecie. A czas płynął, przeminęła długa zima...
Łzy rozpaczy zapiekły w niewyspanych suchych