Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podobną farsę na filmie rysunkowym, uważał to za wytwór własnej wyobraźni, która podsunęła mu symboliczny obraz jego dziwnej karjery. Absurd! Dziurawe wiadro opętało go, nudziło, nie mógł się od niego odczepić, a teraz zbliża się moment niechybny, kiedy następi odmiana w dręczącem przedstawieniu, lada chwila krokodyl capnie go, skończy się głupia farsa, skończy się tak zwany van Trothen.
Jednego mu było żal porzucać, gdy przyjdzie dać szyję pod nóż Sittenfelda lub przełknąć własną pigułkę. Chciałby widzieć końcową rozgrywkę wojny. Nie był ciekawy, kto zwycięży, ale z czemś podobnem do uniesienia wyobrażał sobie, co nastąpi bezpośrednio po wojnie, w rok potem, i w dwa lata później — i po dziesięciu latach od zawieszenia broni. Wojna znudziła mu się do obrzydzenia i w jego rozumieniu choćby trwała jeszcze długie lata, będzie ona jedynie wstępem do przewlekłego okresu katastrof i przewrotów. Ogarną one wszystkie narody i będą się toczyły przez świat, wśród krwi, zniszczenia i klęsk, przy których zmaleje i zblednie miniona wojna. A dalej — co wyłoni się z dziejowego chaosu? Jakie prawdy, jakie prawa, co za ludzie?
Dla tego jednego warto było żyć...

Wreszcie, w połowie kwietnia o godzinie szóstej wieczorem, gdy po przedłużonej drzemce poobiedniej siedział osowiały, bez jednej chęci ani myśli, coś mu szepnęło do ucha:
— Już... Już! To dzisiaj...