Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szept był przenikliwy, alarmujący. Zerwał się i bez namysłu zaczął się ubierać. Zniesiono mu nadół oddawna gotowe dwie walizy.
— Jadę na dwa dni do Monachjum, we środę wracam porannym pociągiem...
W drodze na Pottsdamer Bahnhoff, wlokąc się nędzną szkapą, spozierał jakby z za grobu na miasto, w którem spędził pół życia. Nigdy tu nie wróci... Kaiser Wilhelmstrasse... Unter den Linden... Pariser Platz... Ta wspaniała dzielnica, serce niemieckiej stolicy, wydała mu się widmem czasów zamierzchłych, oddawna umarłych.
Dziś była nieprawdziwą złudą, snuły się po ulicach upiory prastarego pokolenia, jak w dniu zmarłych, gdy wolno im wyjść z grobów i na chwilę wrócić na dawne miejsca. Nie było już na świecie tych ludzi ani tego Berlina. Gdzie spoczywają ziemskie prochy van Trothena? Czas odbiegł daleko na wiele, wiele dziesiątków ludzkich lat od tej godziny zmierzchu, gdy jechał był z walizkami i ze swoim strachem na dworzec, by oszukać dawno zmarłego generała Sittenfelda i uciec przed losem, który się również już dopełnił. Rozumiał nikczemną niepotrzebną marność wszystkiego, co żyje, był niewzruszony niczem, jak głaz od wieków wrośnięty w ziemię, jak duch wyzwolony ze skorupy cielesnej i od wszelkich myśli i trosk.
Tak zajechał na dworzec. Gdy trzeba było ocknąć się, wysiadać, zapłacić dorożkarzowi, a dalej kupić bilet, pytać o godzinę, śpieszyć się, szukać