Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy wy nawet przez pięć minut nie możecie być ludźmi?!
— I wreszcie, Mischel Ramm, poeta... Pożegnajmyż ich wszystkich uczciwie i wznieśmy kielichy na ich cześć!
Zapadło głuche milczenie. W rozhukaną, pijaną ivrzawę wdarła się ciężka prawda, przed którą zamknęli się tutaj, żeby się zagłuszyć i wytchnąć. W roześmianych twarzach zaległo skupienie. Wśród ciszy jakiś głos kobiecy ozwał się stłumionem łkaniem, opłakując poległych w kwiecie wieku Kolegów lub kogoś jednego z nich. Parę westchnień. Kilka poszeptów. Wreszcie zagadał ktoś pierwszy i za chwilę sala zawrzała gwarem, rozległy się śmiechy, okrzyki, śpiewanie.
Wszyscy pili naumór. „Kassiopea“ była stowarzyszeniem artystów ubogich, z pewnem snobistycznem zacięciem proletarjackiem. Odkładając na przyszłość dostatki wielkiej karjery, poprzestawali na byle czem w tych nędznych czasach. Na szczęście jeden z urlopników przemycił z frontu ciężki worek, pełen puszek z sardynkami, drugiemu udało się zdobyć tamże czy zwędzić, czyli po żołniersku zafasować na lewo, piętnastolitrową baryłeczkę wysoce szlachetnego Fine Champagne. Te łupy wspaniałomyślnie przywleczone na Johannisstrasse, sprawiły, że kwietniowe posiedzenie „Kassiopei“ należało do najświetniejszych w sezonie. Już trzykrotnie pito zdrowie hojnych ofiarodawców, wygłaszając pijackie mowy pod paradoksalnem ha-