Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie i profesora tknęła myśl, że on zupełnie nie słuchał i nie słyszał jego przykładu z budową domu a teraz jakby się ocknął ze snu i przypomina sobie, co zacz tu przed nim siedzi i czego chce...
Na tę chwilę wsunął się młody oficer a za nim sierżant z aparatem telefonicznym. Gdy włączyli kontakt znikli obaj, generał w uprzejmych słowach przeprosił profesora i z niezmiennym znużeniem w twarzy, z rezygnacją wyciągnął rękę do słuchawki. Ujął ją i odezwał się głosem nadspodziewanie mocnym, surowym i stanowczym, przemówił rozkazodawca, człowiek władzy.
Profesor powstał i, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie, wyszedł na otwarty balkon gmachu komendantury. Na placu prażyło słońce, gromadki ludzi zwijały się nagwałt z robotą, zwożono stosy krzeseł, zbijano z desek estradę, rozciągano czerwone sukno, rozwieszano na malowanych drągach girlandy z choiny, zatykano sztandary. Z bocznej ulicy z cienia już wysunął się pierwszy zastęp i wypełzł na słońce na środek placu, długim sznurem ciągnęła dwójkami jakaś szkoła, mieniąc się od chorągiewek, na estradzie ukazało się parę posępnych postaci w cylindrach. Miasto Kolonja zbierało się święcić nowe zwycięstwo, ostatnie piorunujące uderzenie w Szampanji z 15 lipca, rozpoczęte przed trzema dniami i zmierzające do ostatecznego rozbicia oporu nieprzyjaciela. Już gdzieś woddali na mieście walił głucho wielki bęben orkiestry zbliżającego się pochodu, dzieci szkolne podjęły piskliwemi głosami pieśń