Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


patrjotyczną.
Profesor Wager ze swego balkonu patrzał na to jak przez sen. Co on robi w tej Kolonji, co go przygnało tak daleko? Czyż możliwe, że przybył umyślnie, żeby rozmawiać z samym Ludendorffem? Zupełnie zaś nie wygląda na prawdę, że z nim już nawet rozmawiał i że za chwilę będzie mówić jeszcze, albowiem Ludendorff nie może być postacią rzeczywistą — jest on kategorją idealną, urojoną — to myt niemieckiego narodu w rodzaju rozmaitych panów z Nibelungów. Jeżeliby, wreszcie, naprawdę z nim rozmawiał, to cóż on miałby do powiedzenia takiej osobie? Jedno jedyne — żeby go czemprędzej odprawił i puścił do domu...
Ze wszystkich ulic wypływały większe i mniejsze pochody ze sztandarami, otoczone bezładnem mrowiem ludzkiem, zalany słońcem plac zaczerniał od rojącego się tłumu. W utrudzonych bezsennością oczach profesora ćmiło się od tego zamętu, przymknął oczy i zadrzemał pomimo okrzyków i trąb.
Przez sen szturmowały doń wrzaski, budząc nieprzeliczone mnóstwo dziwacznych widziadeł. Gdy się ocknął i opamiętał się, gdzie jest, wydało mu się, że spał bardzo długo, na placu panowała cisza, tylko od dalekiej estrady dochodziło niewyraźne bełkotanie mówcy.
Otrzeźwił go przyjazny uśmiech adjutanta, który wychylił się ku niemu na balkon.
— Prosimy, panie tajny radco!
Odrazu spostrzegł, że pierwszy generał kwa-