Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie pokażę, zanic nie pokażę! Bo niema drugiego Paryża na świecie — jak od dwustu lat stwierdził to plebiscyt wszystkich narodów na kuli ziemskiej, a dziś w toku wojny powtórzy to, zgrzytając zresztą zębami, nawet każdy kulturalny Niemiec, który nas nienawidzi a musi podziwiać! Mądre miasto! Mężne miasto! A do tego miłe i pomimo wszystko co się dzieje teraz — wesołe... Wesołość przy pracy, wesołość w kłopotach, pogoda ducha nawet w nieszczęściu, to najświetniejsza cecha żywotna naszej rasy...
— Niechże pana djabli... Wydaje mi się, że pan popełnia plagjat... Bo ja sam to chyba kiedyś powiedziałem, może nawet napisałem, ale to było bardzo dawno...
— Dawno, dawno, kiedy to z nami było nader krucho — jednem słowem w końcu maja tego roku, panie prezydencie...
— Ha — ha — ha! Niejedno się gada, jak trzeba. Niejeden dowódca, kiedy mu żołnierze zaczynają wiać, wmawia w nich bohaterstwo, czasami to pomaga...
— Ale teraz zaczyna być dobrze, więc pan prezydent już wymyśla — wszystko w porządku.
— Na froncie, owszem, ale tam u nas w przeklętym Paryżu... Jakto?! Dużo ja widziałem w mojem życiu, już mam nerwy nie z żywych tkanek ale niczem mosiężne druty telefoniczne... Ale kiedy Mandel wręczył mi wczoraj stenogramy zeznań tych panów... Jakto?! Nom de tonnerre! Mogę znieść