Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie patrol francuski — trzech żołnierzy z podoficerem. Wracamy ku swoim. W pięknym zakątku na polance w cieniu bratamy się, żołnierze zachwyceni, wielkiemi łykami popijamy ordinaire. — Ale wina to u Boszów nie dają? Już nie zdążyłem odpowiedzieć, od tyłu z gęstwiny wypadli Niemcy. Podoficer miał rewolwer pod ręką, zdążył raz strzelić. Na nieszczęście głupi trafił — roznieśli ich wszystkich na bagnetach. Na polankę wychodzi z lasu pluton w linji tyraljerskiej. Cudem uwolniony płaczę z radości. — Znowu czuję się Niemcem. Byłem Francuzem przez niecałą godzinę.

...Odwrót na całym odcinku naszej armji, ale pułk nie ma kontaktu z nieprzyjacielem. Żniwa, nigdzie nie widać koni, do wozów wprzęgnięte na postronkach gromady kobiet. Pułk przechodzi przez jakieś miasto. Sklepy puste, ludzie obdarci, wynędzniali z głodu patrzą na nas w milczeniu, we wszystkich oczach radość.

...W nocy przerwali nas na lewem skrzydle, teraz ich kawalerja wyprzedziła nas i idzie przed nami, pułk rozwinięty frontem do przerwy. Muszę się czemś odznaczyć, zgłosiłem się na ochotnika na głęboki nocny wypad.

...O świcie pierwsze starcie — trafiliśmy na czarnych, obskoczyli nas ze wszystkich stron. Bronimy się i ja kłuję bagnetem na prawo i na lewo