Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niegorzej od innych. Żadnej możności porozumienia. W nocy postawili mnie na straży jeńców — trzy godziny stałem przy drzwiach w izbie pełnej oficerów. Leżą pokotem na słomie i gadają. Dziwnie osobliwie działa na mnie melodja mowy francuskiej. Uroiło mi się — (zapewne z niewyspania — trzecia noc na nogach) — że rozumiem każde słowo. Niewiele brakowało a wmieszałbym się do rozmowy, coś mnie kusiło, coś mnie pchało — było to jak przez sen. Ale przyszła zmiana.
Początkujący autor przerabiał w wyobraźni wszelkie tarapaty, jakie tylko mogły a więc powinny były nastręczyć się jego bohaterowi. Namnożył tego odmęt, dzień po dniu kapitan Déspaix bądź zbliżał się do swego celu, bądź oddalał się, odpychany przez nieprzewidziane okoliczności. Okoliczności bywały dziwne, niesamowite, upiorne, okropne, wreszcie i komiczne... Czy nie przesolił w nadzwyczajnościach? Rutyna żołnierza ostrzegała go, że takie rzeczy odbywają się daleko prościej. Zapewne, ale gdyby w literaturze opisywano ludzkie sprawy zwyczajnie, tak jak się one dzieją naprawdę, to nie byłoby właściwie żadnej literatury. Czytelnik domaga się od powieści właśnie tego, czego w życiu nie widzi i czego w życiu nigdy nawet nie bywa. Brnął dalej.
Wreszcie sam miał tego dosyć i chciał już skończyć, oczywiście z wynikiem pomyślnym. Déspaix miałby zginąć? Właściwie powinien był zginąć i to sto razy, ale niebawem zdrów i cały znajdzie się wśród swoich Francuzów, to się zrobi.