Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


luszem, żegnając go najżyczliwiej.
Claude klął w duchu okropnemi słowy we wszystkich trzech językach, jakie posiadał. — Licho przyniosło tego łapacza, zdaje się, że jeszcze będę miał z nim kłopot. Zato nowinę o wsypaniu się centrali berlińskiej (więc dlatego nie stawił się groźny Abbegglen!) przyjął z wielkiem zadowoleniem, zresztą dla przyzwoitości bardzo nikle osłoniętem przed samym sobą. Poczuł przedsmak wyzwolenia, nawet nie pomyślał nad tem, że i on w dalszym biegu tej sprawy może być brzydko zaczepiony, a kto wie, może go już nawet ujawniono... Z lekką myślą patrzał w swoje niewiadome, fantastyczne jutro.

Rita przyjęła go obojętnie, była zasklepiona w sobie, milcząca, jakby chciała ukarać go, a może i samą siebie za wyjątkowy wczorajszy dzień. To go onieśmieliło i również pogrążyło w milczeniu. Siedzieli każde w swoim kącie aż do chwili, gdy w otwarte okna uderzył łomot kroków wielkiej gromady ludzi, grzmot bębnów, ryk trąb, bezładne wrzaski. Rita zerwała się i zasłoniła sobie uszy.
— Co to jest? Czemu oni tak strasznie krzyczą?
— Zwycięstwo!... Wczoraj mówiliśmy z panią o przejściu Marny.
— Marna? To już chyba raz było, ale kiedy?
— Prawie cztery lata temu.
— Pan żartuje? Cztery lata?!
— Tak jest, pani Rito, tak jest...
— A więc teraz znowu się zaczyna od po-