Starosta warszawski/Tom III/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


XII.

EPILOG.


Po długich cierpieniach — z rezygnacyą, ze spokojem chrześciańskim, skończyła życie Marya Brühlowa — w ostatniéj godzinie uśmiechając się do otwartych niebios, które we snach widziała.
Dumont nie odstąpiła jéj do końca, a gdy zgon już był blizki, dobre serce staréj Francuzki chciało ostatnią pociechę przynieść umierającéj. Zawołała płaczącego w przedpokoju Godziembę, aby wychudłą i stygnącą jéj rękę raz jeszcze do ust przycisnął. Umierająca uśmiechnęła mu się i prędko zamknęła oczy, jakby ze strachu, a w nocy już u schyłku przywołać kazała kapłana, aby mu się z tego wejrzenia, z tego uśmiechu wyspowiadać raz jeszcze...
Po pogrzebie, Godziemba, którego już nic nie wstrzymywało w Warszawie, prosił hrabiego o uwolnienie, wyjechał do swoich starych, tęskniących ku niemu zawsze, i nigdy więcéj nie wrócił. W kilkanaście lat potém, znano go w Pińszczyźnie, jako pięknego jeszcze starego kawalera, który oparłszy się wszelkim namowom i pokuszeniem opiekunów swych i przyjaciół — pozostał bezżennym.
W tym kraiku ustronnym i zapadłym, Godziemba uchodził za człowieka wielkiego świata, za wyrocznię — a że charakterem zasłużył na szacunek powszechny, dom jego stał się późniéj jednym z tych, do których cała okolica uczęszczała, mając sobie za honor być przyjmowaną u podkomorzego. Tytuł ten dostał mu się w trzecim roku pobytu na nowém dziedzictwie.
Dumont, któréj dość znaczny zapis i dożywotnią pensyę na dobrach swych zapisała Brühlowa, pozostała w Warszawie, z razu w pokoiku, który jéj hrabia zająć pozwolił, ale wkrótce, troskliwa o przyszłość, wydała się za podkoniuszego hrabiego Brühla, niejakiego Mellera, młodszego od niéj o jaki lat dziesiątek. Poszli z nim razem na własne gospodarstwo. Głuche potém wieści powiadały, że straciwszy wszystko z powodu męża, który zbyt dobre rzeczy lubił, musiała szukać na starość przytułku w Tulczynie.
Po śmierci hrabiny Brühlowéj, wdowa po Sołłohubie, którą widziano jeszcze na pogrzebie kuzynki, nazajutrz znikła z Warszawy.
Brühl nierychło śmiał się o nią dowiadywać, chociaż serce go ku niéj ciągnęło, bo dawnemu przywiązaniu wiernym pozostał. Wolni teraz oboje, mogli dzisiaj, choć późno, podać sobie ręce na resztę drogi życia. Los, wypróbowawszy serca, jakby naumyślnie uprzątnął z drogi wszelkie zawady.
Ale pani Sołłohubowéj nie było, zdawało się, jakby się szczęścia tego przestraszyła i uciekła. — W półroku potém Brühl niespokojnie dowiadując się o wdowę, nie mógł o niéj żadnéj pewniejszéj dostać wiadomości. W jéj domu wiedziano tylko, że wyjechała za granicę, ale miejsca pobytu, który zmieniała często, nikt wskazać nie mógł.
Kilka listów wysłał hrabia napróżno, nie odbierając żadnéj odpowiedzi. Rodzina dalsza składała się niewiadomością o celu i kierunku podróży którą uważano za dziwactwo lub za coś nawet gorszego...
Kilka jeszcze upłynęło miesięcy, gdy Brühl, któremu dojmowała tęsknota, niespokojny postanowił odbyć podróż dla własnéj rozrywki i wytchnienia, mając może na myśli, że los mu nastręczy przypadkowe z Sołłohubową spotkanie. Nazbyt go téż żeniono i koniecznie swatać chciano w Warszawie, a zwłaszcza siostra Mniszchowa nalegała na niego, aby się żenił, pragnął więc téż od tych natrętnych projektów się uwolnić i zejść z oczu.
Marszałkowa utrzymywała, że brat miał obowiązek szukania żony, że mógł świetny zrobić maryaż i tp. Hrabia nie zapomniał był, iż téj siostrze winien już był po części pierwsze swe ożenienie i stracone dni życia. Nie chciał jéj tego wymawiać ale naglony, ucałowawszy jéj rękę, skłonił się i rzekł:
— Jeżeli to ma być koniecznością, abym się ożenił, moja droga Amelio — pozwól mi się ożenić samemu. Pierwszy raz poświęciłem się dla ojca, kobietę uczyniłem nieszczęśliwą, sam przecierpiałem wiele, teraz chcę być swobodnym i pójść za sercem własném.
Marszałkowa uśmiechnęła się złośliwie.
— Myślę, rzekła mu na ucho, że chyba trochę już przywiędła Sołłohubowa znajdzie łaskę w twoich oczach, ale...
Brühl przerwał przykrą mu rozmowę, nie chciał, aby ktoś obcy, nawet siostra rozbierała to uczucie, które dlań było świętém i nietykalném.
Mniszchowa jednak, mająca na widoku jedną z księżniczek Lubomirskich, miała czas podszepnąć złośliwie, iż wdowa widocznie wyjechała dla uniknięcia starania o jéj rękę, mając pewne stosunki, których przyznać nie było trudno, jakąś potajemną miłość, która groziła okropnym mezaliansem i z którą ukrywać się musiała.
Brühla potwarz ta nie wzruszyła wcale, znał nadto dobrze Maryę. Późną jesienią wybrał się do Saksonii i do Włoch. Cel podróży był naukowy i artystyczny, lekarz radził mu téż nadmorskie powietrze. Po drodze potrzebował hrabia zwiedzić swe majętności w Forscie i Pförtenie w niższych Łużycach, gdzie miał znaczne fabryki żelaza, poznać swą posiadłość Turyngijską w Gangloffsömmernie, pomyśleć o losie pałacu i ogrodu w Dreźnie, które życzył sobie sprzedać z rotundą Albuzzi i innemi własnościami miejskiemi, które na jego część po ojcu przypadły.
Dosyć czasu zabrała Saksonia, obejrzenie pozostawionych tam zbiorów artystycznych, rozporządzenie niemi, nareszcie z małym pocztem wyruszył hrabia ku Włochom. Starając się korzystać po drodze ze wszystkiego, co się nastręczało, zaglądając wszędzie gdziekolwiek coś było do widzenia, przeciągając umyślnie podróż nie wymagającą wygód, bo Brühl był najwstrzemięźliwszym i najmniéj do życia potrzebującym człowiekiem, nareszcie na karnawał stanął w Wenecyi.
Był to niemal przeddzień upadku rzeczypospolitéj, żywego trupa, który bronił się rozpaczliwie napastującéj go zewsząd zgniliźnie. Królowa Adryatyku była naówczas zbiegowiskiem awanturników szukających tu rozrywki, znęconych sławą swobody, z jaką można się było zgrywać, szaleć i trzpiotać z pięknemi Włoszkami.
Jak zawsze, jak wszędzie niemal, i tu orgia poprzedzała zgon — ale szałom tym przyświecały cudowne mozajki starych mistrzów, cudniejsze obrazy szkoły, która już uczniów nie miała, wspaniałe gmachy Sansovinów, lazurowe morze, wielkie przeszłości bohaterskiéj pamiątki.
Potęga Wenecyi była już cieniem tylko, urok jéj rzeczywistością jeszcze.
Wieczorami, gdy się tłum cudzoziemców wysypał, wyroił na oświecony księżycem plac Św. Marka, gdy na pół osłonione postacie przesuwały się pod galeryami prokuracyi, a z okien zaczęły brzmieć gitary i piosenki — można się jeszcze było na chwilę sądzić w staréj Wenecyi Dandolów, Contarinich, Falierich. Ten urok miasta zbudowanego na morzu, jedynego w świecie, dziwnego jak sen, pięknego jak bajka, i Brühla zachwycił w pierwszych dniach pobytu.
Jak każdego przybysza, usiłowali go opanować czyhający na podróżnych cudzoziemców, tytułowani, wykwintni, sypiący złotem dla wyciągnięcia go awanturnicy, ale Brühl grzecznie pozbył się natrętów. Znawca i miłośnik sztuki, cały się oddał zwiedzaniu kościołów i pałaców, pełnych jeszcze arcydzieł Pawła Werończyka, Tycyana, Tintoretta, Bellinich.
Wycieczki na Lido, na wysepki sąsiednie, późniéj znajomości z kilku patrycyuszami, do których miał listy polecające — dosyć przyjemnie czas spędzać dozwalały. Chociaż unikał zbiegowisk i zabaw szumnych, chciał raz Brühl widzieć ową sławną maskaradę wenecką, a nie chcąc mieć świadka téj fantazyi, którą sam za zbyt płochą uważał, udał się prawie potajemnie na nią.
Ówczesne maskarady odbywały się nie w zamkniętych salach jakiegoś teatru, ale na placu św. Marka, po kawiarniach, w domach, w całém mieście wszędzie. Maski wesołe przybywały gondolami, przebiegały plac i piazettę, gubiły się czasem w bocznych uliczkach, nikły gdzieś w domach, lub odpływały niepostrzeżone, jeźli kto gonił za niemi. Lud i signorya mięszały się razem, cudzoziemcy i miejscowi.
Hrabia, który zajmował mieszkanie w staréj gospodzie pod Luną, potrzebował tylko kilka zrobić kroków ku placowi, aby w tłumie i gwarze się znaleźć. Maska była dlań zbyteczną, zdawało mu się, że nikt go tu poznać nie może. Gwar już i śmiechy panowały na placu, gęsto nabitym różnobarwną i bardzo wesołą publiką, gdy Brühl się wcisnął pomiędzy lud, aby przysłuchać się śpiewom i konceptom. Nie brakło na pulcinellach wyprawujących figle, i maseczkach, które rade były cudzoziemca intrygować. Hrabia uchylał się ostrożnie, gdy kobieta czarno ubrana, pięknéj postawy, widocznie do lepszego należąca świata, z twarzą okrytą aksamitną maseczką i woalem, zmienionym głosem poprosiła go o rękę.
Zdziwiony Brühl ją wyciągnął. Naówczas mały paluszek nakreślił mu na dłoni F. A. B.
Nie sposób było odgadnąć, maseczka się śmiała po cichu. Zawinięta w obszerną mantyllę, nieznajoma ani postawą, ani głosem się nie zaradzała.
Brühl pewnym będąc, że go któryś z patrycyuszów zdradził — grzecznie zaproponował przechadzkę po placu, lecz kobieta odmówiła mu podania ręki, i chciała tylko iść obok niego.
— Pani wprawdzie znasz pierwsze litery mojego nazwiska — rzekł hrabia — lecz wątpię, żebym ja miał szczęście być jéj znanym.
— O! i owszem, bardzo dobrze! — ozwał się głosik cieniutki.
— Dajże mi pani tego dowody? — zapytał Brühl...
— Najłatwiéj — mówiła maska — jesteś pan synem wielkiego ministra, masz dwa kraje, które się do ciebie przyznają, byłeś żonatym, nie byłeś szczęśliwym, masz wszystko co szczęście daje a dotychczas szukałeś go napróżno.
Zdziwił się Brühl nieco.
— To wszystko — rzekł — mogą być wiadomości, o które łatwo, można mnie nie znać i dostać ich z ust czyichś.
— A! ale ja cię znam, mój hrabio — ciągnęła maska daléj — lubisz sztukę, malujesz, lubisz muzykę i grasz, lubisz teatr i piszesz komedye. Nie prawdaż?
Brühl w domysłach się gubił.
— Tak, — znam cię, ciągnęła daléj czarna maseczka... a że jestem trochę wróżką... nawetbym ci przyszłość mogła przepowiedzieć!
— Nie... téj nie jestem ciekaw — odparł Brühl z uśmiechem — zakryto ją przed nami dla szczęścia naszego, nie chcę podnosić zasłony... Życieby było bez smaku, gdybyśmy jego menu wiedzieli.
— Dziękuję...
— Szkoda, — odezwała się maseczka — miałam panu, który podobno nie byłeś szczęśliwym, który nie kochałeś nigdy...
Brühl zaprotestował...
— Ale tak! tak! — szybko powtórzyła maska — nie kochałeś nigdy... bałamuciłeś się tylko trochę... pamiętasz z tą Angielką!! a potém... z tą... nie powiem.. To były bałamuctwa nie miłości... teraz, masz się zakochać w młodziuchnéj, ślicznéj dzieweczce, no! i... no.. i być bardzo szczęśliwym... Proś mnie na wesele...
— Niestety! maseczko moja, — zawołał Brühl — dowodzisz, że i mnie nie znasz, i prorokinią nie jesteś! Kochałem raz w życiu i nie przestałem kochać... a jeśli téj, o któréj myślę, nie znajdę, prędzéj kapucynem zostanę niż mężem...
— Żartujesz, — mówiła ciągle maska wyciągając go z tłumu i wysuwając się ku piazecie... Ta, którą ci się zdaje że kochałeś, jest już i nie młodą, i życiem znękaną... Kto wie czy onaby ciebie chciała? a ty, teraz ją zobaczywszy, czybyś się nie rozczarował?
Tak mówiąc doszli do brzegu, u którego stały gondole; kobieta skinęła główką, rzuciła się w jedną z nich, i nim Brühl miał czas się namyślić, pogonić za nią, znikła...
Wioślarze otaczali go, wołając:
„Gondola! Signore! Gondola!...“ Brühl porwał pierwszą z brzegu i kazał mu się wieźć za tą, która ich poprzedziła... Wioślarz czy nie zrozumiał, czy nie dopatrzył... lecz pogoń nie miała skutku... Zaciekawiony, podrażniony hrabia wrócił późno do Luny i nie mógł sobie przebaczyć swéj niezręczności. Był to widocznie ktoś z Polski i z tego świata, w którym on się obracał. Ale kto?
Hrabia wpadał wprawdzie na myśl, że to mogła być Sołłohubowa, ale ani głos, ani postawa nie zdawały się należeć do niéj.
Parę dni upłynęło na daremnych poszukiwaniach; gdy towarzyszący mu w podróży sekretarz Francuz, dawny jeszcze ojcowski sługa, jednego ranka wszedł z twarzą dziwnie rozweseloną do pokoju...
— Panie hrabio, — rzekł żywo, zacierając ręce — zdaje mi się, że przynoszę nowinę, za którą na podziękowanie zasłużę. Wypadkiem dowiedziałem się tu o osobie, którą, jeśli się nie mylę, hrabia byś sobie pewnie życzył odwiedzić.
— Kogo? — zapytał trochę obojętnie Brühl — bo ja do odwiedzin nie mam najmniejszéj ochoty.
— Jest tu pani hrabina Sołłohubowa.
Generał poskoczył z krzesła, nie kryjąc wcale jaką mu to sprawiało przyjemność.
— Gdzie? jak? — dowiadywać się począł...
Usłużny i domyślny zwiastun téj dobréj nowiny, oznajmił, iż hrabina oddawna zamieszkiwała w Wenecyi i zajmowała znaczną część pałacu Contarinich nad Canal Grande...
Ucieszony tą wiadomością, Brühl ubrał się natychmiast, posłał po gondolę, i nie tracąc chwili czasu — pojechał. Obawiając się, że może nie być przyjętym, kazał na dole oznajmić służbie tylko, iż przybywa z Polski i ma listy i polecenia od familii — nie wymieniając nazwiska.
W kwadrans potém wpuszczono go do sali, po staroświecku umeblowanéj i zawieszonéj obrazami, których ramy starte, równie jak sprzęty, świadczyły o długiém zaniedbaniu i ruinie.
Z bijącém sercem oczekując, stał z oczyma wlepionemi we drzwi, gdy te się otworzyły i Sołłohubowa weszła: Pobladła zobaczywszy go, chciała się cofnąć z razu... stanęła jak osłupiała... a potém żywo podbiegła ku niemu...
Powitanie było milczące...
— Czy to sen? — odezwała się w końcu drżącym głosem wdowa...
— Nie, pani... ale dziwne losu zrządzenie, coś coby palcem Opatrzności nazwać należało... Jechałem do Wenecyi bez nadziei spotkania pani, bez myśli nawet szukania téj, która się zdawała umyślnie ukrywać przedemną. Dziś rano... szczęśliwy traf pozwolił mi się dowiedzieć, że pani tu jesteś...
Wdowa milczała, oczy spuściwszy na ziemię.
— A, pani, — mówił Brühl — godziłoż się tak odemnie uciekać, w chwili gdym ja najgoręcéj widzieć ją pragnął?... gdy... największe do tego miałem prawo?... Popełniłaś pani okrucieństwo.
Zamilkł chwilę, gdy mu na myśl przyszło to, co od siostry słyszał.
— Będę szczerym, — dodał. — Jeżeli wam jestem natrętnym, jeżeli to prawda co u nas może zmyślili, może podchwycili ludzie: że ta ucieczka była serca potrzebą, że ją tłómaczy jakieś przywiązanie, stosunki... obowiązki, szczęścia nadzieje... ja się oddalę i nie będę zamącał pokoju waszego...
Sołłohubowa oburzyła się mocno, podniosła oczy czarne na Brühla, ruszyła ramionami i odezwała się głosem, w którym niemal gniew się malował:
— Cóż to za potwarze? kto mógł co podobnego wymyślić? o kim mowa? o jakich stosunkach? To coś niepojętego dla mnie!
— W Warszawie mówią nawet już... o mezaliansie, — odezwał się Brühl — choć, tam gdzie się łączą serca... ja mezaliansu nie rozumiem.
— Lecz któż mógł coś podobnego wymyślić! — krzyknęła ręce łamiąc hrabina. — Dałamże najmniejszy nie powód, ale cień powodu do posądzenia mnie o coś takiego... o pokątne miłostki? mnie! która kochając poszłabym głosić na rynku miłość moją! bobym się jéj nie wstydziła. Mnie! mnie!
Brühl zamilkł. Żywo poruszała się pierś pięknéj Maryi, a lice zarumieniło... Milczała i ona, zdając się walczyć z potrzebą mówienia i postanowieniem milczenia...
— Powodem do tych domysłów niedorzecznych, — odezwał się hrabia — była ta dziwna ucieczka pani z Warszawy, zatarcie śladów za sobą, ukrywanie miejsca pobytu, niezrozumiałe... niewytłómaczone... Ludzie chcieli odgadnąć przyczynę i trafili na myśl... według nich, bardzo naturalną.
— Tak! prawda! osądzili mnie według siebie. Te panie nie postąpiłyby inaczéj. Im ciężyłyby ich wdowie szaty, musiałyby szukać rozrywki, choćby w jakimś mezaliansie nie nazwisk, ale serc i ducha... dla — zabawki... co robić z nudów!
Pani Sołłohubowa, przestraszona własną złośliwością, rączką sobie zatuliła usta.
— A więc, to fałsz, — rzekł Brühl — ucieczka jéj pozostaje więc mniéj jeszcze zrozumiałą. Ja jako stary, może najstarszy z tych, którzy do tytułu przyjaciół pani mają prawo, czy nie mógłbym spytać??
— A! mój Boże! czy może być co prostszego, mniej potrzebującego kommentarzów? — z uśmiechem wymuszonym poczęła gospodyni. Poprostu znudziła mnie jednostajność w Warszawie. Kobieta, istota płocha (c’est convenu, płochemi być musimy), szukałam rozrywki, czegoś nowego, a może samotności, może ciszy... spoczynku lub czegoś co się nie daje określić.
— I to właśnie w chwili — przerwał Brühl — gdy jéj stary, biedny przyjaciel, ręce ku niéj wyciągał o pociechę... o słówko... o wejrzenie... a gdyby był śmiał... o więcéj może!
Halte-là, — przerwała Sołłohubowa poważniéj. Nie grajmy w chowanego; za starzy na to oboje jesteśmy; mówmy otwarcie jak na dobrych przyjaciół przystało. Wiesz pan dla czego wyjechałam z Warszawy, uciekłam, zniknęłam?.. bom was kochała...
Brühl pochwycił rączkę, którą mu natychmiast wyrwano.
— Będę miała odwagę wyspowiadać się do końca — mówiła daléj wdowa. — Kochałam was poczciwie, serdecznie, pragnąc szczęścia dla was... nie dla siebie. Gdybym na miejscu została, miałabym sobie do wyrzucenia żem się u was upominała o należną, o odgadniętą, może już ostygłą miłość, że chciałam wam jarzmo narzucić... Zeszłam wam z oczu, bo pragnę, abyś sobie wyszukał młode serce, twarz świeższą od mojéj... kochanie nowe, coby wam zapłaciło długie życia tęsknoty... — Oto był powód odjazdu mojego, — dodała ze wzruszeniem — przyczyna, dla któréj jutro uciekam z Wenecyi.
Domawiała tych słów, gdy Brühl się jéj do nóg rzucił i pochwycił ręce... oczy miała łez pełne.
— Więc chcesz mnie na wieki nieszczęśliwym uczynić? — zawołał. — Ja ciebie kochałem jedną i kochać będę do zgonu, nie mam już serca dla nikogo... Tyś dla mnie zawsze tą Marynią, co mi z uśmiechem rączkę niegdyś podała... jakby obietnicę, iż kiedyś ją otrzymam na zawsze... Droga Maryo, nie chciejże dobijać tego, który żyje tobą i dla ciebie!
Pani Sołłohubowa milczała.
— Czyż wątpisz o mojém przywiązaniu? — zapytał z wymówką.
— Nie, nie, — szepnęła głosem łzami przerywanym — alebym nie chciała, aby życie rozczarowało cię i odebrało mi je... Któż wie, czy mnie kochać będziesz, gdy zostanę twoją, gdy się resztka uroku rozpryśnie, a każdy dzień odzierać mnie będzie z niego!... Zostańmy z dala tym dwojgiem tęskniących do siebie... to lepiej może.
— Nie, ja cię nie puszczę! jak cień i zmora wlec się będę za tobą! — zawołał Brühl — musisz być moją... Byłoby szaleństwem, świętokradztwemby było, dla marzenia jakiegoś mnie zabijać na ofiarę.
— Wstań! — odezwała się Sołłohubowa — już nie wiem co się dzieje ze mną... niech się stanie co chcesz!
I zarzuciła mu ręce na szyję...
Brühl... po tym uścisku pochwycił jéj rękę, zdjął z niéj pierścionek i włożył na swój palec. Marya się nie opierała, heroizm jéj we łzach się rozpłynął — zwyciężyło pragnienie choć krótkiego szczęścia na ziemi.
— A teraz, — rzekła wiodąc go za rękę z sobą — chodź i zobacz tego, dla którego ja uciekłam z Warszawy...
Mówiąc to otwarła drzwi i wprowadziła go do gabinetu... Stał w nim z jednéj strony klęcznik do modlitwy, — z drugiéj na stoliku, otoczony kwiatami świeżemi, portret Brühla...
Późnym wieczorem powrócił hrabia dnia tego do Luny, i od progu już wydał rozkazy, aby się pakowano do podróży. W pałacu Contarinich ruch téż był wielki: ukochana pani opuszczała Włochów, którzy się do niéj przywiązali serdecznie.
Przez trzy dni następne Brühl już nie oglądał ani pałaców, ani obrazów, ani kościołów, spędzał je z Sołłohubową. Miała go ona o dni kilka poprzedzić do Warszawy. Brühla nie wiązało nic, oprócz własnéj woli; wdowa też miała tylko daleką rodzinę.
Nim starościna ejszyska, bo tak zwano wdowę po Sołłohubie, dojechała do stolicy, poprzedziły ją już wieści dziwnie szybko nadeszłe o jéj zamążpójściu za Brühla. Wszystkie piękne panie warszawskie, które z rzadką łatwością naówczas mieniały nie tylko ulubieńców, ale mężów nawet, nie mogły się wydziwić owéj stałéj miłości, o któréj mówiono, że sięgała lat dziecinnych...
Było to dla nich coś monstrualnego... Zazdrościły jedne, śmiały się drugie, inne niedowierzająco ramionami ruszały...
Brühla położenie w Rzeczypospolitéj, rosnące znacznie, świeży jego wybór do Rady nieustającéj jako członka komissyi wojskowéj, czyniły go partyą bardzo świetną i godną zazdrości. Nie dziw, że na wdowę poglądano okiem zawistném, nie umiejąc sobie wytłómaczyć tego uroku, jaki miała dla Brühla. Wszelkiemi sposoby usiłowano małżeństwo w śmiech obrócić — ale... nikt nie zważał na to.
Powróciwszy Brühl głosił swe zaręczyny, a ślub odbył się z przepychem i wystawą jak największą, przy licznym zjeździe rodziny...
Generał będąc jednym z najzamożniejszych obywateli Rzeczypospolitéj, nie szczędził nic na uświęcenie tego dnia, na który oczekiwał tak długo.
Poczęły się dni szczęścia, ale nie trwały tak jak oczekiwanie.
W rok potém urodził się hrabiemu syn, którego z uroczystością wielką cały korpus artylleryi trzymał do chrztu w cekhauzie. We trzy dni późniéj oficerowie, którzy do generała przywiązani byli jak do ojca — wyprosili u króla dla dziecięcia tego patent porucznika... Syn starosty, który został pełnoletnim w dwunastoletnim roku życia, w kilka dni po przyjściu na świat otrzymał stopień dowódzcy, a na pamiątkę wybito medale...
Jeszcze rok... nowe nadzieje... Brühlowa nadto była szczęśliwa, aby w trwanie życia tego wierzyć mogła — przeczucia zgonu ją trapiły.
Jakoż ten sam kapłan, co ślub jéj dawał, pobłogosławił na wieczności drogę, i stuła, którą haftowała do ślubu, służyła księdzu przy namaszczeniu ostatniém.
Dwa groby, dwóch Brühlowych, matki i żony, stanęły obok siebie u Kapucynów w kościele. Sic transit gloria — sic transit vita — sic transit amor et omnia.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.