Starosta warszawski/Tom III/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


XI.


Długich lat kilka upłynęło, od przywrócenia Brühlowi dawnego jego w Rzeczypospolitéj stanowiska. Różowa jutrzenka panowania wprędce zaszła chmurami groźnemi. Generał artylleryi pozostał wśród tych wypadków widzem tylko i pracowitym robotnikiem około tego co mu powierzone zostało. Nie miał najmniejszéj chęci mieszania się do wewnętrznych walk i przełomów, które krajem zawichrzyły. Zamykał się w cekhauzie i w domu, jako starosta warszawski czynnie się zajmując stolicą — ale ani teść, ani książę Radziwiłł, ani inni przyjaciele wciągnąć go nie potrafili w żadną walkę i zaprządz do żadnego stronnictwa. Nie był stworzony do politycznych kabał, a te, na które patrzał od dzieciństwa, smak mu do nich odebrały.
Miano mu za złe obojętność — Brühl milczał.
— Sumiennie — odpowiadał wyrzucającym mu tę neutralność — sumiennie nie mógłbym powiedzieć co jest lepsze i do dobrego prowadzi — wolę zostać nieczynnym, niż wyrzucać sobie omyłki i błędy.
Pisał więc komedye, lał działa i grał kwartety. W domu ten sam zawsze stosunek grzeczności czułéj łączył go z żoną, któréj zdrowie, pomimo starań lekarzy, coraz bardziéj zdawało się zagrożoném. Z anielską cierpliwością pani generałowa znosiła swój kaszel, lekką gorączkę i osłabienie. Parę razy lekarze do wód i na włoskie wyprawiali ją powietrze, jechała posłuszna w towarzystwie Dumont i dodanego dworu, wracała orzeźwiona nieco i po krótkim czasu przeciągu z upartą słabością nazad wracała. Niekiedy na dłuższy czas, powołana jechała do Krystynopola, czasem wolała zamykać się w Warszawie, mając kościół pod bokiem i ulubionego spowiednika.
Pani wojewodzina patrząc na nią, wzdychała i miała żal do zięcia — lecz nigdy nań słówkiem nie poskarżyła się żona, owszem brała jego stronę i szczerą mu zawsze przyjaźń okazywała.
Ale to było lodowate małżeństwo połączonych dłoni a serc niemogących się zbliżyć, zrozumieć ani połączyć.
Wojewoda kijowski miał może za złe zięciowi, iż się zupełnie przejednał z królem i unikał wszelkiego narażenia się mu, umiał jednak szanować charakter Brühla i pozostał z nim w najlepszych stosunkach.
W ciągu tych lat znowu Sołłohub zachorował, trawiła go boleść jakaś wewnętrzna i niesmak do życia. Nie przywiązywał do niego wielkiéj wartości. Młody jeszcze, zobojętniały na wszystko, już się czując gorzéj, biedny Jaś — począł szukać rozrywki w grze, która naówczas stała się namiętnością i klęską powszechną.
Grano wszędzie, począwszy od zamku, aż do gospód i sal srebrnych i złotych. Gracze z professyi przybywali do Warszawy tłumami, kupy złota wykładając dla zwabienia łatwego do stołów, do których się docisnąć nie było podobna. Sołłohub nie potrzebował gry szukać, miał ją wszędzie i codziennie. Było to lekarstwo od nudów, przesytu, zwątpienia, gorsze od choroby — apatyę zastępowało gorączką. Słabość jego i wycieńczenie zwiększyły się. Rodzaj życia towarzyszący grze, zabijał go. Wracał do domu osłabiony! kilka dni czasem leżeć musiał, wstawał i powracał do nałogowo już potrzebnéj mu trucizny. Łagodnie starała się go odwieść od tego żona, usiłował odciągnąć Brühl — on słuchał rozumowań, uśmiechał się, milczał, potakiwał nawet, a nazajutrz znikał i znajdowano go znowu w tém samém towarzystwie i takiém samém rozgorączkowaniu.
Brühl nieraz wysłany przez żonę, biegł go szukać, prosił i zaklinał — lecz nałogu nic zwyciężyć nie mogło.
— Co ci to szkodzi? — wołał ściskając Brühla. Na świecie mi nie smakuje nic, oprócz téj zażartéj walki z głupim losem, i jedyną, ostatnią przyjemność chcecie mi odebrać.
— Ale to cię zabija!
— A jeśli ja pragnę być zabitym? — odpowiadał Sołłohub.
Wygrywając i zgrywając się na przemiany, biedny Jaś doszedł do tego, że w końcu z domu już nie mógł się ruszyć. Naówczas zbierał u łóżka kilku przyjaciół i awanturników, i po całych nocach rzucał kartami. Żona płakała.
Jednego dnia po takiém szaloném wyczerpaniu, zasłabł mocniéj; posłano po lekarzy, znaleźli go już niemal dogorywającym, nie było ratunku. Gorączka się zwiększała, przyszła senność, nieprzytomność i koniec zwichniętego życia.
Pani Sołłohubowa została młodziuchną i śliczną wdową, zamknęła się w domu, przestała bywać na świecie i przyjmować. Spodziewano się, że to nie potrwa dłużéj od żałoby, którą ściśle donosić chciała témbardziéj, iż wiedziano, że męża kochać nie mogła. Lecz po ukończeniu jéj, pani Sołłohubowa pozostała w ciasném kółku krewnych i znajomych... Ci, którym wdzięki jéj, majątek, dowcip i wszystkie razem wzięte przymioty nie dawały spokoju, cisnęli się różnemi sposoby, usiłując zbliżyć do niéj — na nic się to nie przydało — mówiła otwarcie, że za mąż iść nie myśli.
W czarnéj sukni prostotą swą odbijającéj dziwnie od strojów, na które się naówczas wysilano, przyjeżdżała czasem do Brühlów, pokazywała się w kościele, na przejażdżkach i powszechne obudzała zajęcie.
Złośliwe kobiety utrzymywały, iż chciała świat okłamać, udając miłość dla męża, lecz do tłómaczenia tego nie mogły żadnego dodać komentarza, bo postępowanie wdowy nie dawało do tego najmniejszego powodu. Szeptano wprawdzie o przyjaźni dla hrabiego Brühla, o jego uwielbieniu dla niéj — ale to były stare dzieje, nowemi niepoparte postrzeżeniami.
Snuło się więc tu życie tak jak ono w rzeczywistości zwykło się prząść z szarych nici, gdzie niegdzie złotym pyłkiem, krasną plamką, czarném pasmem przetykanych. Przynajmniéj raz w tydzień wdowa przyjeżdżała do Brühlowéj i spędzała z nią dzień cały, usiłując jéj dopomagać w robotach do kościołów lub bawić rozmową.
Naówczas przybywał do salonu hrabia i małe to kółko, zamknąwszy drzwi obcym — bawiło się czytaniem i muzyką. Pani Sołłohubowa, pracowała nad nią wiele i grała pięknie. Brühlowa lubiła słuchać, hrabia ich zachwycał.
W Krystynopolu tymczasem dorastał przyszły dziedzic i następca wojewody, ulubiony jedynak Feliś, na którym największe w przyszłości pokładano nadzieje. Właśnie po wojnie domowéj, kraj się nieco uspokajał, gdy hrabia Brühl jednego dnia odebrał z Krystynopola umyślnego z własnoręczną kartką wojewody, ręką drżącą nakreśloną i zawierającą tylko te wyrazy: „Proszę kochanego generała, za odebraniem tego pisma, natychmiast przybyć do Krystynopola. Jest tego gwałtowna potrzeba“.
Brühl z saméj kartki domyślił się, że coś nadzwyczaj ważnego zajść musiało — chcąc się o tém więcéj dowiedzieć, przez Godziembę kazał do siebie wezwać posłańca.
Był to jeden z kozaków wojewody, który na zapytanie, coby się działo w Krystynopolu — odpowiedział, iż o niczém nie wie, że wszyscy są dzięki Bogu zdrowi, i że ma rozkaz, konia tylko popasłszy natychmiast wracać dzień i noc z odpowiedzią.
Brühl posłuszny zawsze rozkazom wojewody, — polecił wszystko gotować do podróży — lecz nie mogąc wyjechać dnia tego, odłożył ją do następnego rana. Odpowiedź kozaka znacznie go uspokoiła. Wojewodę znał jako człowieka gwałtownego, którego czasem i małéj wagi okoliczność wzburzyć mogła...
Wieczór był dosyć późny, gdy pani Sołłohubowa, która wczoraj była u Brühlów, i któréj wcale się nie spodziewano, przybyła znowu, ale tak blada, wylękniona i wzruszona, iż od progu z jéj twarzy jakąś złą wieść wyczytać było można.
Na zapytanie troskliwe szepnęła tylko, że się czuje nie bardzo zdrową i że to powoli przejść musi. Dała jednak znak Brühlowi, iż na osobności z nim mówić potrzebuje. Nie było to trudno, gdyż rozmaite, jak zwykle obowiązkowe pacierze i nabożeństwa odciągały po kilka razy w ciągu wieczoru z salonu panią Brühlową, a Dumont prawie zawsze jéj towarzyszyła, nabrawszy także smaku do pobożności nieustannéj.
Gdy hrabina wyszła, Sołłohubowa wstała z krzesła, dobyła z za sukni kartkę i oczyma wskazując drzwi, któremi wysunęła się żona, dała mu znak, aby pismo przeczytał.
Stało w niém:
„Nie opisuję tragicznéj historyi, o któréj szeroko po kraju rozchodzą się wieści, jak jednak ad Regiam Majestatem doniesiono o niéj, dla wiadomości JWPani rzetelnie skreślam. JWPan starosta bełzki, syn JWwojewództwa kijowskich, od ośmiu miesięcy za wiadomością rodziców swych uczęszczając na polowania, mil trzy od Krystynopola, bywał w domu JMP. Komorowskich, nowosielskich starostów, gdzie w córce ich, z których starsza poszła za JMPana starostę rachodowieckiego, pokochawszy się, ile że ma być i edukacyi i piękności wielkiéj, miał nalegać na rodziców onéj, aby się z nią żenił, i gdy założona przez nich kondycya być miała, żeby tego postanowienia nie czynić bez wiadomości i zezwolenia JWPp. kijowskich, JMP starosta bełzki mocno nalegał, żeby to przed czasem dopełnienia tegoż ożenienia mieć w sekrecie, i za usilném wymaganiem rodzice damy podjęli się wyjednać indult, do czego się miała przyczynić Warszawa i poprzednio wiedzieć o tym knowanym maryażu, który nastąpił w dzień św. Szczepana, i rodzice damy mieli przyrzeczoną z miejsca tego protekcyę utrzymywania validitatis tegoż małżeństwa. Jakoż po ślubie publicznie rozgłoszeno téż ożenienie, i że inpregnata a ztąd konsekwencya, iż rozwód być nie może.
Zaszła zaś awantura w dzień popielcowy najazdu i raptus téjże damy, miał być z gwałtownością, strzelaniem i kaleczeniem kilku tamże ludzi, a dama porwana w największe mrozy w letniém cale odzieniu i bez futra, a że bardzo delikatnéj kompleksyi, największa obawa, czyli, bądź z przeziębienia nie miała jakiego nieszczęścia, ile śladu nie masz gdzie się podziała“.
Doczytawszy do tego miejsca, Brühl zbladł i spojrzał na Sołłohubową, która zbliżając się szepnęła mu na ucho:
— Najstraszniejsze wieści... Mówią, że zabita czy utopiona, nad Krystynopolem burza, posądzają o gwałt starostę śniatyńskiego.
— W téj chwili wezwano mnie listem do wojewody, miałem wyjeżdżać jutro, jadę natychmiast.
Było to pierwsze echo téj straszliwéj historyi Gertrudy Komorowskiéj, która wkrótce kraj napełniła cały, obudzając oburzenie powszechne przeciwko wojewodzie kijowskiemu, bo jemu utopienie niemiłéj synowéj przypisywano.
Znikli nagle ze dworu podejrzani o popełnienie téj zbrodni kozacy i słudzy wojewody — potwierdzali najstraszniejsze domysły ucieczką swoją.
Nie chciano mówić o tém Brühlowéj i przyjaciółka podjęła się strzedz jéj od tych wieści, któreby ją niepokojem o rodziców przerazić mogły.
Zaledwie kilka słów zamieniwszy z Brühlem, wdowa poszła pożegnać kuzynkę i wyjechała, Brühl wezwał nieuchronnego Godziembę, którym się we wszystkich razach ważniejszych zwykł był posługiwać. Jemu jednemu mógł zwierzyć wszystko i polecić czuwanie nad żoną. Pan Tadeusz który na samym sobie wypróbował gwałtowność wojewody, ani na chwilę nie wątpił, iż powieść o nieszczęśliwéj synowéj była prawdziwą. Przyśpieszono wybór w podróż, Brühl z listem pożegnał hrabinę, wymknął się z pałacu i z jednym sługą pobiegł na pocztę, nocą jeszcze opuszczając Warszawę.
Stosunki Komorowskich i dawna w kraju niechęć ku dumnemu wojewodzie sprawiały, że wieść o zamordowaniu starościny bełzkiéj wzburzyła co żyło przeciw Potockim. W ciągu drogi, mógł się Brühl przekonać, jak straszne i groźne panowało wszędzie rozdrażnienie i wołanie o pomstę. Pędząc dzień i noc, po najokropniejszych wiosennych roztopach, przybył nareszcie do rezydencyi krystynopolskiéj. Jak czasu wojny brama była ostawiona wojskiem, na wałach żołnierze, warta przy pałacu... obwach pod bronią... W pałacu samym panowało milczenie złowrogie... słudzy z posępnemi twarzami, stali wszędzie u drzwi na strażach...
Gdy hrabia wszedł do kancellaryi Potockiego, znalazł go siedzącym w krześle, z głową obwiązaną, z ręką po krwi puszczeniu na chuście wiszącą, żonę przy nim i doktora Macpherlana...
Twarz wojewodziny blada była i gniewna, usta zacięte... Gdy się Brühl zbliżył do powitania, nie rzekł nikt słowa...
— Jak się ma Marynia? — ozwała się, wedle zwyczaju — z wysiłkiem wojewodzina.
— Zdrowa...
Wyszedł w téj chwili lekarz... natenczas wojewodzina Anna załamała ręce i wskazując na męża, zawołała z rozpaczą:
— Patrz, patrz, co nam źli zrobili ludzie...
Brühl nie śmiał ust otworzyć...
— Wiesz już o wszystkiem? — rzekł słabym głosem wojewoda.
— Z odgłosu tylko, z wieści, a więc jakbym nic nie wiedział... — odparł hrabia...
Potocki zdał się zbierać siły i radzić oczyma z żoną, które z nich powiedzieć miało... całą boleść rodziny...
— Słuchaj! — odezwała się matka, któréj oczy cisnęły płomieniami...
— Jam spokojniejszy, — przerwał wojewoda — jużem ból mój rozumem pokonał, daj mi jejmość mówić, powiem wszystko...
— To był spisek na nas uknuty w Warszawie, przez nieprzyjaciół naszych, aby mi syna odebrać, aby dziedzica najbogatszego w kraju dać w ręce awanturnikom... To smarkacz jeszcze... skorzystano z młodości... wciągniono do spisku domowników... Znasz Szczęsnego, dziecko jest, ale temperament ma i krew naszą. Wcześnie w nim kipieć zaczęło... Wiesz jak go wychowywano... Głupim był, gdym na usilne prośby pozwolił mu po dwa i trzy dni polować ze starostą Zawideckim, nie wiedząc gdzie czas spędza. Wciągnęli go do Nowosiołek Komorowscy, podsunęli mu dziewczynę swoją... Sierakowski im pomagał... Chłopiec oszalał, indult przysłano mu z Warszawy, ślub odbył się potajemnie. Ślub! bez wiedzy ojca i matki z małoletnim.
Wtém wojewodzina wtrąciła:
— Póki ja żyję nie pozwoliłabym na to, nigdy, raczéj...
— Cóż czynić było? — dodał nakazując milczenie wojewoda — znieść tę ignominię i dać sobie wydrzéć syna?
Tu zamilkł i głowę wsparł na ręku.
— Bóg mi świadek... nie chciałem nic więcéj tylko ją kazać wziąć i osadzić w klasztorze... a rozwód okupić choćby miljonem, bo o złoto im nie o co innego chodziło... — Tu zniżył głos... — Stało się... nieszczęście.
Śmielsza i więcéj zapalona, wojewodzina dodała:
— Pan Bóg ich skarał za to co nam gotowali... Ludzie co ją porwali... krzyk tłumiąc... No! zginęła... w drodze umarła... rzecz skończona... — zawołała wojewodzina rzuciwszy rękami...
— Bóg widzi! — powtórzył Potocki — śmierci nie chcieliśmy...
— Ale na nią zasłużyła... i oni! dobrze im tak. Nie my, nie ludzie, sami Komorowscy zabili dziecko swoje...
Wojewodzina zaczęła się gwałtownie przechadzać po pokoju; Brühl stał zmieszany...
— Generale! — zawołał wojewoda — bądź mi pomocą... Szczęsny tu pozostać nie może... Mnie grożą, jego pociągnąć mogą, serce zmiękczyć, przerazić... uczynić z niego świadka przeciw ojcu własnemu. Zabierz go z sobą, wywieź za granicę, opiekuj się nim. Jesteś mu bratem, synem naszym, synowskiéj pomocy żądamy od ciebie...
Wojewodzie łzy pociekły z oczu... Matka milczała gniewna: przypomnienie wypadków wprawiało ją w rodzaj szału.
— Nieprzyjaciele nasi radować się będą... rzucą na nas potwarze... kto wie co czeka!! Szczęsnego ratować potrzeba... Wy go możecie uspokoić... ułagodzić, my dlań musimy być surowi. Przewinił przeciw rodzicielskiéj władzy.
Hrabia słuchał tych urywanych narzekań.
— Gdzież Szczęsny? — zapytał.
— Tu, pod strażą, — odpowiedział wojewoda. — Nie możemy na jednę chwilę spuścić go z oka. Komorowscy czuwają... listy szlą... gdyby go porwać mogli lub skłonić do ucieczki... odebraliby go nam pod pozorem czułości...
Wojewodzina nogą tupnęła...
— Jutro, nie daléj, w podróż! — dodał wojewoda — na miłość bożą nie opuszczaj nas!! Ratuj...
— Mogę widzieć Szczęsnego? — zapytał Brühl, któremu ciężyła ta rozmowa...
Potoccy spojrzeli po sobie...
— Potrzeba, ażebyś go widział i do podróży przygotował — rzekł wojewoda — lecz proszę, unikaj wszelkiéj rozmowy o tém co zaszło... mów o rzeczach obojętnych, jak gdybyś o niczém nie wiedział... Uspokój go... cierpieć musi.
— Zasłużył, — ponuro mruknęła wojewodzina — a my?
Sądząc, że usunięciem się na chwilę przyczyni się do uspokojenia, hrabia wziął za kapelusz. — U drzwi znalazł się dworzanin Bistecki, któremu polecono zaprowadzić go do Szczęsnego. Tu, jak przy pokojach wojewody, a nawet dokoła skrzydła pałacowego i w niejakiém oddaleniu pod oknami, stały straże... Francuz kamerdyner zamyślony dumał na progu...
Gdy hrabia wszedł do pokoju, Szczęsny, młody, smukły, z oczyma żywemi chłopak, który na swe lata wydawał się może zbyt dziecinnym, wpół siedział, napół leżał na kanapce... Nieco opodal z książką w ręku zbliżoną do oczu, staruszek ksiądz Wolff modlił się czy czytał dość pilnie... U okna stał niepozorny dworzanin, któremu dobrze się przypatrzywszy, można było w oczkach małych dowcip ukryty wyczytać. Był to pan Benedykt Hulewicz, towarzysz zabaw starosty, ulubiony zarówno rodzicom jak jemu...
Na widok Brühla, Szczęsny powoli podniósł się zmieszany z siedzenia i postąpił parę kroków na jego powitanie... Wolff książkę położył, Hulewicz cofać się począł do progu. Hrabia ułożył twarz jak mógł najweselszą.
— Wojewoda mi powiada, żeś niezdrów, — odezwał się — ale nie znajduję śladu choroby na twarzy, dzięki Bogu...
Szczęsny się zmieszał, i jak gdyby odpowiedź chciał opóźnić, przysunął krzesło.
Brühl usiadł.
— W istocie, czułem się trochę chorym, — cichym głosem rzekł Szczęsny, oglądając się dokoła — ale to przejdzie.
— Troskliwi o zdrowie wasze rodzice, — dodał hrabia — chcieliby cię wyprawić za granicę, i czas też jest, ażebyś trochę świata zobaczył; wojewoda namawia mnie, abym ci towarzyszył... — Spojrzał mu w oczy...
— Bardzobym był rad temu, — rzekł Szczęsny sucho.
— Składa to się dosyć dobrze, — mówił Brühl daléj — gdyż ja i także wybierałem się ku Francyi, moglibyśmy więc przynajmniéj część téj podróży odbyć razem.
Z chłodnym półuśmiechem, Szczęsny powtórzył, iż miłoby mu było tak doświadczonego mieć towarzysza podróży....
Rozmowa rozpoczęta w ten sposób, nagle została przerwana. Szczęsny oparł się na stoliku, spuścił głowę i roztargniony począł zwijać i rozwijać kawałek papieru, który mu wpadł w ręce.
Ks. Wolff nie czując się już obowiązany do nadzoru, wysunął się odetchnąć do drugiego pokoju. Hulewicz znikł, zostali sami. Brühl zdawał się czekać zwierzenia poufalszego, a Szczęsny go obawiać — milczeli więc.
— Nic nie masz przeciw téj podróży? — zapytał wreszcie Brühl z cicha, chcąc się dowiedzieć coś od nieszczęśliwego, nad którym czuł politowanie.
Szczęsny spojrzał. — Ojca wola, — rzekł krótko.
— A ty?
Znowu papier począł zwijać Szczęsny...
— Ja, nie wiem... i ruszył ramionami... a wkrótce potém wsparł się od niechcenia na kanapie...
Widocznie Brühl nie wzbudzał w nim zaufania i przykro mu to było. Odważył się więc na śmielsze wystąpienie.
— Radbym wiedział twoją myśl i życzenie, aby się do niéj zastosować i starać się przykrości oszczędzić.
— Bardzo dziękuję, — odpowiedział Szczęsny zwolna, ciągle papierem się bawiąc. — Mnie wszystko jedno... doprawdy, wszystko jedno...
— Mojém zdaniem podróż jest lepsza dla ciebie, swobodniejszy w niéj będziesz niż tutaj, to cię rozerwie... — rzekł hrabia — a ja, przecież strasznym nie będę mentorem...
— Zapewne innych téż mieć będziemy towarzyszów podróży? — zapytał nieśmiało Szczęsny.
— Nic nie wiem jeszcze.
Młody wdowiec głową potrząsł i zamilkł...
— A dokąd pojedziemy?
— Sadzę, że do Niemiec i Szwajcaryi...
Rozmowa równie zimna i mało nauczająca ciągnęła się jeszcze z pół godziny, gdy oznajmiono do stołu. Szczęsny, pod pozorem słabości, jadł u siebie, Brühl pożegnał go i odszedł smutny.
Gdy powrócił do sali, w któréj wojewodzina z karłami, panną Terlecką i ks. Russyanem czekała, rzuciła nań okiem badawczém i podając rękę, szepnęła po cichu:
— Jakżeś go znalazł?
— Bardzo spokojnym...
Niedowierzająco potrzęsła głową.
— Udaje, a wiem, że po nocach rzuca się i płacze... — Na tém przerwała nagle wchodząc do jadalnéj sali — gdzie reszta dworu oczekiwała. Przy stole, chociaż wszyscy o nieszczęśliwym wypadku wiedzieli, począwszy od wojewodziny silono się na to, aby o nim ani wspomnieć, ani o nic drażliwego nie potrącić. Na twarzach malował się niepokój i ciekawość, w mowie była powściągliwość i powaga, świadcząca o karności domowéj. Wybierano do rozmowy przedmioty najmniejszego z położeniem nie mające związku, unikając imienia starosty bełzkiego, Sierakowskiego, który był posądzony o posiłkowanie mu i z tego powodu uchodzić musiał, a nawet wzmianki o miejscach mogących to nieszczęście przywieść na pamięć.
Sucha téż, smutna, wymuszona była rozmowa, rwąca się co chwila, sztukowana... niesmaczna, a ile razy oczy badawcze i ciągle gniewne wojewodziny padły na kogo z domowników, co najprędzéj wzrok odwracał, aby go nie posądzono o zbytnią ciekawość.
Brühl wymęczył się u stołu, nim nareszcie objad się skończył, i ks. Russyan rozpoczął wstawszy, ręce złożywszy: Gratias agamus... za którym wszyscy stojąc modlitwę dziękczynną powtórzyli po cichu... Karły, które jadły przy osobnym stoliczku, poklękały w czasie modlitwy, a Bebuś i Beba przyszli pocałować rękę pani po obiedzie...
Zatém poszła gospodyni wiodąc Brühla do męża, przy którym czasu objadu, doktor Macpherlan pozostał... Wojewoda czasem po obiedzie drzémał, zostawiono go więc samym, a pani wziąwszy znowu Brühla, poczęła mu dawać na podróż instrukcye... Wszyscy się obawiali, aby Szczęsnego Komorowscy nie opanowali i nie przeciągnęli na swą stronę. Matka szczególniéj podejrzywała go o słabość dla nieboszczki, a oziębłość dla rodziców. Brühl więc miał być ciągle przy nim, przynajmniéj dopóki granic kraju nie przejechali...
Wojewodzina płakała dostając spazmów na samą myśl, żeby Szczęsny mógł uwikłać się dać Komorowskim. Już naówczas miano dlań na przyszłość widoki i przeznaczano mu Mniszchównę z Dukli... Dano się tego domyślać hrabiemu.
Zszedł tak czas do wieczoru, a gdy się wojewoda przebudził, wezwał hrabiego na ostateczną konferencyę do siebie. Znać z niéj było, że wszystko co się tyczyło podróży ułożyła matka, bo wojewoda niemal dosłownie to co ona wprzód mówiła powtarzał...
Wyjazd naznaczony był na jutro... Brühl poszedł raz jeszcze do Szczęsnego, którego zastał nad szklanką limoniady i arkuszem papieru zarysowanym figurkami. Ale to szybko ściągnął i schował widząc zbliżającego się szwagra. Trochę smutku, więcéj znudzenia i niecierpliwości malowało się na twarzy Szczęsnego... Chociaż pozostali sami z hrabią, rozmowa nie przybrała poufalszego obrotu, nie mówiono nic o wypadku... Milczenie o nim było snadź nakazane, nikt nie śmiał ust otworzyć...
Ponieważ Hulewicz i Bistecki z dworzan towarzyszyć im mieli w podróży, Brühl wychodząc wieczorem znużony, po spędzonym dniu wśród narzekań i ciszy tajemniczéj, dał znak znajomemu sobie Hulewiczowi, aby się z nim udał do jego pokoju... Miał nadzieję więcéj się od niego coś dowiedzieć i stosownie do tego pokierować w postępowaniu ze starostą. Hulewicz jednak nie śmiał pójść zaraz, i dał tylko znak, że późniéj służyć będzie. Dopiero gdy się wszyscy pospali wśliznął się do Brühla.
Chłopak był w wieku Szczęsnego, bystry, dowcipny, żywy ciekawy i nie można było wątpić, że wie o wszystkiém lepiéj od innych. Zrozumiawszy na co go Brühl potrzebował, zaklął go najprzód na wszystko najświętsze, aby mu tajemnicy dochował, potém westchnął i począł opowiadanie po cichu...
Według Hulewicza prawdą było, iż starosta Zawidecki pierwszy, dla rozrywki Szczęsnego doradził odwiedziny w domu hrabiów Komorowskich. Panny były piękne, żwawe, wesołe, a Szczęsny trzymany surowo i w samym wieku tym, który namiętności rozbudza. Za drugą czy trzecią bytnością, szalał za Gertrudą. Niepodobna go było powstrzymać, gotów się był ważyć na wszystko. Komorowscy tém się łudzili, że ród ich był stary i zacny, że mieli kolligacye wielkie, i że ich zawsze w Krystynopolu dobrze przyjmowano. Spodziewano się więc, że spełnione małżeństwo może z razu gniew obudzić, ale w końcu uznane zostanie. Pierwsza wojewodzina dowiedziała się o małżeństwie i padła zemdlona z gniewu. Zaledwie ją odratowano.
Starosta Zawidecki, gdyby był nie uciekł, padłby był ofiarą zemsty, gdyż na niego, jako dodanego do dozoru, zwrócono cały gniew. Wezwano do porady mnóstwo osób. Wojewodzina szalała. Syn nie mógł się jéj na oczy pokazać. Ojciec złajawszy go jak nieletnie dziecko, zamknął pod strażą.
Zaczęły się bieganiny, intrygi, konszachty, posłańcy, a wojewodzina niezmordowanie była czynna. Wysyłano szpiegi, dowiadywano się o wszystkich obrotach przeciwnego obozu. Naostatek jednéj nocy znikli z Krystynopola: Dambrowski pułkownik kozaków, podkoniuszy Wilczek, Grabowski stolnik kozaków, kilku ludzi najśmielszych i najzręczniejszych, jak Satyrko i Szpilka, którym podobno żydki Abramek Jodko i rudy Wolf Szmujłowicz towarzyszyli. Następnego dnia oboje województwo z wielkim niepokojem zdali się oczekiwać wiadomości... Dzień przeszedł w milczeniu. Nocą posłyszano w bramie i dziedzińcu jakieś zamięszanie i gwar, które wprędce ucichły.
Dambrowskego, Wilczka, Grabowskiego, już w żywe oczy nikt nie widział więcéj. Mówiono tylko że ich do ukraińskich dóbr wysłano.
Hulewicz opowiadał, że według powieści, która z ich ust zdaje się szerzyła się po dworze, porwali oni starościnę gwałtem, a wioząc ją, poduszkami krzyczącą zarzucali, tak, że ze strachu i braku powietrza, w drodze skonała. Przerażeni zbójcy trupa gdzieś w rzekę mieli przez wyrąbaną rzucić płońkę.
Brühlowi szło o to, jak Szczęsny przyjął wiadomość tę, która do niego dojść musiała, lecz z opowiadania Hulewicza przekonał się, że o losie żony nie wiedział wcale. To tłómaczyło jego rezygnacyę i obojętność pozorną.
Hulewicz wszystkie posłuchy, jakie pozbierał, powtórzywszy hrabiemu, wymknął się po cichu.
Nazajutrz odjazd, o który wojewoda naglił, był naznaczony. Od rana pakowano powozy, przygotowywano eskortę do granicy. Potocki do dnia swoim obyczajem, wstawszy wezwał zięcia, aby mu raz jeszcze zalecić czuwanie nad synem i nie spuszczanie go z oka, aż do granicy. W czasie popasów i noclegów, nikt się obcy nie miał zbliżać do niego, nikogo do gospód, w których stawać mieli, nie dozwolono dopuszczać.
Gdy się dzień zrobił i do podróży nareszcie wszystko było gotowe, Szczęsny powołany został do rodziców. Brühl wyszedł do drugiego pokoju.
Wojewodzina i wojewoda przyjęli go surowo.
— Jedź waszmość — rzekł ojciec — a staraj się poprawić z lekkomyślności swéj, i nie zapominaj o Bogu. Obraziłeś waćpan mnie i matkę postępowaniem, które świadczyło, żeś się płochym ludziom dał sprowadzić z drogi obowiązków. Do religii, winnego posłuszeństwa rodzicom i lepszego życia powrócić potrzeba. Chcę wierzyć, że się acindziej poprawisz, i dla tego nie odmawiam mu mojego błogosławieństwa.
Szczęsny w milczeniu przykląkłszy, ucałował ręce ojca i matki, któréj głos żywy i gniewny brzmiał długo, przerywany wybuchami spazmatycznego rozjątrzenia. Nie mogła się wstrzymać, by nie łajać Komorowskich i wszystkich co do tego małżeństwa rękę przyłożyli.
Trwało to dosyć długo, aż wojewoda zatamował ten wylew żółci, który zakończył się łzami i spazmami.
Gdy wyszli siadać do powozu, Szczęsny blady był jak mur. Razem z Brühlem siedli do karety, która w orszaku dodanych dragonów, wyruszyła nareszcie.
Długi czas trwało w powozie milczenie. Brühl go przerywać nie śmiał. Szczęsny nie wiedział może, jak szwagier był usposobiony. Oba więc unikali rozpoczęcia rozmowy. Na popasie przytomność doktora Macpherlana i dworzan, mówić téż nie dozwalała. Różnica wieku pomiędzy szwagrami była téż przeszkodą do spoufalenia. Brühl znacznie starszy onieśmielał Szczęsnego.
Gdy przybyli na noc, snadź z rozkazu wojewody ostawiono już naprzód zamówioną gospodę strażą do koła. Hulewicz utrzymywał potém, iż byli ludzie nasadzeni, którzy się skradali i usiłowali dostać do Szczęsnego, ale zabiegi ich spełzły na niczém.
W téj smutnéj roli mentora i dozorcy, Brühl musiał towarzyszyć Szczęsnemu, aż do Strasburga, wedle rozkazów teścia. Młody Potocki drugiego dopiero dnia otworzył usta, zwierzając mu się ze swéj miłości dla Gertrudy, któréj ukrytą miniaturę na piersiach nosił. Przysięgał on, że nigdy kochać jéj nie przestanie i był pewien, że żyje. Nikt nie śmiał jeszcze strasznéj prawdy mu powiedzieć, prawdy, któréjby nie uwierzył może.
Gdy raz wyznanie to wyrwało mu się, usta się już nie zamykały, i opowiadaniom nie było końca. Jednakże podróż zwolna uśmierzała ból, obudzała się ciekawość, dopominała młodość praw swoich, wracała wesołość. Hrabia usiłował go rozerwać i dopiął tego łatwo, gdyż Szczęsny, wszystko czuł gorąco na chwilę i ulegał coraz nowym podróży wrażeniom.
Z przyjemnością ujrzał Brühl zbliżający się kres téj podróży, w ciągu któréj po kilkakroć musiał dla uspokojenia pisać do Krystynopola.
Gdy się nareszcie rozstali, a generał uczuł wolnym, spadło mu z piersi brzemię wielkie, i nie zwlekając, zwrócił się nazad do Warszawy.
Za granicą historya Komorowskiéj mało była znana, lecz w miarę jak się zbliżał do kraju, Brühl mógł się przekonać, jak straszny i uwłaczający wojewodzie kijowskiemu rozgłos miała. Wszyscy nieprzyjaciele Potockich i obrońcy praw ludzkości, wołali o pomstę do Boga na okrutnego magnata, który śmiał morderstwem rozrywać nienawistne syna małżeństwo. Był to doskonały temat dla nieprzyjaciół instytucyj rzeczypospolitéj, dla tych, co radykalnych reform żądali.
Dzienniczki niemieckie, gazetki pisane, listy pełne były snutych na tém tle opowiadań. Malowano w nich wojewodę straszniejszym jeszcze niż był tyranem. Jak sprawa toruńska wprzódy, jak porwanie króla przez konfederatów, historya Komorowskiéj obracała się przeciw całemu krajowi i robiła mu nieprzyjaciół. Na granicy znalazł Brühl wrzawę tę jeszcze straszniejszą i groźniejszą. Sprawą zajmowali się wszyscy.
Drobna szlachta domagała się na magnata kary przykładnéj, nielitościwéj, kraj się niejako dzielił na obozy, ale obrońców Potockich ledwie nieśmiałych i nielicznych znaleźć było można. Brühl z tém większym pośpiechem zdążał do domu, że jakkolwiek uczucie szacunku i przyjaźni wiązało go tylko z żoną, lękał się o nią, wiedząc, ile dozna dowiadując się o tém, co się stało w Krystynopolu.
Wątpił, ażeby zdołano przed nią utaić całą okropność téj tragedyi i powszechny o niéj sąd ludzi.
Zaledwie wysiadłszy, zapytał o żonę i dowiedział się, że chora wyjechała do Krystynopola.
Godziemba, po którego posłał, i któremu zrazu, zapomniawszy się, chciał wyrzucać, że nie towarzyszył hrabinie — opowiedział mu smutny, iż chora pojechała do rodziców, odebrawszy wiadomość o losie starościny bełzkiéj. Dumont z nią była.
List, który mu oddano, nie wzmiankujący o niczém — krótki, pisany dla formy, oznajmywał, że żona wkrótce powrócić zamierza. Jakoż powróciła w dni kilka, chora, blada, milcząca, i rozpoczęła znowu swe życie dawne, nie śmiejąc ani męża pytać o brata, ani ust przed nim otworzyć o wypadku. On téż o nim nie wspominał, a obcy unikali wszelkiéj alluzyi. Zapłakane oczy i głęboki smutek generałowéj świadczyły, jak okrutnie cierpiała. Dochodziły ją, mimo wszelkich ostrożności, pisma szkalujące, druki w których rodziców jéj dotykano boleśnie, biedna kobieta zamknęła się w domu i kościele, oprócz rodziny nie przyjmując nikogo. Oszczędzano jéj, o ile się to dało, przykrości, jakie każde wspomnienie historyi Komorowskiéj, czyniło na wrażliwéj i choréj — ale to był cios ostatni, który wątłą już i znękaną miał dobić.
Okrutny wyrok wojewody kijowskiego, pomszczony być miał na własném jego dziecięciu.
Pani Brühlowa zachorowała silniéj, wszystkie symptomata rozwinęły się gwałtowniéj, lekarz sprowadzony nie taił, że hrabina miała suchoty. Słabość mogła się przeciągnąć, nie śmiano obiecywać, aby uleczoną być miała. Dumont, któréj upartą ideą było, że wszystkiego złego powodem stało się niedobrane małżeństwo i tajone cierpienia serdeczne, łamała ręce, zarówno może nad losem pani ubolewając i swoim.
Brühl, jak zawsze, okazywał się troskliwym, uprzedzającym, czułym, i nikt mu obojętności, zaniedbania zarzucić nie mógł. Otaczano największemi staraniami chorą. Francuzka siedziała nieodstępnie, sekretarz czytał głośno, ale po gorączce nastąpiło wycieńczenie, zobojętnienie, apatya i ten spokój przedśmiertny, który jest ciszą — co burzę skonu poprzedza.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.