Starościna Bełzka/Wstęp

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starościna Bełzka
Data wydania 1879
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
WSTĘP.

Od dawna poszukiwaliśmy z ciekawością materyałów, mogących rozjaśnić zajmujący epizod naszéj historyi domowéj zeszłego wieku, porwanie gwałtowne Gertrudy z Komorowskich Potockiéj, z rozkazu jéj teścia, Franciszka Salezego Potockiego, wojewody kijowskiego, na którego tle Malczewski osnuł jedyne arcydzieło swoje. Zbieraliśmy powoli akta i korrespondencye odnoszące się do tego ciekawego studyum historycznego, i dziś je nareszcie dopełniwszy o ile się dało, przedsiębierzemy wydać, opierając się na bardzo dostatecznéj liczbie niewydanych dotąd materyałów.
Wypadek i epoka zarówno ku temu pociągały, nie dla upodobania w skandalu, lecz dla poznania z blizka tak różnie, opacznie i przesadnie opisywanego zdarzenia, które samemi prawie domysłami i podaniami wypełniano.
Wkrótce po ukończeniu procesu tego głośnego w Europie, niemiecki autor dziełka: Briefe über den itzigen Zustand von Galizien. Ein Beitrag zur Statistik und Menschen-Kenntniss. (Leipzig, 1786, Erster Theil, f. 186), wspomniał wypadek, i ubrawszy go w barwy poetyczne, przedstawił w sposób najprzesadniejszy. Cały opis tragicznéj sceny utopienia, jakby przez naocznego sporządzony świadka, wymyślony dla wzbudzenia oburzenia, które i bez tych amplifikacyj sam gwałt obudza. Dodano daremnie szczegół o zgładzeniu czterdziestu hajdamaków, dla pokrycia śladów występku.
Może największym powodem zajęcia się Gertrudą Komorowską był poemat Malczewskiego, osnuty na tym wypadku, ale w świetle poetyczném i w sposób poetyczny go przedstawiający. Sam Malczewski nie wskazuje bynajmniéj źródła „Maryi,“ ale się go łatwo domyślić było. Bielowski wydając we Lwowie ten poemat w roku 1845, pierwszy przyłączył do niego dwa ważne akta urzędowe, tyczące się porwania Komorowskiéj, intercyzę przedślubną i manifest Komorowskiego.
Dwa te dokumenta stanowiły już podstawę i służyły do poszukiwania dalszych. Szczęśliwy traf nastręczył mi w przeciągu lat dziesiątka, z kilku archiwów familij z Potockimi połączonych, kopie ważniejszych papierów sądowych, odnoszących się do téj sprawy. Na kilka lat przed śmiercią swoją ś. p. Konstanty Świdziński z bogatych zbiorów swoich udzielił kopij większéj części listów tu użytych, z których nam korzystać dozwolił; wreszcie kilku zacnych i poczciwych przyjaciół i znajomych, chętnie śpiesząc z pomocą pracującemu (co u nas powszechne, a czego gdzieindziéj nie szukać), postarało się o dopełnienie materyałów, z jakich tę pracę dziś składamy. Naostatek z akt i metryk koronnych wypisy przygotowano przez T. L. Tripplina, a ułożone przez F. H. Lowestama, których nam chętnie udzielił pan S. Orgelbrand, dopomogły do skompletowania wiadomości potrzebnych.
Z tego wszystkiego urosła dosyć ciekawa wiązka materyałów, których z największą sumiennością i umiarkowaniem użyć staraliśmy się, nie chcąc wcale pisać powieści, a zatém nie odgadując nic, niczego się nie domyślając, usiłując zbadać najdrobniejszy szczegół straszliwego wypadku i długiego, upartego procesu, jaki za sobą pociągnął. Nic też tu nie ma wrzuconego dowolnie, dodanego dla kolorytu, którego obficie dostarczyły oryginalne listy, jakieśmy mieli w ręku; każda drobnostka opiera się na jakim rękopiśmie, na wzmiance w korrespondencyi, na dowodach lub podaniach współczesnych.
W ciągu lat tych czterech, przez które proces się przedłuża, niepodobna było zaniedbać tła historycznego, na którém się ono rozwija; nie rozszerzaliśmy się malując je; niezbędném się wszakże zdało dać epizodyczne obrazy osób, charakterów i współczesnych wypadków, objaśniających ubocznie rzecz naszą.
Nie będziemy tu obszerniéj tłómaczyli się z formy nadanéj temu fragmentowi studyów z epoki Stanisławowskiéj, które na szerszą daleko skalę rozpoczęliśmy i wykonać chcemy, jeśli ta próba za czegoś wartą uznana zostanie. Sama rzecz niech się tłómaczy i wyrobi sobie przyjęcie lub odrzucenie. Za jedno tylko raz jeszcze zaręczyć możemy, to jest za wierność i sumienność cytat, i jak najoględniejsze użycie materyałów, którym to tylko mówić każemy, co one same powiedzieć chciały. Główne źródła nasze przywodzimy wszędzie; inne jakkolwiek z mnóztwa notat i tysiąca z górą listów trudno co chwila przywodzić, uroczyście zaręczamy, że ze współczesnych i autentycznych wzięte są materyałów, które chętnie ukażemy każdemu, ktoby je sam chciał oglądać.
Oprócz korrespondencyi, która stanowi podstawę togo studyum, użyliśmy pamiętników współczesnych, zwłaszcza Chrząszczewskiogo, któregośmy w części ogłosili, anonima ze Smotryczówki, zdaje się pana Cieszkowskiego.
Zresztą w osądzeniu téj sprawy staraliśmy się być sędzią bezstronnym, niepobłażającym nikomu, nie szliśmy całkiem za opinią opartą na legendach, ale usiłowaliśmy dobadać się prawdy i okazać rzecz w istocie jak była. Niestety! od Maryi jak daleko do Gertrudy, od owego wojewody do Franciszka Salowego, od miecznika do kasztelana santockiego, od Wacława do bełzkiego starosty! — jak różną jest prawda poety od prawdy rzeczywistości! Smutny to obraz, tęskna także Malczewskiego powieść, i w obu jest poezya, ale jak odmienna, jak inna — jak lepszy i piękniejszy wyśniony świat poety!
Niemniéj trudno się było wyrzec odsłonienia uroczéj mgły, przez którą dotąd patrzaliśmy na ten wypadek, tak dziwnie przypadający w dziejach naszych, wśród rozruchów konfederacyi i pierwszego podziału, że go ważniejsze współczesne zaprzątnienia wprędce przed oczyma ludzkiemi zakryły. Dziś też zimniéj i bezstronniéj możemy osądzić winy wszystkich, co udział mieli w tym brudnym i ohydnym dramacie: płochość Szczęsnego Potockiego, barbarzyńską surowość jego ojca, dziwactwo matki, zabiegliwość Komorowskich, przedajność sędziów i niepewność obrońców, łakomstwo tych, co się tknęli w jakikolwiek sposób tego drażliwego interesu, który miliony kosztował i prawdy nie odsłonił. Dziś może dopiero, po upływie lat kilkudziesięciu, proces ten wyrokiem wnuków się zakończy, i nad mogiłami oprawców i ofiary westchnie przechodzień, litując się tylko nad nimi.
D. 19 grudnia 1856.
Żytomierz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.