Stara panna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Stara panna
Podtytuł Nowela
Pochodzenie „Kurjer Warszawski”, 1887, nr 126-193
Wydawca „Kurjer Warszawski”
Data wydania 1887
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


STARA PANNA.
NOWELA
przez
J. I. Kraszewskiego.
───



Za owych czasów, kiedy na naszym świecie najwięcej było oryginałów i ludzi ekscentrycznych, nie mieliśmy nawet czem ich nazwać. Mawiano dziwak, ale dziwactwo, które w wygładzonym teraźniejszym świecie tak razi i uderza, naówczas zdawało się naturalnem. Każdy miał prawo być jakim go Pan Bóg stworzył, a społeczeństwo, potrzebując pobłażania samo, surowem też nie było.
I tacy ludzie, jak pan starosta Kaniowski, jak książę Panie Kochanku, jak krajczy Radziwiłł, jak królujący u siebie w domu Jabłonowski, jak młody Gozdzki, brat księżnej de Nassau, jak tysiące innych — tolerowani byli, a nawet gorącej krwi ich niebardzo się dziwowano.
Ludzie od nich nie uciekali; bawiono się wybrykami, opowiadano o nich, wymyślano na rachunek biedaków.
Mniej więcej w tych czasach żył, choć przeżył je trochę — pan Honory Przeławski, którego że nie wiedziano jak tytułować, a każdy musiał mieć przecie tytulik jakiś koniecznie, zrobiono z niego podkomorzyca...
Następnie, gdy w lata podszedł, zakończenie na „yc” nie uchodziło i zgodzono się na podkomorzego. Pisano mu to na kopertach. Z początku się formalizował — gdzie? co? zkąd? potem dał pokój. Przylgnął do niego i przyrósł ten podkomorzy.
Ale to tam była rzecz najmniejsza, pan Honory z innych względów ciekawą na swój czas był postacią.
Pochodzenie jego, acz o szlachectwie bynajmniej nikt nie wątpił, było ciemne; tonęło w mrokach jakiś mytycznych. Wiadomo było, że zaczął od małych dzierżaw, że z nich przechodził na coraz większe, że mu się niesłychanym sposobem szczęściło, bo głowę miał otwartą i do pracy był — żelaznym... Otóż pół wieku przeżywszy ów pseudo­‑podkomorzy, jak powszechnie go estymowano, miał conajmniej pięćdziesiąt tysięcy czerwonych złotych majątku, nie licząc ogromnych inwentarzy po dobrach, które trzymał; bogatszy był od wielu tych co się panami nazywali, a żył bardzo z prosta — i — nie miał pokusy ani zagona ziemi nabyć na dziedzictwo.
Nastręczało mu się mnóstwo sposobności do bardzo korzystnego kupna. Przyjaciele wołali: Bój się Boga! co ty robisz najlepszego? a pan Honory wąsa podgolonego, chudego kręcił i uśmiechał się.
— Przyjdzie na to czas! — mówił chłodno.
Z powierzchowności ów podkomorzy nie obiecywał wcale dziwaka, wyglądał jak pospolity szlachcic zawiędły, zahartowany, nie papinek; ale lat mając pięćdziesiąt z górą, trzymał się krzepko, wyprostowany i ani się zimna, ni gorąca, ni głodu nie zląkł, ni trudu.
Głowy podgalał ze staroświecka, a miał pałkę śpiczastą i dużą, brodę nosił też wygoloną, wąs podstrzygał, aby mu barszczu nie odkradał. Oczki małe, wciśnięte pod brew obfitą, patrzyły jak dwa świderki w człowieka... Zresztą twarz miał przyjemną, jasną, wypogodzoną, tylko że z niej najrozumniejszy frant nie wyczytał nic. Ani się gniewał, ani unosił, ani śmiał zamaszysto, ani sobie przy największej ochocie cugli popuścił. Smutnym też nie był — ale taką miał naturę — medium tenens... W słowach też rozważny był i umiarkowany.
Już się trochę grosza dorobiwszy, ożenił się z szlachcianką dobrego domu, ale nieposażną, a trafiło się tak, że Honory pojął Honoratę. Jejmość była ani piękna, ani brzydka, kobieta stateczna, dobra i tak się umiejąca akomodować, że nigdy w najmniejszej rzeczy sporu miedzy nimi nie było.
Małżeństwo to, tak szczęśliwe, żyło już z sobą oddawna, a Pan Bóg nie dał mu potomstwa, czem, choć się oboje martwili, ale ofiarując to Bogu, nie skarżyli się nigdy głośno.
A tymczasem, jak gdyby Przeławski miał najliczniejszą do zaopatrzenia rodzinę, fortuna mu rosła jak na drożdżach. Wiadoma to rzecz, że trudniej początku zrobić trzy grosze z niczego, niż potem z grosza krocie. Szło podkomorzemu na zbożu, na wołach, czego się tylko dotknął takiem szczęściem, że ludzie włosy sobie rwali z zazdrości.
Niektórzy powiadali, że miał takiego inkluza, którego przy sobie nosił, i nigdy go nie porzucał na chwilę, a w tem siła była jakaś czarodziejska, która wszystko w złoto obracała.
Inkluza jak inkluza, ale miał pan Honory, cośmy powiedzieli już, głowę otwartą i pracowity był niezmiernie, a na nikogo się nigdy nie spuścił. Powiadał zawsze:
— Zjeść za siebie daj kiedy chcesz, ale robić... nie.
Więc, rano wstawszy i zmówiwszy pacierz, często przededniem, natychmiast ruszał w pole, do gumien, do lasu, na folwarki, i nigdy nikt nie wiedział, kiedy gdzie komu na kark spadnie... Na obiad albo wracał lub nie — (naówczas mu zostawiano) — a często noc zapadała, gdy z konia zsiadał. Godzin kilkanaście na kulbace wytrzymać, to dla niego nie było niczem. Zjadł potem dobrze, a sam nigdy wiele nie potrzebował...
Skąpym nie był, ale grosza pilnował, szczególniej w małych wydatkach, bo o tych mawiał, że one wielkie fortuny zjadają.
W tym czasie, kiedy się oto ta historja działa, trzymał pan Honory dóbr w brzeskiem województwie niezmierne obszary, miał w nich dworów do wyboru, prawie pańskich kilka, ale jak raz zamieszkał w niewielkim i niepokaźnym w Mazanówce, już się ztamtąd nie wynosił.
A choć dom był niepokaźny, za to dwór duży i, jak na dzierżawcę, nawet zanadto może ludny... Kapelana miewał zawsze, rezydentów kilku, młodzieży szlacheckiej dwóch, trzech, służby różnej głów z dziesiątek.
Bywało, zajedzie ktoś do niego, a podoba mu się, to mu powiada otwarcie — Nie masz co lepszego do roboty? a no, to sobie spocznij i Pana Boga chwal...
Do stołu zawsze siadało kilkanaście osób. Przyjęcie u niego było dostatnie, obfite, ale kusztyków żadnych, nigdy.
Na imieniny jego i jejmości nawet, podostatkiem dawano, a pijatyki nie dopuszczał.
— Żeby zaś dobrowolnie człowiek miał na bydlę się przerabiać — mówił — to i obraza Boga, co go na swe podobieństwo stworzył, jak w Piśmie stoi, i despekt własny...
Ruszano na to ramionami, lecz że wszyscy potrzebowali go, bo pieniądze miał, nie kontrował nikt.
A to trzeba było widzieć, jak temu jego sepecikowi, w którym trzymał dukaty, kłaniano się — i kto?
Tacy panowie, do których innemu, jak to mówią, bez kija nie było przystąpić — przyjeżdżali do Mazanówki, obejmowali go w pół, całowali, co słowo mówili: panie bracie... — jedli, chwalili, kłaniali się — że się za boki trzymać było trzeba. On to wszystko tak przyjmował jakby nic, ani nadto pokornie, ani zbyt dumnie, a co do pieniędzy miał taką metodę, że ich bez dobrego bezpieczeństwa nie dał nigdy.
— To moja krwawica — powiadał — marnować się nie godzi, co się w pocie czoła zebrało... i bez grzechu...
Czasem, jak go kto naparł, a o niewiele szło — wprost mówił:
— Chcesz acindziej to mu dam, ale co to mówić o pożyczce, kiedy oddać nie ma z czego?
Niejeden się pogniewał, klął, ale uderzywszy się w piersi, przeprosił potem. A on też rankoru nie miał...
Był ten zwyczaj w Mazanówce, że na różne święta ludzi się kupa zjeżdżała i bawiono się wesoło. Nie był od tego. Posyłał po żydowską muzykę do Brześcia, albo po dominikańską i tańcowano, czasem parę dni i tyleż nocy. Jadło było niewykwintne ale zdrowe i smaczne, wino wystałe. Nie rozlewano go zbytnio, ale co dla konkokcji i dla rezonu było potrzeba — na tem nigdy nie zbywało.
Na Boże Narodzenie, na Nowy Rok, w mięsopust, na Wielkanoc, na Zielone Święta, na imieniny, ludzi zawsze było huk. Spodziewano się ich; śpiżarnia, kuchnia i piwnica zawsze były zaopatrzone.
Bawiła wówczas już od lat sześciu w Mazanówce przy samej pani, panna dziwnego imienia, bo ją mianowano Stratoniką, a po nazwisku Białozielską. Czy było między nią a panią samą jakie pokrewieństwo, nie wiedziano, ale w domu obchodzono się z nią jakby do rodziny należała...
Lat temu sześć przyjechała z jakimś listem i została tu. Razem z panią zajmowała się gospodarstwem, gośćmi, domem i nie można powiedzieć, aby darmo chleb jadła. Ale jej nie lubiono. Miała w sobie coś ostrego, szorstkiego, jak te osoby, co wiele w życiu ucierpiawszy, zapomnieć tego nie mogą.
Nikt wieku panny Stratoniki nie wiedział, mogła praeter propter mieć coś blisko jezusowych latek, ale staro nie wyglądała. Nie była ani piękną, ani brzydką, lecz gdy się nie marszczyła i nie chmurzyła, co się jej często trafiało, twarz miała wcale przyjemną, cerę świeżą, oczy duże i ładne, a figurze też jej nic zarzucić nie było można.
Tylko że była jakaś odpychająca, chłodna, kwaśna czasem, nie podobała się nikomu. We dworze więcej się jej obawiano niż lubiono, o co niewiele pono pannie chodziło. Podkomorzy zaś był zawsze dla niej z rewerencją wielką, ona sama jakby z siostrą. Dlatego nikt nie śmiał ani pisnąć.
Z gości też, których tu tylu bywało, żeby który się do niej posunął. Do tańca ją brali, bo bardzo pięknie tańczyła, rozmawiał czasem ten i ów dłużej, chwalił niejeden, ale się umizgać do niej nie pomyślał nikt.
Jak ktoś bąknął na nią: stara panna, tak przydomek ten przylgnął do niej i została z nim...
We dworze, choć z cicha, nie zwali ją inaczej, jak — stara panna.
Było to wielką niesprawiedliwością, bo lat jej nikt nie wiedział, a niejedna młoda nie wyglądała tak świeżo. Zdaje się, że ona, choć niby ignorowała to przezwisko, musiała o niem wiedzieć i przykre jej było. Czasem ktoś cichuteńko szepnął je — odwróciła się zaraz, jak gdyby zanotować chciała i zapamiętać sobie...
W stroju panna Stratonika miała taki sposób jakiś, że się nie fiokowała bardzo nigdy, nie przybierała się wytwornie nawet na święta, ale i w powszedni dzień ubrana była zawsze schludnie i do twarzy. A tak opięto, czyściuchno, ładnie około niej było, tak to leżało jak ulane, że aż miło.
I tej to, przezwanej starą panną, wiek ani ząbków białych nie pokruszył, ani ciemnych jej włosów nie przerzedził, ani postawy nie popsuł, ani rumieńca nie starł... A mimo to — już przezwisko jak raz dano, tak go odjąć nikt nie mógł. I, jak się na świecie często dzieje, powiedzą na człowieka łotr, przez tego łotra patrzą potem na jego wszystkie uczynki; nazwą kogo filutem, będzie prostak Bogu ducha winien, już z niego lisa tego nie zdejmiesz, tak i z tej starej panny ani było sposobu zmazać starego panieństwa.
Nie wątpił też nikt, że nigdy za mąż nie pójdzie, bo to tak jest jak dekret ferowany na kobietę, gdy powiedzą — stara panna.
Mówiliśmy już, że szorstką była i niekoniecznie się ludziom wdzięczyła — jednakże czasem dla niektórych umiała być przystępniejszą, i ci, co z nią dłużej konferowali — utrzymywali, że rozum miała wielki i język nie dla proporcji.
Gdy czasem do podkomorstwa zajeżdżali tacy, co lubili z francuzczyzną się popisywać i łamaną mową, albo i całkiem tym obcym językiem szwargotali, panna Stratonika służyła za dragomana.
Lubiła też czytać pasjami, i widywano ją często z książkami, niekoniecznie nabożnemi tylko, z czego ją wyśmiewano, że sawantką chciało się jej być. Ale się z rozumem i nauką nie popisywała, a przy liczeniu talek i motków, przy pieczeniu ciast, w kuchni, przy nabiale tak sobie rady dawała, że nikt jej nie sprostał...
Nie lubili jej, choć ze sługami nie była surową i żadnej palcem nie tknęła nigdy, ale dziewczęta powiadały, że wolałyby były szturchańca, niż czasem jej spojrzenie, bo — oszukać jej i wykłamać się przed nią nie było sposobu.
Właśnie jakoś, jeżeli się nie mylę, w siódmym roku pobytu panny Stratoniki w Mazanówce, w sąsiedztwo przybył z Warszawy, wielkiego imienia, ale bardzo zaszarganej fortuny, pan podczaszyc, którego nazwę tylko imieniem Artura — bo nazwiska, dla sławy jego, posponować nie chcę.
Zjechał on na wieś nie z dobrej woli, ale z musu i desperacji, bo kredyt straciwszy, ani w stolicy mieszkać, ani za granicę wędrować nie mógł. Poradzono mu więc, aby majątek oddawszy w kuratelę, sam lat kilka przesiedział gdzie w kącie, pókiby się interesa nie poreparowały. Miał podczaszyc fundum starożytne, piękne, pańskie co się zowie i w niem te lata rekolekcji przesiedzieć zamierzał. Fundum to od Mazanówki o małych mil dwie leżało, ale podczaszyc w początku ani myślał tam zaglądać.
P. Honory dobrze wiedział o nim, znał rodzinę, lecz nie był to taki człowiek, żeby się komu narzucał. W sąsiedztwie całem o podczaszycu mówiono wiele, bo z nudów tych i aprehensji, w samotności dokazywał tak, iż na niego jak na półszalonego patrzano.
Nie wiedział, co z czasem robić i z sobą, więc tworzył sobie zajęcia osobliwe, miał zachcianki dziwaczne — i wprost awantury dokazywał...
Gdy go napadła manja polowania, polował na wszelkie sposoby, bez spoczynku, nawet na szczury... i na krety. Potem nagle mu to odchodziło, więc drób’ hodował różny, sam karmił, sam jaja zbierał, kurniki w pałacu zakładał, z kurczętami się nosił.
Raz pół roku coś robili u niego sery szwajcarskie, na których fortuny się spodziewał, aż to się wszystko zaśmierdziało i popsuło.
Naostatek przyszło mu się zakochać w kwiatach i ogrodzie, bo to naówczas w całej pono Europie było w modzie — i na tem już zupełnie sfiksował.
Ogród miał przy rezydencji rozległy i bardzo piękny, wziął się go przerabiać, siać, sadzić, szczepić, cudactwa wyrabiać. A gdy się tak do czego zapalił, naówczas nietylko drugich tem męczył, ale sam własnemi rękami chciał robić wszystko, bo mu się zdawało, że on to lepiej od innych potrafi.
Że już innych fantazyj nie stało, na ogrodzie tedy jak się uparł, nie wychodził z niego. Opowiadano o nim, że sam grabił, gracował, kopał, a nawet kosił.
Niebardzo kto temu wierzył, co gadano, bo gdzieby papinkowi takiemu, delikatnemi rączkami do grubej się brać roboty?
Do ogrodu zajrzeć, choćby kto chciał nie mógł, bo go kazał wysokim obwieść parkanem; a co chłopaki ogrodowe opowiadały, za boki się trzymając ze śmiechu — nikt temu nie wierzył, sądząc, że wymyślają.
W Mazanówce mowa o podczaszycu bywała często przy stole. Nigdy tu na różnego rodzaju przyjezdnych, gościach, kwestarzach i t. p. nie zbywało: sypały się plotki o wszystkiem, co gdzie w sąsiedztwie się przytrafiło, ten i ów przywoził gadki o panu podczaszycu i utwierdziło się to przekonanie, że biedny z samotności a aprehensji bzika dostał...
Jednego razu wiosną, właśnie gdy pan Honory obsiał się już wszędzie, a łąk kosić, a nawet wiszarów na błotach, jeszcze nie czas było — i mógł spokojniej parę dni w domu przesiedzieć, nimby się strzyż owiec poczęła — wszyscy w Mazanówce siedzieli po obiedzie na ganku, gdy na drodze spostrzeżono kogoś, prosto zmierzającego do dworu.
Podkomorzy miał wzrok niezmiernie daleko sięgający i, rękę przyłożywszy do czoła, gdy się dobrze przypatrzył — zawyrokował zaraz, że to gość być musi całkiem jakiś nieznajomy.
— Bóg go święty raczy wiedzieć, co to nawet jest... powóz jakiś osobliwy, wysoko nad miarę podniesiony, konie rosłe...
Wymknęła się, słysząc to, pani Honorata, aby, ponieważ było po obiedzie, kawę kazać przygotować na wszelki wypadek.
Tymczasem powóz ów zbliżył się i poznać już było można, modny naówczas, choć po wsiach nieznany karykl, parą końmi w chomontach angielskich, suto srebrem przyozdobionych, ciągniony. Na koźle siedział sam podczaszyc, on to bowiem był, wystrojony francuską modą, w płaszczyku o dziesięciu kołnierzach narzuconym dla pyłu i chłodnego wiatru... Powoził on bardzo zręcznie, a za nim, wyprostowani, poważnie, z rękami na piersiach pozakładanemi, z minami nasępionemi siedzieli woźnica i kamerdyner.
Ponieważ wszystkich w sąsiedztwie znano, łatwo się było domyśleć kogo pan Bóg dał.
Podczaszyc wysiadłszy nawet się prezentować długo nie potrzebował. Dla oczów nienawykłych do francuskiego stroju, bo po wsiach mało go widywano, chyba w niewielu pańskich dworach — wyglądał śmiesznie ów kuso ubrany jegomość. Frak miał aksamitny w prążki, z guzikami wielkiemi, na których za szkłem widać było malowane motyle, muchy i różne owady. Pod nim jedwabiami haftowana bogata kamizola, z łańcuszkami od zegarków i dewizkami od nich, otwarta na piersi, przepuszczała wyglądający z niej koronkowy, buchasty żabot, ponad którym ogromna biała chusta szyję obwijająca, sztywnie ją do góry trzymała.
Na nogach miał pantaljony żółte i buty z lakierowanemi sztylpami... Na głowie bardzo misterna peruczka upudrowana, zastępowała kapelusz mały, który trzymał pod pachą. U boku miał szpadkę z rękojeścią ozdobną z perłowej macicy i bronzu, ale cieniusieńką tak, jak gdyby nią na komary miał polować...
Podczaszyc, mimo wyświeżenia nie był już świeżym, twarzyczka nieszpetna, wygolona, gdzieniegdzie marszczkami się zaczynała okrywać. Wyraz jej był zadumany, do zbytku wymuszenie serjo, dumny nieco. W oczach miał coś dzikiego i ostrego...
Podkomorzy przyjął go bardzo uprzejmie, ale bez zbytnich czołobitności, bo się kłaniać nisko nie zwykł nikomu.
Poprowadzono go do pokoju, gdzie rozmowa, z początku nader trudna, szła jak po grudzie. Podczaszyc do niej dużo francuszczyzny mieszał, więc gospodarz na pannę Stratonikę skinął, aby w sukurs przybyła.
Niewiele to pomogło, gość był smutny, ciężko mu jakoś szło, i kawy się napiwszy, grzeczności kilka powiedziawszy, wkrótce odjechał.
Odwiedziny te zdumiały wszystkich, tylko jeden pan Honory odgadł, że to była przegrywka do pożyczenia pieniędzy.
— Nie wypadało mu przy pierwszej znajomości z tem na plac wyjechać, ale nie chybi pewnie!
W kilka dni rewizytował podkomorzy landarą w cztery konie, przyjęty, jak powiadał, bardzo mile i grzecznie, zmuszony cały ogród oglądać i wszystkie w nim poczynione meljoracje i przyozdobienia.
Ruszał na to ramionami, bo się nie znał na owych ogrodach modnych i śmiesznemi je znajdował, fantazjami pańskiemi nazywając.
Minęło trochę czasu, aż podczaszyc o tej samej godzinie co pierwszym razem, karyklem tym samym, tylko we fraku innym, jaśniejszej barwy, przybył znowu.
Sam na sam z podkomorzym zostawszy na chwilę, jak on odgadł zawczasu, z niemałem zakłopotaniem w istocie zgłosił się o pożyczkę tysiąca czerwonych złotych. Przyszło mu to z trudnością wyjąknąć, ofiarował oblig intabulowany i procent jakiegoby podkomorzy żądał.
Pan Honory, który musiał zawczasu informacyj zasięgnąć i o stanie interesów i o człowieku, chwilkę tylko namyśliwszy się, rzekł:
— Nie zwykłem ja pożyczać na lekko, bom grosza się ciężko dorabiał — trudem, sąsiad sąsiadowi, gdy może wygodzić, powinien. Dam panu podczaszycowi czerwonych złotych obrączkowych tysiąc, ale pod jednym warunkiem.
Przybyły gość, który się pewnie ciężkiej klauzuly spodziewał, spytał — pod jakim?
— Oto, abyś mi pan ani obligu żadnego nie dawał, ani kwitka, ani mnie intabulował na dobrach, dam na słowo jego... na rok i na piąty procent...
Podczaszyc się zarumienił mocno, zawahał trochę, zmieszał i począł za ręce ściskając dziękować... Zabrał tedy z sobą woreczek opieczętowany zielony, w jakich złoto trzymać zwykł był podkomorzyc — i pojechał.
Lecz tak go to za serce jakoś ujęło, tak się czuł wdzięcznym i rozczulonym dla podkomorzego, że od tej pory, on co u nikogo zgoła nie bywał, coraz częściej zaczął bez ceremonji do Mazanówki w różnych porach przyjeżdżać i poufale przestawać z podkomorstwem.
Prawie przy każdej takiej wizycie bywała na pomoc wzywana panna Stratonika, i wcale się z podczaszycem nie ceremonjowała, ale on, mimo wielkiej dla wszystkich grzeczności, na nią nie patrzył, unikał jej i niemal wstręt jej okazywał; na co ona bynajmniej nie zważała. Nie śmiała mu się wprawdzie w oczy, lecz gdy odjechał, czasem sobie z niego podżartowywała.
Nie można było zaprzeczyć, że przy swej przybranej powadze, nasępionej minie, manierach wyszukanych, czasami podczaszyc niezmiernie śmiesznym bywał. Raz szczególniej okazał się nim do tego stopnia, iż, gdyby nie nakazana gospodarzowi zręczność i względność, boki zrywać trzeba było.
Mówiło się o tem wyżej, że z fantazji pańskiej przyszło mu do głowy samemu pracować w ogrodzie i próbować nawet grabienia, koszenia i żęcia. Mówiono o tem oddawna, ale nikt wierzyć nie chciał.
Raz, gdy się już zupełnie spoufalił z podkomorstwem i wyszedł z niemi czasu kosowicy i żniwa za dwór ku polom, spoglądając na wieśniaków, zajętych robotą, podczaszyc wyraził się, jakby mu to mimowolnie z ust się wyrwało:
— Dosyć że te chamy nic z gracją robić nie potrafią! Jak to się obraca ciężko! Co za ruchy, gdy to samo możnaby daleko zręczniej i milej dla oka wykonać!
Panna Stratonika zaczęła się, słysząc to, śmiać głośno.
— Niestety! — rzekła — my nietylko z większą gracją, ale całkiem nie potrafilibyśmy dokazać tego co oni.
Podczaszycowi oczy zaświeciły.
— Bardzo przepraszam! — rzekł — bardzo przepraszam...
— Któż? może pan? — zapytała, ciągle śmiejąc się, panna.
Podczaszyc zwrócił się ku niej z ukłonem, ręką chudą wskazał na pierś i rzekł serjo bardzo:
— Tak... ja...
Śmiała się jeszcze panna, gdy podczaszyc skinął na swego kamerdynera, który zawsze zdaleka mu towarzyszył i rozkazał od jednego z kosarzy przynieść kosę.
Stali wszyscy w niemym podziwie, gdy służący otartą sianem i błyszczącą kosę podał panu swojemu, który ją z wielką uwagą rozpatrywać zaczął.
Z jakiemś namaszczeniem i uroczystością, minę nastroiwszy poważną bardzo — podczaszyc odpiął szpadkę, którą miał u boku, i oddał ją, razem z kapelusikiem kamerdynerowi do trzymania.
Zakasał potem koronkowe mankiety, stanął w postawie wymuszonej, jakby menueta miał tańcować, kosę ujął z wielką gracją w ręce, nachylił się nad bujną trawą i — począł w istocie kosić.
Chłopi, będący przy robocie niedaleko, zaczęli się, mimo krzyku ekonoma, zbiegać dla przypatrzenia temu osobliwszemu widowisku... Było w istocie na co patrzeć, bo podczaszyc nietylko kosił mistrzowsko, nie zostawiając nigdzie trawy, zrzynając ją równiuteńko, składając pokosy z matematyczną ścisłością linij, ale ruchy jego były malownicze, teatralne i kosząc, zdawał się spełniać coś nadzwyczaj uroczystego.
Podkomorzemu i całemu towarzystwu to zniżenie się wielkiego pana do tak ordynaryjnej, chłopskiej roboty, wydawało się czemś tak monstrualnem, tak poniżającem — i to jeszcze wobec chamów! że nawet panna Stratonika śmiać się przestała.
Podczaszyc, po niejakim czasie z tryumfem na twarzy, podniósł kosę, sparł się na niej w teatralnej pozie i — spojrzał na oniemiałych widzów.
— Widzicie państwo — rzekł — że te czynności, które człowieka do natury zbliżają — mogą się odbywać, nie poniżając go... Natura! tak! natura!! oddaliliśmy się od niej i straciliśmy poczucie piękności w spółkowaniu z nią... w złotym wieku odbywało się to inaczej....
Wykrzyknika tego, na pół po francusku — nikt nie zrozumiał. Podkomorzy minę miał pełną politowania. przekonanym będąc, że istotnie podczaszyc dostał bzika...
On zaś tak był jakoś rozmarzony tem zbliżeniem do natury, iż oddawszy kosę, kazał sobie podać sierp i z równą gracją ruchów wziął kilka garści...
Włościanie z początku się śmiać chcieli, bo sądzili, że się okaże niezgrabnym, ale — gdy dowiódł im, że w istocie kosić i żąć umiał, spoglądali nań oniemiali i z respektem...
Okazawszy pannie Stratonice, iż nienadaremnie chamów niezgrabnymi nazywał, podczaszyc kazał sobie podać szpadę, przypiął ją, kapelusik wziął pod pachę i zbliżył się znowu do towarzystwa, wzruszony widocznie tym popisem publicznym...
W powrocie do domu zaczął wykładać teorję swą złotego wieku, epok pasterskich i rolniczych, w których szczęśliwa ludzkość złota i żelaza nie znała.
— A czemże kosili i żęli, jeżeli nie znali żelaza? — zapytała panna Stratonika żartobliwie...
Na to zagadnienie podstępne, podczaszyc odpowiedział ogólnikami, które dowodziły, że — niebardzo się nad tem wprzód zastanawiał...
Po wyjeździe z Mazanówki gościa długi czas potem rozpowiadano o tym popisie i o jego dziwactwach... Przyjętą było rzeczą, że miał bzika, lecz że łagodnym był, i nikomu złego nic nie robił — nie obawiano się go...
W czasie następnego mięsopostu nadzwyczaj był liczny zjazd gości w Mazanówce, i od niedzieli do popielca, z małemi przerwami, do upadłego tańcowano.
Panien z sąsiedztwa przybyło dużo... Nie wymagano naówczas na wsi strojów kosztownych, ubierano się, szczególniej panny, jaknajprościej, lada sukienka świeża, wstążka jasna, kwiatki we włosach starczyły.
Tym, co się nosili po polsku, dosyć było pójść do kufrów i szaf dziadowskich, a kontuszów i żupanów spróbować, popuścić ich lub zwęzić, bo każdy był robiony na wyrost, na przypadek nabrania tuszy lub, uchowaj Boże, schudnienia.
Z jadłem i napojem nie wybredzano też, a muzyka, pożal się Boże, była hałaśliwa, do serca przemawiała. Ochota, gdy się wzięła w niedzielę, rosła, potężniała aż do północy z ostatniego wtorku na popielec. Śledź dopiero wniesiony — kończył te saturnalja wiejskie.
Pomiędzy pannami występowała też, więcej może dla utrzymania pewnego porządku, niż dla trzpiotania się jak one, panna Stratonika.
Nie widać było z jej twarzy, ażeby ją to bardzo animowało i bawiło, ale się zwijała zręcznie i, choćby chciała, uwolnić się nie mogła...
Bywał naówczas często w Mazanówce, dla interesów prawnych wzywany, niemłody już kawaler, rejent Odryga. Mały, czupurny, z włosem do góry, z zębami zawsze na wierzchu jakoś widnemi, bo nie umiał nigdy całkiem ust zamknąć, Odryga, mający lat pod pięćdziesiąt, z czupryną już siwą, niepomiernie był żywym i wesołym.
Nie puszczał się już w taniec, chyba go na psikus panna która wyciągnęła, ale stał za tańczącymi, nogami tupał, wąsa kręcił i drugim ochoty dodawał. Był to pono jedyny człowiek, który pannę Stratonikę znajdował hożą i miłą.
Nie mógł, jak powiadał, pojąć tego, że się nikt do niej nie garnął.
Śmiano się z niego.
— A czemu się sam nie posuniesz? — mówiono mu.
— Gdybym był o dziesiątek lat młodszy — wołał, pięścią się bijąc w piersi — ani chwili bym się nie namyślał. Jak Boga kocham! jak zbawienia pragnę. Młodzież oczów nie ma! To perła jest!
Czy panna o tym swym czcicielu i obrońcy wiedziała, trudno odgadnąć, gdyż Odryga komplementów jej nie prawił — i trzymał się z wielkim respektem zdaleka...
Tylko przed mężczyznami dosadnie, jak to naówczas uchodziło, wyrażał swą admirację.
— Jak łania — mości bzdzieju — co to za ruch, jaki majestat! fiu! Te inne przy niej jak chrząszcze wyglądają.
Gdy po kilku kieliszkach był w dobrym humorze, naówczas jeszcze wyraziściej malował wrażenie, jakie na nim dojrzała panna czyniła.
Wypominano przy nim naumyślnie jej jezusowe latka, na co gniewnie odpowiadał, że naprzód metryka ta była fałszywa, a powtóre, iż panna za lat dziesięć jeszcze młodsze zakasuje. Bo to jest taka, panie, natura, że ona zestarzeć się nie może.
Upartym był Odryga.
U państwa podkomorstwa, poznawszy podczaszyca, rejent, który dlań był z uszanowaniem, zyskał sobie jego względy. Lubił go podczaszyc i chętnie się z nim wdawał w rozmowy. Bawił go swemi konceptami Odryga, ale oczywiście przed nim panny Stratoniki nie zalecał.
W czasie zapust, już na ostatni wtorek, wcale niespodzianie, zjawił się i podczaszyc, który w domu się nudził. Nie brał on zbyt żywego udziału w zabawach, do tańca kontuszowego nie porywał się, stał zdala przypatrując się.
Otóż trafiło się tak, że panna Stratonika tuż do mazura zamówiona, niedaleko się umieściła, tyłem zwrócona do podczaszyca, przy którym miejsce adjutanta zajmował rejent, już po dobrych kilku kieliszkach, tupiący nogami, wbrew taktowi.
Miała tego dnia na sobie suknię papuziego koloru, pąsowemi wstęgami strojną, we włosach ciemnych kwiat granatu, na szyi korale. Było jej z tem wcale pięknie i do twarzy, a widok ten zaanimował Odrygę...
Wskazał podczaszycowi palcem na nią i cmoknął.
— Ut sic!
Panicz skrzywił się, schylił mu do ucha i szepnął:
— Stara panna!
Nie obrachował się z głosem, bo choć niby powiedziane to było cicho, rozeszło się zbytnio — i panna Stratonika zwróciła ku nim, jak gdyby epitet ten posłyszała.
Uśmiechnęła się do Odrygi, który potarł czuprynę, patrząc na nią. Zerknęła tylko lekceważąco na podczaszyca i — wzięto ją, poszła w taniec.
Podczaszyc, który był aż do przesady grzecznym, zmiarkowawszy, że panna może posłyszeć co powiedział, zmartwił się tem. Nie dając jednak znać po sobie, chciał to jakoś naprawić. W ciągu wieczora kilka razy z komplimentem francuskim zbliżył się do panny, i — zdawało mu się, że rankoru nie musiała mieć, bo — była jak zawsze — grzeczna, no, i nawet wesoła...
Podczaszyc, który, popatrzywszy na tańce, wprędce się znudził, nie doczekawszy śledzia, wymknął się i do domu odjechał.
Nielepiej jak z nim wiodło się swatającemu ją innym i wychwalającemu Odrydze.
Wszyscy młodzi odpowiadali mu, jakby się zmówili:
— Stara panna!!
— A wam zielono w głowie — mruczał rejent. — Nie znacie się na rzeczy.
W czasie tych zapust, małżeństw się nagotowało wiele, jak nigdy... Młodzież była, jak to powiadają, gdyby przed wojną, do kobierca skora... Liczono na pewno, że w Mazanówce pięć się stadeł skojarzyło. O pannie Stratonice jednak, mimo zalecań poczciwego Odrygi, nikt nie pomyślał. Nie było to zresztą tak bardzo dziwnem, bo panna, acz przystojna, uderzającej piękności nie miała, ani wdzięku młodości, który wszystko zastępuje, ani naostatek — majątku.
Można się było domyślać, że, gdyby z tego domu za mąż szła, pewnieby wyprawę dostała, a może i podarek jaki, ale po znanej oszczędności podkomorzego wielkich rzeczy się spodziewać nie było podobna.
Rejent, gdy mu się z młodymi nie powodziło, jakby sobie za zadanie wziął koniecznie ją naraić komuś, począł do wdowców i już poważniejszych osób przemawiać za nią... Uwiązał się do chorążego, który przed półtora rokiem żonę był stracił i miał córeczkę małą, której macochy szukał. Nie stary chorąży, jednak już szpakowaciał.
— To dla acindzieja żona jak ulał — mówił do niego — a dla dziecka druga matka będzie... Słuchaj mnie, i, póki czas... suń się.
Chorąży się skrzywił i pokazał na czuprynę...
— Kochany rejencie — rzekł cicho — jaki z ciebie prostaczek? Gdybym miał to głupstwo zrobić i w złote jarzmo de noviter skłonić kark, to przynajmniej palnę kapitalne i ożenię się z piętnastoletnią marchewką, co mi młodość przypomni...
— A potem będziesz całe życie pokutował!
— Ha! no! — westchnął chorąży — byle było za co...
Drudzy byli nielepsi, tak, że rejent w końcu zmęczony, dał pokój.
Panna Stratonika, czy zasłyszała, czy się domyśliła tej nieproszonej protekcji, w środę popielcową, gdy już rejent odjeżdżać miał, uśmiechając się rzekła do niego:
— A co? zapusty minęły? nam podobno dwojgu w tym stanie, w jakim jesteśmy, pozostać przyjdzie... Ja, przynajmniej z niego jestem kontenta i nie przykrzę nim sobie... a wy?
— O mnie mowy być nie może już! — odparł rejent — bom dawno za wygraną dał...
— Wiedz­‑że mi, panie rejencie — dodała z pewnym naciskiem Stratonika — że ja także nie myślę już pewnego spokoju i szczęścia na bałamutne mieniać nadzieje!
Gdy się patrzę, jak ludziom, co się nawet kochali, smak do siebie prędko przechodzi, od małżeństwa ochota odpada.
Rejent dnia tego submitowawszy się wszystkim — odjechał, lecz przez całą drogę sobie powtarzał:
— Ślepi są ludzie, i na tem co dobre się nie znają...
W tymże roku, jakoś około Zielonych Świąt, zaszły w Mazanówce wypadki, które tu wielkie i niespodziewane zmiany sprowadziły.
Naprzód pani Honorata dostała z wiosną febry, prostej tercjanny, której nikt za wielką rzecz nie miał. Dali jej pić bobownik, potem doktór zapisał chinę, a baba sprowadzona zamówiła choróbsko.
Zdawało się, że febra musi pójść precz. Jakoż przez dni kilka, tak prawie jak nie było jej, przechodziły tylko małe dreszcze. Podkomorzyna nie bardzo zważała już na to, poszła do obory wieczorem, stała przy dojeniu krów długo i nazajutrz recydywy dostała, bardzo gwałtownej.
Z tą już żartu nie było, doktór chinę dawał a dawał, ale nie skutkowała nic... Coraz zaczynało być gorzej, bo słabła chora tak, że w oczach prawie gasła. Więc nie po jednego doktora, ale i po Millera i po Szrettera i po dwóch innych posłano, bo podkomorzy złotem sypał — całą aptekę przywieźli, karmili dekoktami, pigułkami, miksturami, proszkami, — nie pomogło nic, febra uparta trwała.
Z podkomorzynej cień tylko pozostał — z łóżka już się nie mogła podnieść — słabła, słabła, nakoniec dysponowała się na śmierć pobożnie bardzo, i w same Zielone święta — umarła.
Co się z podkomorzym działo, ten tylko pojmie, co wie, jakim ciosem jest miłego stracić towarzysza, z którym się część życia przeżyło w świętej zgodzie i miłości. Leżał u zwłok nieboszczki, z płaczu rycząc... Litość brała patrzeć na nieszczęśliwego.
Wszyscy naówczas przepowiadali, że on jej długo nie przeżyje, bo tysiące tego bywało u nas przykładów, że z takich małżeństw, gdy jedno poszło na tamten świat, drugiemu się męczyć nie dało i wyprosiło mu, żeby się znów połączyli.
Wymizerniał i wysechł podkomorzy, oczy mu wpadły, stał się bardziej jeszcze milczącym, a, choć zawsze pobożnym był, teraz dwakroć pobożniejszym. Mszy świętej codziennie na kolanach słuchał i płakał, patrząc na osierocony klęcznik żony, którego z miejsca poruszać nie kazał.
W tem nieszczęściu srogiem, które dom dotknęło, okazała dopiero panna Stratonika, jakie miała serce, rozum i przywiązanie do tych ludzi, co jej przytułek dali u siebie... Gdyby nie ona, nigdyby podkomorzy z zamętu tego nie wybrnął. Ona zajmowała się pogrzebem, ona nim, gdy zachorował, domem, interesami. Była mu sekretarzem, siostrą miłosierdzia, pocieszycielem, sługą...
To też gdy podkomorzy, nierychło potem, począł cokolwiek przychodzić do siebie — bez niej kroku nie stąpił. Stępiał mu cokolwiek umysł od tej boleści, więc radził się jej, pytał, a ona mu wszystko, co było potrzeba, przypominała.
A tak była baczna na wszystko, rygor taki umiała utrzymać, tak najmniejszego nie pominęła szczegółu, że ład, wprowadzony dawniej przez podkomorzego, czasu jego choroby, niemocy i zaniedbania się, ani na chwilę nie ucierpiał.
Gdy on sam dojrzeć czego nie mógł, bo mu doktor zbytnich trosk i pracy zakazał, siadała na wózek panna Stratonika, jechała po folwarkach, a przywoziła z nich raporta jaknajlepsze i oficjalistom ani bąknąć nie dała.
Obawiali się jej gorzej może jeszcze, niż samego podkomorzego, bo oko miała podejrzliwe i ostre. Z doktorami się, powiadają, skłóciła o to, że staremu nie dozwalali się niczem zajmować; dowodziła im, że z samych nudów musi chorować, że nawykł do pracy i ona mu będzie rozrywką, ale to nic nie pomogło. Eskulapowie głowami potrząsali — i kazali spoczywać.
Podkomorzy słuchał ich, ale w oczach gasnąć zaczynał. Nie był to już ten człowiek co przedtem... Ochoty mu zabrakło do życia, a wiadoma rzecz, że to najgorszy znak i że człowiek dopiero wtenczas umiera, kiedy żyć nie chce... Wzdychał już tylko do połączenia się z Honorką i o tem mówił ustawicznie.
Otóż w tych czasach trzeba było widzieć pannę Stratonikę, jak ona go zabawiać, rozrywać i z tych smutnych myśli wyprowadzać umiała. W gospodarstwie dzieje się różnie, źle i dobrze. Nigdy złego nic do uszów jego nie dochodziło, ale zawsze coś pocieszającego... Wszystko szło jak z płatka, tak umiała dla niego samych przysmaków życia dobierać.
Podkomorzy ku jesieni niby się trochę pokrzepił, niby orzeźwiał, a pomimo to nie myślał tylko o śmierci.
Jednego dnia sprowadził pod pozorem jakimś rejenta, ale nie Odrygę, bo go podówczas w domu nie było, tylko Moroszyńskiego, zamknął się z nim i konferował godzin kilka.
Gdy mu to panna Stratonika wyrzucała, uspokoił ją, że procesem z żydem Aaronem, który u niego pszenicę był kupił i o nią wodził się już lat dwa, musiał się zająć, a dać stosowne dyspozycje...
Rejent potem dwa czy trzy razy jeszcze przyjeżdżał, zawsze dla tej sprawy z Aaronem. Podkomorzemu było znacznie lepiej, nadzieja we wszystkich wstąpiła, jedna tylko panna Stratonika nie była z niego kontenta.. Nie powracał mu humor dawny, obojętnym był na wszystko...
W wigilję św. Marcina, wieczorem, zjadł jak zwykle, wody się napił, kazał do siebie ekonoma zawołać i młócić pszenicę nakazał. Pannie Stratonice dobranoc dawszy, zaraz z jadalni wychodząc, pacierze odmawiać zaczął, poszedł je kończyć do sypialni, rozebrał się, aby ludzi na nogach nie trzymać, kląkł do pacierza znowu i — nazajutrz zastali go tak z głową na rękach, ale już nieżywego...
Śmierć była nagła i niespodziewana... i spadła na nieszczęśliwą pannę, która tu samiuteńka jedna pozostała, jak piorun.
Gruchnęło zaraz po sąsiedztwie, zbiegli się przyjaciele, znajomi, ciekawi, nadjechał Odryga i Moroszyński.
Nie wiedziano o nikim z familji, kto tu miał rządzić, kto dziedziczyć, gdy Moroszyński oświadczył, że — testament złożony jest w aktach.
Ciekawość podbudzoną była do najwyższego stopnia. Ten i ów się już oblizywał na krocie, inni utrzymywali, że wszystko miał rozpisać na szpitale. Z Moroszyńskiego nikt nic nie dobył, milczał jak kamień, powtarzając tylko swoje: testament w aktach.
Tymczasem łez nie otarłszy, panna, w której rekach były klucze wszystkie, papiery, skarbiec, musiała zajmować się pogrzebem, a obok tego pilne mieć oko, aby z nieładu nie korzystano...
Na pogrzeb zjechały się tłumy...
Stypa po nim bez przepychu, ale obyczajem domu dostatnia i obfita, z duchowieństwem u stołu, liczyła głów przeszło dwieście... Nazajutrz miało być otwarcie testamentu w urzędzie...
Moroszyński wieczorem przybył do panny Stratoniki, czy pojedzie być świadkiem otwarcia testamentu.
— A ja tam po co? — odezwała się — nie jestem go ciekawa, spoczynku zaś tak potrzebuję, że padam ze znużenia. Głowy i nóg pod sobą nie czuję.
Z rodziny nieboszczyka lub i nieboszczki, choć za życia nikogo tu nie było, pewnie się teraz kto znajdzie.
Została więc w Mazanówce panna i do łóżka musiała się położyć. Dzień też nazajutrz był, że i psa by nie wypędził, — szaruga, deszcz ze śniegiem, wicher, ciemnota...
We dworze osieroconym — istny grób — pustka, pozamykane i popieczętowane wszystko... Sługi zapłakane, przybite, pomęczeni i senni ludzie... nieopalone izby, a wśród tego cmentarza, kobieta jedna, sparta na rękach, zadumana, ze łzami w oczach. Godzina była może dziesiąta, gdy w podwórzu turkot wozu się dał słyszeć...
— Śpi panna czy nie? — wołał ktoś na dziedzińcu, do dziewczyny, która wyjęczała:
— Gdzie ma spać!
— Powiedz, że rejent chce się widzieć...
Po chwili zapalono świece i Moroszyński wszedł z papierami za pazuchą. Skłonił się u progu.
— Przepraszam za spóźnioną godzinę — rzekł — alem chciał pierwszym tu być z testamentem. Nie jużby mnie kto uprzedził?
— A cóż mnie do testamentu? — odparła panna, ocierając łzy.
— Komuż więcej — odrzekł rejent, dobywając papiery. — Acani dobrodziejka jesteś jedyną i jeneralną fortuny nieboszczyka dziedziczką...
Panna Stratonika krzyknęła i — padła zemdlona.
Sługi ledwie ją, odcierając i trzeźwiąc, do życia przywołać mogły.


W kilka dni potem u rejenta Odrygi było pełno. Izba, w której gości przyjmował, wcale niewytwornie urządzona, z ławami i kilimkami pokrytemi, stołem narzuconym kawałkiem sukna, z Chrystusem na ścianie rozdarty bok okazującym, z kalendarzem na sznurku i słojem pijawek na oknie, pełna była gości. Wiedziano o tem, że miał stosunki z Mazanówką, a o niczem teraz nie mówiono, tylko o osobliwem szczęściu panny Stratoniki Białozielskiej. Chciano też wiedzieć, czy się kto nie znajdzie, coby przeciwko testamentowi wystąpił i zachwiać mógł ostatnie rozporządzenie podkomorzego.
Odryga, który zawsze wysoko wynosił pannę, kiedy jeszcze nic nie miała, teraz żartował z tych ciągle, co zawczasu na niej się nie poznali.
— Otóż wam, stara panna! — mówił chodząc po izbie i prychając, a zacierając czupryny — oto macie! Żaden z was nosa nie miał! Pogardziliście nią, a teraz zapóźno wzdychać i łapki lizać, pozna się na farbowanych lisach... Dziś, panie, ze swemi dukatami na udzielnego księcia patrzy... Ha! trzeba było słuchać gdy mówiłem...
— A cóżeś mówił, panie rejencie? — przerwał siedzący w kącie chorąży.
— Co? że panna nie stara, hoża, jak łania i rozum ma... Zawszem to powtarzał. Ruszaliście ramionami: stara panna! stara panna! Teraz ja tryumfuję, bo odmłodniała nagle, gdy testament pozłocił. Żaden z was posunąć się nie może — po niewczasie! Klamka zapadła...
— E! mospanie — odezwał się chorąży — co było a nie jest nie pisze się w rejestr, pójdzie ona i za takiego, co się na niej nie znał, byle się jej podobał. Czasu nie ma do stracenia.
— A śpieszyć się też nie potrzebuje — zawołał Odryga — wie ona dobrze, że choćby przywiędła, jak Anna Jagiellonka, znajdzie sobie Batorego, gdy mu królestwo przynosi. — Tu rejent stanął, palec podniósł do góry, głos wytężył i zakończył:
— Extra inwentarzy, które są warte tyle co nie jedna szlachecka fortuna, pięć‑dzie‑siąt ty‑się‑cy czer‑wo‑nych zło‑tych, jak lodu!!
Te pięćdziesiąt tysięcy czerwonych złotych wymawiał rejent powoli, lubując się, cedząc, głosem modulowanym dziwnie i powtarzał, zwracając się do koła, aby wszyscy go usłyszeć mogli: pięćdziesiąt...
U rejenta ludzie się mieniali, siedzieli, rozpytywali, nachodzili go, ale się od niego o niczem więcej dowiedzieć nie mogli, prócz tych pięćdziesięciu tysięcy...
W całem sąsiedztwie, od chat począwszy do probostw i dworców, nie mówiono o niczem tylko o pannie Stratonice Białozielskiej, którą zaczęto, w braku innego tytułu, zwać Łowczanką, i o jej pięćdziesięciu tysięcach.
Głowy sobie łamali ludzie co to teraz będzie? kogo ona sobie wybierze? za kogo pójdzie? Bo że powinna była wyjść, choćby żałoby donosiwszy przez rok i sześć niedziel, o tem nikt na świecie nie wątpił.
Ci, co dawniej ją najgłośniej przezywali starą panną, teraz zaczynali dowodzić, że żadną miarą Jezusowych lat mieć nie mogła, że nie wyglądała na nie i że najwyżej jeżeli trzydzieści liczyła — a prędzej dwadzieścia dziewięć... Przyznawano jej rozum, takt, wszystkie cnoty...
Ale ci, co wprzódy bardzoby się byli mogli do niej posunąć, teraz miarkowali, że do takiego posagu olbrzymiego bez wyposażenia w imię, w majątek i nadzwyczajne przymioty, porywać się nie było można.
Odryga, który chlubił się tem, iż przeczuł wielkie jej przeznaczenie i świetne losy, także nie śpieszył do Mazanówki, odkładał odwiedziny z dnia na dzień i mówił sobie, że mu nie wypadało za dawne grzeczności szukać tak zaraz zapłaty.
Czas jakiś upłynął. Po wielkim żalu, nabożeństwach, eksekwjach, płaczu, smutku, panna Stratonika zwolna odzyskiwała ochotę do życia, rzeźwość swą i pracowitość. Poczęła się jak dawniej domem, gospodarstwem, interesami zajmować. Dowiedziano się, że bardzo trafnie ogromne dzierżawy nieboszczyka subarendowała, inwentarze wyprzedawała, a sama zostać chciała przy jednej Mazanówce. Jak kapitałami rozporządziła, o tem nikt nie wiedział, bo nie mówiła rada, lecz, gdy się zbliżały kontrakty dubieńskie i panowie za pieniędzmi strasznie latać poczęli, tak że i do Mazanówki ustawicznie szturmowano, panna odpowiadała wszystkim pretendentom do szkatułki, że już nic nie ma do rozporządzenia.
Proboszcz ks. Tyburcy Pankiewicz, który często bywał w dworze, kapelan bernardyn, kwestarze i inni, co tam po śmierci podkomorzego zaglądali, opowiadali dziwy o tem, jak się panna urządziła u siebie. Naprzód wszyscy dawni rezydenci, kalectwo różne cielesne i duchowe, pozostali w dawnych przywilejach i wisieli przy dworze... Przybyło ich nawet podobno — tylko ci, co, rachując na kobiece rządy, pozwalali sobie brewerij lub wymagań niesłusznych, wnet dostawali odprawę.
Rygor był większy jeszcze jak za podkomorzego, porządek w domu mało się co odmienił.
Za owych czasów, po znaczniejszych domach, moda i zwyczaj był utrzymywać dużo dziewcząt haftarek. Miała ich i podkomorzyna kilka. Panna Stratonika, ograniczywszy ich liczbę, dobrała za to z sąsiedztwa ubogich dziewcząt sześć czy siedem i przyjąwszy do nich starszą panię, wychowywała stanowi ich właściwie.
Sama też część dnia przy nich i z niemi spędzała.
Chodziła w grubej żałobie, a znajdowali wszyscy, że jej ona była bardzo do twarzy. Wyglądała poważnie i tak z pańska, jak gdyby ją był Pan Bóg stworzył do tej fortuny.
Część dnia zajmowała się domem i interesami, wychowanicami swemi, potem szyła w krośnach i czytała dużo...
Innejby taka fortuna łacno głowę zawróciła, ona tak się z nią rychło obyła i spokojnie nią rozporządzała, jakby wcale się zrządzenie losu nie wydało cudownem.
Dawszy jej ledwie wypocząć po smutku i cokolwiek się z nowem położeniem oswoić, zwolna sąsiedzi, zwłaszcza nieżonaci, kawalerowie, i matki z synami najeżdżać ją zaczęli.
Ci, co dawniej ledwie jej głową kiwnąć raczyli, jejmoście, co się nią, bywając u podkomorzynej, posługiwały, — teraz, zmieniwszy ton, nastroiwszy się do czułości wielkiej, wmówić w nią usiłowały, iż zawsze miłowały ją nadzwyczajnie.
Ona to przyjmowała chłodno, ale grzecznie. Kawalerów zaś, co próbowali smalić cholewki, tak odprawiała zimno, jakby ich intencij nie rozumiała i uwierzyć w nie nie mogła.
Chorąży, który między innymi także się submittował i ton przybrał żartobliwy, powrócił z Mazanówki z nosem spuszczonym na kwintę i powiedział siostrze:
— Jej ani w głowie za mąż iść. A jej to do czego?...
I palnął przytem grubjańskiego coś, aż siostra sobie uszy musiała zatknąć.
Zaraz po śmierci podkomorzego, wiadomość o testamencie doszła do podczaszyca. Moroszyński, który do interesów jego był używany, pojechał umyślnie z tem do niego. Owe tysiąc dukatów, które bez obligu pożyczył podczaszyc, dotychczas spłacone nie były. Stały one na rejestrach...
Podczaszyc właśnie był zajęty cebulami hiacyntów, tulipanów i tacetów, które mu z Holandji przysłano, gdy Moroszyński nadjechał. Wszystko, co robił, wykonywając z nadzwyczajnem przejęciem się i powagą a uroczystością, podczaszyc też od cebul do rozmowy nie przeszedł, dopóki pewnego ładu między niemi nie zaprowadził.
Zwrócił się potem do Moroszyńskiego...
— Zmarło się tedy temu biednemu podkomorzemu! — westchnął.
— Wszyscyśmy śmiertelni — rzekł rejent — niech mu światło wiekuiste przyświeca! Ale biedny wcale nie był.
Podczaszyc zaczął się ciekawie przysłuchiwać.
— Któż dziedziczy? — spytał.
— Familji nie miał — rzekł Moroszyński — zapisał wszystko pannie Stratonice...
— Co? co? — przerwał podczaszyc — tej starej pannie?
— Odmłodniała teraz — rozśmiał się Moroszyński — wie pan podczaszyc co jej zostawił?
— Sporo, pewnie sporo — zamruczał gospodarz, spoglądając ku cebulom — Ileż?..
— Ja to najdokładniej wiem, bo mam (tu dobył z kieszeni papierów) specyfikację kapitałów i rachunek inwentarzy.
Rejent włożył okulary, zbliżył się do okna i całą litanję czytać począł, wśród której, gdy przyszło do tysiąca dukatów u podczaszyca, skrzywił się mocno. Im więcej się gromadziły, im dłużej trwał ten rejestr, tem słuchający poważniejszą, bardziej serjo przybierał minę i zadumał się głęboko. Suma, wypadająca z kapitałów i ocenienia inwentarza, tak go zdumiała, że prawie osłupiał.
— Pf! ale to senioralna fortuna! książęca! — zamruczał...
Potwierdził to Moroszyński.
Podczaszyc siadł, sparłszy się na ręku.
— Będzie lokować na dobrach? — zapytał.
— Zdaje się, że nie, ale trudno się od niej co dowiedzieć!
— Proszę! — zamruczał podczaszyc — proszę! miljonowa fortuna...
— I osoba nie do pogardzenia — dodał rejent, który miał dla niej respekt wielki.
Po tej krótkiej rozmowie, jakby makiem siał, z kwadrans gospodarz ani słowa się nie odezwał. Pogrążony był w myślach, których Moroszyński przerywać nie śmiał...
Odjechał rejent i zostawił podczaszyca jeszcze zadumanego głęboko, a choć przez uczucie obowiązku powrócił do cebul holenderskich i zajmował się niemi, a szczególniej tulipanami, były chwile, w których go posądzić się godziło, że wcale o czem innem myślał. W końcu, nawet nie doszedłszy do rozpakowania wszystkich tych osobliwości, zdał je na ogrodnika.
Poszedł do swej kancelarji, siadł przy biurku podczaszyc i do stryja w Warszawie list pisać począł. Ktoby za nim stał naówczas i mógł go czytać, przekonałby się, że nie o czem innem donosił stryjowi (był on członkiem rady nieustającej i wysokim dygnitarzem koronnym), tylko o cudownym tym wypadku, że un homme de rien, prosty arendator dóbr, niejaki Przeławski, zostawił w gotówce (to stało podkreślone) fortunę olbrzymią, jakiejś krewnej starej pannie...
„Parę razy byłem w tym domu, nie chcąc sąsiadowi uchybić, żyli extra po prostu... Pannę widywałem... niemłoda, nieładna, ale wychowana niezgorzej, mówi nawet nieźle po francusku... tylko temperament jakiś niesympatyczny... szorstki. Smutno pomyśleć, że tak znaczna fortuna dostanie się może jakiemuś sztachetce, a kto wie, czy nie oficjaliście młodzikowi!!
„Rejent, który przywiózł specyfikację urzędową kapitałów i inwentarzy, całą tę kolosalną masę ceni minimum na sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu tysięcy czerwonych złotych!! Avec cela, kończył piszący, ani cienia familji, żadnych nieprzyjemnych koligacyj, sama, jak palec”.
List na sporym arkusiku, zapisany na cztery strony, zawierał też smutny obraz położenia własnego pana podczaszyca, który z ogromnych długów, jakie mu pobyt w Paryżu, Anglji i Hollandji pozostawił po sobie — wybrnąć nie mógł, pomimo ofiar i t. p...
W niespełna parę tygodni poczta przyniosła odpowiedź stryja...
Członek rady nieustającej, który też synowcowi rad nie skąpił, ale w pomoc przyjść nie mógł skutecznie, dla (jak się wyrażał) zdelabrowanych interesów własnych, — pośpieszał z najgorętszem życzeniem, aby podczaszyc, zrzuciwszy pychę z serca, wprost począł się starać o pannę Stratonikę Białozielską.
Argumenta, któremi popierał tę radę, były przekonywające i tem mocniej konwinkowały podczaszyca, że on sam je — proprio motu — już był z siebie wydobył. Słowo w słowo to, co pisał stryj, podczaszyc mówił codzień sobie... Dla niego, równie jak dla stryja, nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że ich imię musiało wywrzeć takie wrażenie na pannie, iż nie mogła ani kogo innego przenieść, ani rekuzować.
Narazić się na grochowy wieniec! sama myśl oburzała do najwyższego stopnia podczaszyca, ale stryj i on wiedzieli, że im — odmówić nie było podobna!!
Przypomniał sobie, jak przez sen, podczaszyc, że raz, w zapusty, nieostrożnie nazwał pannę Stratonikę „starą panną”, co ona pono usłyszała, ale ta okoliczność w niepamięć pójść musiała.
Rozważając wszystko, znalazł bardzo słuszny powód pojechania do Mazanówki sąsiad, jako dla pomówienia o tym tysiącu dukatów, które winien był dotąd...
Należała się też wizyta kondolencyjna. Obiecywał sobie podczaszyc zresztą być nadzwyczaj ostrożnym i dobrze grunt wprzódy zbadać, nimby do oblężenia przystąpił.
W te pierwsze odwiedziny jadąc do starej panny, zawsze staranny bardzo w ubraniu podczaszyc z tą powagą, z jaką drobne rzeczy zwykł był traktować, rozważył kwestję stroju. Wezwał nawet kamerdynera do rady.
Wydobyto garnitur fioletowy bardzo piękny, z kamizelką szaljowym jedwabiem wyszywaną wzorzysto — i dopasowano pyszne guzy ametystowe. Strój był, jak się Louis kamerdyner wyraził, „d’une supréme élegance”.
Pomarszczoną troskami twarz podczaszyca wypogodziło zaufanie w sobie. Miłośnik natury, nie gardził też i tem, co daje sztuka... Ustroił się i uperfumował, zawsze jednak z tą myślą, aby zbyt na pretendenta i młodzika nie wyglądał.
Wiek jego... (miał lat blisko pięćdziesięciu, z których do czterdziestu się przyznawał) — doskonale się składał z wiekiem panny, jak teraz postrzegł.
Tego dnia, sam karyklem powozić nie chcąc, jechał koczem musztardowym od Dangla...
Zajechawszy przed dwór w Mazanówce, wprowadzony do pokoju bawialnego, który niezmieniony w pierwotnym stanie pozostał, musiał tu czas jakiś oczekiwać na gospodynię, z czego wniósł, (całkiem fałszywie), że się do niego stroić musiała. Było to dobrą wróżbą.
Po dwudziestu minutach, w ciągu których podczaszyc się swoim butom przypatrywał zadumany, wyszła w żałobie, z włosami gładko przyczesanemi, wcale nie strojna panna łowczanka.
Komplement francuski miał na pogotowiu przybyły, kondolencją i wszystko, co z niej płynąć było powinno...
Proszono siedzieć, usiadł podczaszyc. — Rozmowa z wielką trudnością, jak landara ugrzęzła w błocie, ledwie się z miejsca ruszyć dała.
Wejrzenia gościa były wszystkie pudłami. Spodziewał się trafić choć raz w oczy pannie, ale manewrowała tak, że musiał się wyrzec tego. Przypisał to konfuzji panny i silnemu wrażeniu, jakie naturalnie czynić na niej musiał.
Była zresztą nadzwyczaj uprzejmą, miłą, grzeczną i podczaszyc zauważył, że po niejakim czasie, gdy się oswoiła z tą myślą kogo miała przed sobą i jakie to ją szczęście spotkało, — stała się wielce ożywioną.
Podczaszyc, rozmiłowany zawsze w naturze i dzikich promenadach, zaczął mówić o ogrodzie, o kwiatach — i znalazł nadspodziewanie, że to mocno też pannę interesowało... Oświadczyła, że ogród i kwiaty bardzo lubi, co podczaszyc przypisał chęci podobania się i zalecenia jemu.
Wprawdzie w pokojach kwiatów wyszukanych tak dalece widać nie było. Kwitło mizernie a chudo staroświeckie geranium, którego jeszcze wówczas na pelargonję nie przerobiono, Karolinka z czerwonemi jagódkami, merum ferum, którego dla zapachu nieznosił podczaszyc i parę wazoników mirty.
Gość wspomniał o swych cybulkach holenderskich i ofiarował z nich udzielić — co wdzięcznie przyjęto...
Podano potem wyśmienitą kawę z sucharkami lukrowanemi, którą podczaszyc pił i chwalił — i nad wieczorem pożegnał się, prosząc o pozwolenie odwiedzenia sąsiadki, co także akceptowano.
Zapomnieliśmy wzmiankować, że między rozmową o kwiatach i kawą, podczaszyc wspomniał o długu swym, przyrzekając go oddać wkrótce...
— Bagatelna to rzecz — przerwała mu gospodyni grzecznie — proszę się tem nie turbować.
Z odwiedzin tych podczaszyc wywiózł jak najmocniejsze przekonanie, że — byleby chciał — trudności w zdobyciu ręki Łowczanki mieć nie będzie... Pochlebiał sobie, że znał kobiet naturę i wszystkie oznaki, jakiemi się zdradza stan duszy...
W powrocie więc tylko nad tem rozmyślał już, jak ta niewiasta, zostawszy żoną jego, a synowicą członka rady nieustającej, wyglądać będzie na wielkim świecie, na który musiał ją wprowadzić. Całą jej postać, dobrze się teraz przypatrzywszy jej, poddawał surowemu rozbiorowi, ze stanowiska salonu arystokratycznego. Porównywał ją do rozmaitych znanych postaci — i cieszył się tem, że — wiele im nie ustępowała...
Miała pewną wrodzoną dystynkcję — to jej przyznawał. Była to wprawdzie roślina dzika, lecz szklarnia salonu mogła z niej wcale piękny exemplarz wielkiej pani wykształcić.
Nie była porywająco piękna, to prawda, ale nie można ją też było nazwać brzydką, miała w sobie coś — coś — mówił podczaszyc...
Ręka, na którą pierwszy raz przy kawie zwrócił uwagę, była biała, długawa, kształtów wcale udatnych; widział koniec nóżki ładny, a zasadniczo był przekonany, że ręka z nogą chodzą w parze i gdzie ręka ładna — tam stopa jej odpowiada. Co się tyczy postawy — tej i dawniej nic do zarzucenia nie było, miała giętkość prawie młodzieńczą.
Przytem wszystkiem powagi było wiele wrodzonej, do której parę lekcyj sztuczną miało dodać...
— Zapewne, konkludował, nie powiem, ażeby to była perfekcja jakaś — ale osoba, która nikomu, nigdzie wstydu nie zrobi.
Rachował też na siebie podczaszyc, iż wykształcić ją na swój sposób potrafi.
Czulszego sentymentu, tego, co się miłością nazywa, nie mógł mieć dla niej — zeznawał to wzdychając; czasy, gdy szalał, przeszły bezpowrotnie, lecz nie miał wstrętu... znajdował ją — przyjemną...
Powróciwszy do domu, podczaszyc natychmiast siadł pisać do stryja, aby mu zdać sprawę ze swych odwiedzin, w liście bardzo długim i szczegółowym, psychologiczną analizą upiększonym... Był pewien, iż sukces nieochybny uwieńczy jego staranie — lecz potrzeba było dalej postępować z taktem, z wytrawnością, nie okazując zbytniej natarczywości.
Obiecywał to sobie i stryjowi.
Nazajutrz zajął się wybraniem cebul — i miał ten pomysł szczęśliwy, że z tulipanów wybrał takie, które miały znaczące kognominacje. Karmazynowy amsterdamski zwał się — Amour ardent, — Berger fidèle i t. p...
Była to rzecz mała — lecz podczaszyc uśmiechał się ciesząc, iż tak delikatnie a trafnie tulipanami przemawiał, torując sobie drogę.
W kwestji następnych odwiedzin, rzecz była nie rozstrzygnięta, nie chciał w początkach bardzo spieszyć i powiedział sobie, że progresja wizyt powinna była odpowiadać naturalnemu biegowi uczucia, w początkach słabszemu, nabywającemu sił eundo!
Gdy on powracał tak zadumany do domu, panna Stratonika, po wyjściu jego z salonu, stanęła, zapatrzyła się na drzwi, któremi wyszedł, uśmiechnęła smutnie i ruszyła ramionami. Po chwile[1] lice się jej rozjaśniło i jakby szyderstwo przesunęło się po ustach.
W tych dniach właśnie, długo kazawszy czekać na siebie, przyjechał nareszcie z pierwszą wizytą, poczciwy Odryga; w tym samym kontuszu granatowym, który zwykle brał w odwiedziny i żupaniku ceglastego koloru, do którego pasik jego przypadał...
Wspomnienie podkomorzego, którego kochał, osierocony ten dom czyniło mu bardzo smutnym i, przyszedłszy do pokoju, w którym zastał gospodynię, nie tęgo się spisał, bo — zapłakał.
Panna Stratonika przyjęła go serdecznie... Rozpłakała się też sama, ale rejent wprędce męstwo i siłę odzyskał, zagadał o czemś obojętnem i rozmowa się potoczyła gładko...
Czyniła mu wymówki gosposia.
— Acan dobrodziej, coś mi zawsze dawał dowody życzliwości, jeden teraz, gdym jego rady i konsolacji potrzebować mogła, opuścił mnie. Nie chciałam mu się narzucać... ale mi było przykro...
— Moja dobrodziejko — składając ręce zawołał rejent. — Bóg świadek na tę wymówkę nie zasłużyłem, bom tylko przez delikatność progi te omijał. Przyjaciół teraz masz do zbytku.
— Tak, nowych, ale ja starych moich wolę i dlatego tęskniłam za rejentem.
— Nie mów że tego, pani moja, bo mnie w pychę wbijesz, a pycha to rzecz szatańska...
Począł potem Odryga chwalić z tego pannę Białozielską, że tak sobie przedziwnie radę dać umiała, niczyjej nie potrzebując pomocy.
— Myślisz, mój rejencie, żem ja już wszystkiemu podołała? — rzekła — Gdzie zaś! jeszcze się z tem biję co dalej?
— Ba! — odezwał się Odryga — frasunku z tem mało... Cóż ma być? Znajdzie się uczciwy człowiek...
— Dajże mi pokój! — odparła uśmiechając się — niby to ja nie wiem, że mnie dawno zdekretowano jako starą pannę do niczego, pod piec...
— Uchowaj Boże! — zaprotestował rejent.
— Toście wy jedni chyba byli wyjątkiem — dodała panna.
— Ale nie — skromnie rzekł rejent — było zawsze takich wielu, co przecie na tem co piękne i dobre poznać się umieli.
— Nie mówmy już o tem, ani czas, ni miejsce po temu, mój rejencie — odpowiedziała Białozielska. Widzisz, że w żałobie chodzę i donoszę ją jak po rodzonym ojcu do roku i sześciu niedziel...
Z rozmowy późniejszej dowiedział się rejent o odwiedzinach podczaszyca. Okazał pewne zdumienie.
— Nie masz się czemu dziwić — dodała panna. Nieboszczyk mu pożyczył tysiąc czerwonych złotych na słowo, musiał więc choć z ekskuzą przybyć, bo ich, dotąd nie oddał...
Zaproszony na wieczerzę, cały wieczór bardzo mile przegawędziwszy, Odryga pożegnał się z gospodynią i poszedł do gościnnego wyznaczonego mu pokoju, nazajutrz do dnia chcąc w dalszą puścić się drogę. Miał naturalnie rejent na wypadek wszelki, jak każdy u nas jadący w drogę, tłumok, pościel, poduszkę skórzaną i co mu było potrzeba, — ale w gościnnym pokoju znalazł tak wszystko przygotowane, że chyba, jak mówił, ptasiego mleka brakło...
Stała i butelczyna wina na przypadek fantazji jakiej.
— Co to za kobieta! — powtarzał usypiając — co to za głowa, mosanie!
Rano wstawszy, gdy konie kazał zaprzęgać, kawę mu podano i wódkę i przekąskę, bo lubił coś przetrącić przed podróżą... Gospodyni nie zobaczył, chociaż wiedział, że już wstała...
Przysłała tylko, sądząc że do dnia wyruszy, przez ekonoma papiery z prośbą, aby w sprawie, jaką się zajął, dał jej wiedzieć co zrobi.
— Jaśnie panna — dodał ekonom — niby to wyraziła się, że przez posły, z pozwoleniem, wilk nie tyje i najlepiej, żeby pan rejent, gdy co będzie, sam się do Mazanówki pofatygował...
Ekonom śmiał się mówiąc, rad z wytworności stylu swego...
Sprawa była małej wagi... ale nudna...
Po podczaszycu i rejencie podjeżdżali i inni, ale wracali posępni — nikomu się tu nie wiodło. Grzecznie, pięknie, ale zimno się obchodziła z niemi i często gęsto przypominała — starą pannę.
Wszyscy teraz protestowali — jako żywo!!
Podczaszyc wytrzymał parę tygodni — dłużej nie mógł. Wdział tym razem frak cynamonowy, z guzikami koralowemi, do których barwy i szycie kamizelki i inne akcesorja były dobrane. Żabot z koronek ze szczególną gracją wychodził z pod chustki i składał się w wiązki, w fałdy, w snopki, któreby elegantce największej honor czyniły.
Dnia tego płeć miał nawet dosyć świeżą, co nie zawsze się trafiało, gdyż cierpiał na wątrobę, która na cerę oddziaływała.
Przybywszy do Mazanówki — była to już jakaś fatalność w tem — znowu musiał czekać dobry kwadrans, ale zapomniał o tem dyzguście tak go mile przyjęto. Panna była wesołego humoru, poufalsza, widocznie już jej nie tak imponował, nadzwyczaj uprzejma.
Wnet tulipany wyszły na stół i piękne ich nazwiska... Podczaszyc nie mógł wytrzymać i, pełny będąc botaniki, palnął całą lekcję, której p. Białozielska z wielką słuchała uwagą.
Mówiliśmy już, że podczaszyc do drobnostek, ktoremi był zajęty, przywiązywał wielkie znaczenie. Interesa jego, sprawy ważniejsze nudziły go okrutnie, cierpieć ich nie mógł, ale fraszki podnosił do ważności nadzwyczajnej. Chciał sam pokazać, jak się mają sadzić tulipany, jak hiacenty, prosił o podanie co było potrzeba i — z tą gracją, z jaką kosił, posadził cebul parę... po czem oddalił się dla umycia rąk i, widząc, że jego biegłość ogrodnicza należycie tu ocenioną została, obszernie w tym przedmiocie ciekawe opowiadał doświadczenia. Pomimo, że bardzo był sam tem zajęty, bo równie słuchać siebie mówiącego lubił, jak patrzeć na siebie — gdy to było możliwem — nie uszło baczności jego, iż panna była teraz daleko dlań milsza, więcej uprzedzająca... Parę razy zetknął się z jej wejrzeniem, a że we wzroku czytać umiał (był tego pewnym), wyraźne w nim znalazł dowody skłonności ku sobie... Była ona nie rozwinięta jeszcze, kiełkująca, nieśmiała, lecz — istniała. Staranne pielęgnowanie miało ją do kwiatostanu doprowadzić.
No — i inaczej też być nie mogło!
Podczaszyc pamiętał o tem, że gdy był młodszym i bogatym, zdobywał serca na poczekaniu, z łatwością, ze zręcznością — zawsze z gracją, której mu cały świat zazdrościł. Czemże była ta panna Białozielska obok księżnej de Belcastel w Paryżu i licznych ofiar w innych stolicach?
Podczaszyc przy kawie puścił pierwszą racę na próbę. Zaczął mówić w ogóle o sentymencie, o próżni serca, o potrzebie dopełnienia swej istoty, drugą, pokrewną... Czekał po wystrzale, jaki nastąpi skutek... Milczenie byłoby dowiodło, że wystąpił — zawcześnie i że grunt nie był należycie przysposobiony.
Tymczasem panna nie wahała się za nim tą śliską puścić drogą.
Uznawała ona, że żyć bez sentymentu nie mógł człowiek, tak jak bez powietrza, że serce próżne nader smutnie wyglądało i że każda istota miała od Boga przeznaczoną, dobraną, dopasowaną drugą, która ją dopełniała.
Rozumieli się tedy...
Podczaszyc sentyment począł filtrować umiejętnie, ułożył go w retortę, wyciągnął z niego kwintesencję, zrobił go czemś tak powietrznem, idealnem, anielskiem, iż w końcu z niego mało co pozostało... Sądził, że panna oślepiona, ogłuszona i zdumiona nie pójdzie z nim dalej i uzna się zwyciężoną.
Tymczasem — nie, panna Stratonika sentyment przefiltrowany wziąwszy w swe białe rączki, cedząc go przez ząbki, ubrała w barwy tak czarowne, iż podczaszyc się zdumiał.
Zkąd ona mogła się nauczyć, na wsi żyjąc, takich subtelności...? Kobieta była wcale niepospolita. Na dobitkę gdy zaczęła mówić o duszach dopełniających duszę, o istotach połowicznych, o znamionach, po których bratnie się poznawały, podczaszyc miał chwilę wątpliwości, czy nie drwiła ona z niego.
Ale mówiła bardzo serjo.
W końcu uznał gość, iż na ten dzień porcja sentymentu, którą się nakarmili przy kawie, była dostateczną, i dodał, że w tym przedmiocie obiecuje sobie mieć szczęście mówić obszerniej inną razą.
Gospodyni przyjęła wdzięcznie tę obietnicę.
Cała ta dyskusja nie zupełnie zaspokajające uczyniła wrażenie na podczaszycu, w głębi duszy nie czuł, by z niej wyszedł tak zwycięzko, jakby powinien... Pocieszał się zaś tem, iż w oczach panny, w jej wzroku, w wyrazie ciemnych jej źrenic znajdował postęp wielki... Gdy przy pierwszej bytności widocznie unikała jego oczu, jakby przeczuwając niebezpieczeństwo, teraz fascynecyjna siła ją zwyciężyła i przemogła.
Siadając do powozu, podczaszyc już tak był pewien, że mu się nieszczęśliwa niewiasta oprzeć nie może, iż plan tylko dalszy układał, jakby co najrychlej rozwiązanie sprowadzić.
Nie widział już potrzeby zbytniego rozciągania, czyli, jak się to na ówczas mówiło, rozkładania na półmiski. Obrachował więc, że, co najwięcej, dwie wizyty będzie potrzeba jeszcze oddać, a za trzecią oświadczyć się i — basta.
Dwoje tych odwiedzin — nudziły go. Prawdę rzekłszy, radby był koniec przyspieszyć, ale, chociaż miał do czynienia z prostą szlachcianką, sobie był winien zachowanie pewnych form towarzyskich. Nie chciał się okazać trzpiotem.
Tymczasem ogród, szklarnie, cebule holenderskie czas przydługi skracały. Podczaszyc marzył i rachował. Z pięćdziesięciu tysięcy czerwonych złotych gotówki dawały się spłacić jego długi, a reszta miała być zużytkowaną na bardzo przyjemną podróż za granicę, albo z małżonką lub, jeżeliby preferowała zostać w Mazanówce, podczaszyc gotów był sam ją przedsiębrać.
Rozporządzał już tym kapitałem, tak jak swoim własnym, gdyż wątpliwości nie ulegało, że zaszczycona połączeniem z wielką rodziną jejmościanka, wszystko, co miała, oddać jej była powinna.
Myśli te zaprzątały go przyjemnie i tak go orzeźwiły, że dwór jego nie mógł poznać pana, ciesząc się powrotem dawno niewidzianego dobrego humoru.
Stryj też, członek rady nieustającej, częstsze niż kiedy odbierał listy poufne, na które odpisywał, zalecając, aby bić żelazo póki gorące.
W takiem usposobieniu zastał podczaszyca przybyły za interesami Moroszyński. Niektórzy wierzyciele naciskali niegrzecznie, nie było sposobu pozbycia się ich.
Po namyśle, podczaszyc wziął na stronę rejenta — i, wymógłszy na nim słowo, że dyskrecję zachowa, zwierzył mu się, sub rosa, iż uczynił już kroki o pozyskanie na dozgonną towarzyszkę panny Stratoniki, że szło mu bardzo dobrze, niewiele brakło do dobicia targu — i że idzie tylko o to, aby ci nieznośni kredytorowie rozum mieli.
Moroszyński zdziwienie okazał wielkie, ale tak wyraźne, słysząc oświadczenie od człowieka tak poważnego, iż sprawa stała pomyślnie, a była na stopniu ukończenia bliskim, że nie śmiał najmniejszej uczynić objekcji, chociaż, znając pannę, rzecz mu się wydawała ledwie do wiary podobną.
Ale — pomyślał sobie — foemina variabilis...
Podczaszyc zmuszony do tej konfidencji — uśmiechał się zwycięzko, widząc że rejent osłupiony nie domyślał się nawet początku, gdy on — już do konkluzji się zbliżał.
— No — wyjęknął Moroszyński — więc tylko powinszować i — kończyć, póki nam wierzyciele procesu nie wytoczą — to im gęby zamaluje. Kończyć, czem prędzej, tem lepiej.
— Ba! — odezwał się podczaszyc — i ja to wiem — ale asindziej nie miarkujesz, nie wchodzisz w to, że tu są pewne formy i zwyczaje do przestrzegania. Kobieta musi się dla decorum podrożyć z sobą, musi mieć niby czas do refleksji, a z mej strony sentyment suponowany wymaga też pewnego terminu do rozwinięcia się. Są to rzeczy subtelne, ale w naszym świecie zachować oznaki wszelkie potrzeba...
Rejent myślał, jak się zdaje, tylko o wierzycielach, a wcale nie o warunkach, w jakich się sentyment rodzi i rozwija. Wiedział on, że kolega jego Odryga był bardzo dobrze i poufale położony u panny, że miał całe jej zaufanie; przyszło mu więc na myśl doradzić, aby podczaszyc użył go za pośrednika accelerandi causa.
— Wiesz jaśnie wielmożny pan, co? — odezwał się po chwili namysłu. — Pan sam zbyt porywczo zapewne nie możesz postąpić, lecz, gdyby się tu kto wdał, jaki życzliwy pośrednik, któryby państwu obojgu oszczędził kłopotliwych preliminarjów i wziął je na siebie.
— Pośrednik? ale któż taki? czy acan dobrodziej sam chciałbyś się podjąć tej misji delikatnej? — zapytał gospodarz.
— O! ja nie — nie — odparł rejent — ale mam kogoś takiego, który się nada doskonale.
— Naprzykład!
— A, mój kolega i przyjaciel, Odryga — zawołał Moroszyński.
Podczaszyc, przypomniawszy go sobie rozśmiał się.
— Doskonale! jeżeli się tylko podjąć zechce i jej i mnie odda rzeczywistą usługę.
— Ale mnie z nim w tym przedmiocie mówić nie wypada — dodał rejent — to jest sprawa nader poufna, która przez wiele ust przechodzić nie powinna.
Zaproś pan, pod jakimkolwiek pozorem do siebie rejenta — i — pomów z nim o tem na cztery oczy...
Podczaszyc na wszystko się zgadzał.
— Przywieź go tu, proszę, bodaj jutro — rzekł — możesz zażądać, aby był przy konferencji w sprawie z Niedźwieckiemi.
Moroszyński więc z tem odjechał, że sam nic nie mając mówić Odrydze, nazajutrz przywieść go z sobą obiecywał. Wracając do domu, po drodze wszystko rozważywszy, winszował sobie, iż tak ostrożnie postąpił, gdyż, pomimo zapewnień podczaszyca, ten jego sukces, wątpliwym mu się wydawał.
Odryga, który nigdy poczciwie dających się zarobić paru czerwonych złotych nie odrzucał, oświadczył gotowość swą jechania na konferencję.
W rezydencji podczaszyca zastali już, staranniej niż zwykle dla prawników, przygotowane przyjęcie. Śniadanie było na stole, węgrzyn doskonały, wędliny wyborne, a szczególniej sery, które podczaszyc lubił — przedziwne się wydały Odrydze, który, obdarzony dobrym apetytem, jadł łapczywie, pił sumiennie i wpadł w humor jaknajwyśmienitszy.
Z tej chwili skorzystawszy, Moroszyński dał znak gospodarzowi i cichaczem się wyniósł, samych ich ze sobą zostawiając.
Podczaszyc rejenta, który do takiej konfidencji nie był nawykłym, wziął poufale pod rękę i poprowadził z sobą do gabinetu, sadząc przy sobie na kanapie.
Był to honor wielki. Odryga siadł, nie głęboko się zasuwając, jak należało — na brzeżku. Początek trochę był trudny, ale gospodarz miał za sobą swą pozycję towarzyską, która dozwalała wiele form zwykłych opuścić.
Wziął za rękę rejenta i odezwał się bez przygotowania.
— Ja do asindzieja mam prośbeczkę, którą między nami, na cztery oczy potrzeba załatwić.
Krótko, a węzłowato, nie mam co w bawełnę obwijać. — Oto począłem staranie o rękę panny Stratoniki, zrobiłem już kroki wstępne i — pochlebiam sobie, że moje intencje odrzucone nie będą. Panna mi okazuje iż — jest życzliwą — tego jestem pewny.
Miedzy nami mówiąc — takiej partji nigdy się spodziewać nie mogła... (tu westchnął). W naszem położeniu są czasem, asindziej to rozumiesz, konieczności...
Więc — żenię się — Łowczanka mi sprzyja i z pewnością sobie tego równie, jak ja życzy — ale — tu sęk... Ja nie mogę być obcesowym, czas tracimy... gdyby tu przyjacielskie pośrednictwo zaszło...
Uśmiechnął się, wskazując na Odrygę.
Rejent, który po śniadaniu wszedł do gabinetu z twarzą rumianą i wypogodzoną, z uśmiechem na ustach — rozpoczął słuchać z sympatycznym wyrazem; w miarę jak mówił podczaszyc — słupiał, oczy mu się niepomiernie otworzyły, usta także, brwi podniósł. Zdziwienie nadzwyczajne malowało się na twarzy, więcej może niż ono, bo rodzaj odurzenia. Zdawał się uszom swoim nie wierzyć.
Podczaszyc skończył swe opowiadanie, oczekiwał odpowiedzi, a rejent siedział zgłupiały, z wargami obwisłemi — nie mogąc słowa powiedzieć. Słuchał jeszcze, gdy już gospodarz umilknął.
— Cóż asindziej na to? — zapytał podczaszyc...
Odpowiedź jeszcze na się czekać kazała — rejent myślał i myślał... To zdziwienie widać, że nie było niemiłem podczaszycowi, znajdował to pięknem, iż się tak uwinął i wprzódy zwyciężył, nim się kto jego zamiarów mógł dorozumieć.
Westchnienie wyrwało się naprzód z obrzemienionej piersi Odrygi.
— Nie wątpię — odezwał się, cedząc jakoś słowa powoli — że jw. pan pewnym być musisz tego, o czem się ja od niego dowiaduję... Więc panna Łowczanka.
Podczaszyc się tryumfująco uśmiechnął.
— Kochany rejencie — rzekł — nie chlubiąc się powiedzieć to mogę, że w praktyce niewiast nowicjuszem nie jestem. Experto crede Roberto... Panna mi sprzyja, nie ma wątpliwości... życzy sobie — i — pozwól powiedzieć — trudnoby inaczej było... Partja dla niej świetna...
Rejent dumał.
— Nie ma kwestji — rzekł — tak, tak, chociaż z drugiej strony, panna Łowczanka losu tego warta...
Na to podczaszyc skłonił się milczący. — Nie mógł zaprzeczyć, ale i potwierdzić nie chciał, bo w jego przekonaniu — pierwszeństwo było po stronie wielkiego imienia.
— Zatem — przerwał milczenie Odryga — cóż tedy ja mam za misję w tej sprawie?
— Bardzo prostą — rzekł podczaszyc. — Nie potrzebujesz asindziej, ani o bytności u mnie, ani o mojej prośbie nic wzmiankować. Możesz powiedzieć, iż słysząc o tem jakobym ja tam bywał, i przeczuwając zamiary — radbyś wiedzieć, jak rzeczy stoją. Dodać możesz, iż od osób trzecich słyszałeś, że z wielką adoracją wyrażam się o Łowczance, za szczęśliwego poczytując tego, który ten skarb posiędzie.
Rejent słuchał z uwagą natężoną dalej; podczaszyc ciągnął:
— Możesz asindziej i to dodać, że mnie interesa powołują do stolicy, i że należałoby przyspieszyć jakiś finał, zaręczyny, intercyzę... i t. podobnie...
— Hm! — wybąknął rejent. — W tem sęk!! Na moje uszy słyszałem z własnych ust panny Łowczanki, że dopóki żałobę nosi, a tej nie zrzuci do roku i sześciu niedziel, o żadnych matrymonjalnych projektach ani chce wiedzieć.
Uśmiechnął się po swojemu podczaszyc.
— Szanowny rejencie — rzekł — rozumiesz to dobrze, iż dla takich ludzi, jak ja, i w takich wypadkach, jak obecny... excepcje się robią. Mogła mieć to postanowienie dla... innych, ale tu, gdy się jej trafia coś nadzwyczajnego — rzecz jest inna!
— Nie przeczę — rzekł rejent. — Być może!! Zatem... żądasz jw. pan...
— Abyś z nią mówił o tem i podjął się pośrednictwa... — dokończył gospodarz. Rozumie się, iż do należnej wdzięczności poczuwać się będę.
Odryga skłonił się, lecz nie okazał zbytniej uciechy, ani z zaszczytnego pośrednictwa, ni z przyrzeczonej nagrody.
Dumał, głową potrząsając.
Gospodarz po ramieniu go poklepał, kilka jeszcze słów dwuznacznych dorzucił, przyrzekając remunerację za starania i — na tem się skończyło.
Po obiedzie oba z Moroszyńskim odjechali. W drodze nic z sobą o tem nie mówili, przyjaciel panny Stratoniki był dziwnie zadumany i smutny.
W duszy swej rozbierał, co słyszał — powtarzał sobie słowa podczaszyca, z taką pewnością wyrzeczone — i nie mogło mu się w głowie pomieścić, żeby panna Łowczanka wybór taki zrobiła.
Świetna była partja pod względem kolligacyj, ani słowa — ale sam podczaszyc wydawał mu się śmieszny, życiem zniszczony, do innego obyczaju nawykły, dziwaczny, i do pary z Łowczanką nie przypadający...
— Mogłaby sobie wybrać mniej wysoko urodzonego — myślał — a młodego, przystojnego, poczciwego chłopaka, któryby jej wdzięcznym być umiał, przywiązał się do niej. A to — pożal się Boże — próchno świecące, ruina. Komedjant... Ale kto najrozumniejszą kobietę zrozumie?
Mają one fantazje swoje — może i jej zachciało się być jaśnie wielmożną hrabiną, lub jakąś dygnitarką koronną. — Słabość ludzka, przebaczona... choć żal mi jej okrutny...
Przybywszy do miasteczka, rejent pożegnał kolegę i pobiegł do swego dworku, poruszony mocno.
Tu — jakby się już wszystko składało po temu, aby z Łowczanką się rychło rozmówił, znalazł od niej karteczkę, która go zapraszała na dzień następujący do Mazanówki na — barszcz.
Fornal czekał na odpowiedź i rejent ją wystylizował, przyrzekając bytność swoją.
— Któż wie? — zamruczał pod nosem — może i ona wpadła na myśl, aby mnie powierzyć pośrednictwo! Może i jej pilno, żeby podczaszyc nie uszedł!! Ale bać się nie ma czego!
Rozśmiał się gorzko...
— Nie pojedzie on do Warszawy, dopóki się tu nie obłowi!
Pomimo wielkiego pośpiechu, nim się Odryga wybrał, nim po błocie dociągnął do Mazanówki, nim się w oficynie przebrał, bo nieśmiał ryzykować garnituru nowego na podróż w taką porę, gdy się mogło trafić samemu wózek z błota dobywać — godzina obiadowa nadeszła, i panna Łowczanka witając go, zaraz oświadczyła:
— Waza na stole...
Szli tedy do jadalni, gdzie już dwór cały czekał zgromadzony. Kapelan, starsza pani, sierotki, rezydentka jedna, rezydentów kilku, a w tych liczbie na kulach Pozikowski, dawny żołnierz, który od postrzału jedną nogę uschłą miał...
Barszcz różowy z uszkami już woniał na talerzach i mile połechtał powonienie rejenta, po przejażdżce zgłodniałego. Napił się gdańskiej wódki, zakąsił, przeżegnał się, siadł, serwetkę pod brodę końcem zatknął i powinien się był rozweselić, ale mu kamieniem na piersi ciążyła misja, dana przez podczaszyca.
Zdaleka — jeszcze było pół biedy, ale tu, spojrzawszy na łowczankę, na jej dwór, dom, staroświecki obyczaj i w myśli do tego wszystkiego dostawiwszy podczaszyca — rejent nie umiał z sobą dwóch takich antytez pogodzić.
Jak ja to wykrztuszę? — mówił w duchu — rzecz mi się wydaje głupia i boję się, żeby mnie nie wzięła za dudka!
Rozmowa przy stole, u którego siedział kapelan, pani starsza, dziewczęta, chora na zęby rezydentka Babska, inwalid ów, ekonom i parę jeszcze nieznanych figur, nie bardzo była ożywioną. Co raz to ktoś coś bąknął do miejscowych spraw odnoszącego się, ktoś inny dorzucił słowo mało znaczące, trzeci potwierdził — i łyżki a noże, brzęcząc, więcej mówiły niż ludzie. Babska i inwalid z suchą nogą tak byli nawykli bez myśli zawsze kilka tych samych powtarzać frazesów, że naprzód już wiedziano kiedy z czem się odezwą.
Zmiany powietrza, porównywane z tem co w innych latach o tej samej porze się trafiało, wiadomości o urodzajach — wieści, które arendarz z poczty żydowskiej, uchodzącej za najlepiej uwiadomioną, przynosił — starczyły na obiad cały.
Rejent, opanowany tem, co dźwigał na sobie, nie był tego dnia rozmownym. Pilno mu było zbyć się bałamutnego poselstwa i prawdy dowiedzieć.
Po obiedzie i modlitewce, gospodyni poszła z nim do bawialnego pokoju, gdzie i kapelan przybył, ale krótką chwilę bawił.
Odryga siedział jak na żarzących węglach. — Jak ja jej to powiem — myślał ciągle...
Zostali wreszcie sami, łowczanka krzesło mu wskazała, a sama poszła do krosien, bo szyła właśnie stułę do kościoła.
— Cożeś to dziś, mój rejencie, zmęczony czy zakłopotany? — odezwała się...
— Nic mi nie jest — skłamał Odryga — ale w słotę i pluchę zawsze człowiek nie swój.
— Jak ja ją o to spytam? — powtarzał w duchu — djabla sprawa, ni przypiął, ni przyłatał...
W tem, podniosłszy nieco głowę od krosien, łowczanka rzekła z uśmiechem:
— A wiesz, rejencie, wszak to pan podczaszyc mnie swemi odwiedzinami parę razy zaszczycił?
— Ta-a-ak? — odparł rejent — udając jakoby nie wiedział. Proszę — a to się okazuje, że rozum ma...
— Wcale miły człowiek w towarzystwie — dodała p. Stratonika. Człowiek się z nim nie nudzi... Ma o czem mówić. Jak teraz to cebulami zajęty i mnie obdarzył niemi.
Słuchał i patrzył rejent; pochwała, w której była może odrobina ironji, brzmiała mu tak, jakby była potwierdzeniem tego, co mówił podczaszyc... A więc coś między niemi było...
— A waćpan jak go znajdujesz! — zapytała Łowczanka.
— Ja — odparł rejent żywo — ja go wielce estymuję... Rodzina starożytna, senatorska, hetmańska, prymasowska, skolligacona z królem J. Mością i ze wszystkiemi pierwszemi domami!!.
— A on? — spytała łowczanka.
— On! on — począł sumując rejent, niechcąc ani kłamać, ani się inklinacji, którą suponował, sprzeciwiać. — On! Nie można powiedzieć... ja go mało znam... Chwalą go powszechnie... chwalą...
P. Stratonika szyła już w krosnach, spuściwszy oczy.
— Przyznam się pannie Łowczance dobrodziejce — dodał rejent — że o tych odwiedzinach w Mazanówce już pono ludzie mówią i różne czynią supozycje... Ja o nich dotąd pewności nie miałem i brałem to za — gadaninę... Więc, bardzo może być, gdy już ponowił wizytę, że ma zamiar... na serjo... hm! hm!
Panna oczy podniosła.
— Myślisz! — spytała — a to by było — zabawne!
— Zabawne, ja nie powiem — ciągnął rejent — lecz należałoby na wszelki wypadek rozważyć... Partja nie do pogardzenia...
Mówiąc to rejent — patrzał na łowczankę, a ona oczy od roboty podniósłszy, z szyderskim wyrazem jakimś przypatrywała mu się, jakby zbadać chciała co myślał.
— I wydałbyś mnie za niego? — zapytała.
— To jest — odparł rejent — jak skoroby serce było za tem — dla czegoż nie? alboż to panna Łowczanka nie mogłaby zasiąść na senatorskich krzesłach? alboż nie jest godną na tem empyreum zabłysnąć! Jeżeli ochota po temu, dlaczegoby nie korzystać?
Nigdy jeszcze tak wesoło się śmiejącej nie słyszał rejent łowczanki, jak gdy teraz mowę mu wybuchem śmiechu przerwała...
Odryga to wziął znowu za potwierdzenie skłonności — i, choć zdumiony — mówił dalej.
— Dlaczegóż nie mieć ambicji? Ja jestem tego pewny, iż panna Stratonika takby w tych senatorskich kołach chodziła swobodnie...
— Jak teraz po oborze i kurnikach — przerwała wesoło panna. — O! tego być możesz pewnym. Nie imponują mi one, bo znam co się mieści pod ich powłoką złocistą!
— A więc? — trzeba z okazji korzystać! — dokończył Odryga... Podczaszyc podobno się wybiera do Warszawy, do stryja. — Nie puszczać go, póki się nie oświadczy...
Mówił to niby na pół żartem, a panna usta zagryzłszy słuchała.
— Myślisz, że on się oświadczy? — zapytała z dziwnym w oczach błyskiem.
Rejent na chwilę zaniemiał.
— Oczywista rzecz, że sobie tego życzy — rzekł w duchu.
— Pewnie, że się oświadczy! — potwierdził.
Łowczanka wstała bardzo ożywiona i wesoła od krosien i zbliżyła się ku niemu.
— A! żeby się oświadczył! żeby się oświadczył! cobym dała... Ty rejencie, powinieneś mu podbić bębenka — niech się oświadczy...
Pobladł z aprehensji rejent, usłyszawszy to — serce mu się jakoś ścisnęło, lecz, nie było już co wątpić — panna sobie życzyła tego.
— Habet! — rzekł w duchu Odryga — ale gdy tak tego pragnie, rezolutna jest i śmiała, kobieta rozumna, wie co robi. — Niech mi się dzieje wola Boża.
— Panna łowczanka — odezwał się głosem zadławionym — życzyłaby sobie tego i...
— Życzę! życzę! — wesoło, a żywo poczęła panna — jeżeli możesz, czy przez Moroszyńskiego, czy sam, staraj się go nakłonić — niech się oświadczy...
— Doprawdy? — wykrzyknął rejent.
Łowczanka śmiała się.
— Tak — doprawdy... Szkodaby było żeby uciekł do Warszawy... a z tamtąd może nie powrócić...
Uszom prawie nie wierzył Odryga, ale, nie było wątpliwości, rzeczy tak stały jak je podczaszyc malował, należało więc obojgu ułatwić tę pożądaną konkluzję.
— Jak skoro, wola, jest pani, a polecenie jej mam w tym względzie, to rzecz będzie łatwa do spełnienia...
Skinęła mu głową, ale, niechże tu kto kobietę zrozumie? nagle ta wielka jej wesołość zmieniła się w usposobienie żałobne, smutne — siadła do krosien, zadumała się i jakby zawstydziła zbytniej swej otwartości, zamilkła zmięszana.
Po chwili dopiero — trochę głowę podnosząc — poczęła znowu.
— No, a wy panie rejencie, nie pożałowalibyście gdyby mnie ztąd losy nie wiem dokąd poniosły! nie żalby wam mnie było!
— Moja mościa dobrodziejko — od serca odezwał się Odryga wzruszony. — Nie od dziś to jej wiadomo, że ja weneruję i mam dla niej respekt wielki... ale, kto komu dobrze życzy, ten jego szczęścia swoim łokciem nie mierzy. Jeżeli asindźka będziesz szczęśliwą, choćbym ja miał się zatęsknić — panu Bogu będę dziękował.
— I sądzisz, że tambym była szczęśliwą? — dodała zamyślona łowczanka.
— To w rękach Bożych i asindźki samej — odparł rejent.
Służąca przyniosła kawę i tak rozmowa się przerwała; kapelan drugiemi drzwiami wszedł, jemu się też filiżanka należała.
Mówiono o odpuście w Czarnowczycach, o nabożeństwie w Kodniu, o przyszłych sejmikach w Brześciu. Rejent jednak ożywić się tem nie dał, małomówny był, milczący, spozierał na cebulę swą godziny odjazdu upatrując, i, choć go panna łowczanka wstrzymywać chciała — pożegnał się z nią i odjechał. Odprowadziła go aż do drzwi bardzo czule, bardzo serdecznie jakoś, co jednak smutku mu nie odjęło.
Poszedł do oficyny przebrać się, siadł na wózek i obwinąwszy się burką, w głębokiej pogrążył zadumie, tak, że choć nieraz przechylał się wózek i aż rękami musiał przytrzymywać aby nie wypaść z niego, o niczem tem, dojechawszy do domu, nie wiedział.
Jedno mu po głowie chodziło problema, jak mogła kobieta tak rozumna, tak stateczna, dla samej ambicji tylko — dla imienia, ważyć się na niepewne losy z człowiekiem, który...
Przez poszanowanie dla hetmańskiego rodu rejent nie kończył. Podczaszyc mu się wydawał czemś tak osobliwem — jakimś kuglarzem i komedjantem a po troszę fiksatem, iż życia z nim nie pojmował.
— Juści ona pewnie sobie rady z nim da, hic mulier — to pewna, lecz póki go okiełzna!! A w dodatku całą rodzinę illustrissimow mieć będzie do podbicia... A potem!? cały zysk — koperta! Jaśnie wielmożna Stratonika z Białozielskich.....
Mówiąc to splunął i ruszył ramionami.
— Tandem, jeżeli hoc erat in votis? niech ma, czego pragnie.
Dzień następny przebył w domu, pod pozorem słoty, lecz rzeczywiście nie chciało mu się spieszyć do podczaszyca. Rozważał, co mu ma powiedzieć, jak, bo wszystkiego co słyszał — mówić nie chciał.
— Proh pudor! — myślał w duchu — juściż mu nie mogę wręcz rzec, że ona sobie tego tak gorąco życzy... Coś się bąknie! kto wie? może się rozmyśleć! Jemu oliwy do ognia dużo dolewać nie potrzeba... Cała rzecz, że się powie oględnie, iż jest życzliwie dysponowaną. Nie mogę niewiasty kompromitować...
Trzeciego dnia, nie było już sposobu zwłóczyć, wyruszył rejent, ale zły, kwaśny, zgryziony tak, że dla uniknienia czarnych myśli, które mu po głowie chodziły, przez całą drogę mówił pacierze. Wypadło mu to na rękę, bo i zaległości miał zwykłe, i grając z przeorem dominikanów, sto kilkadziesiąt Zdrowaś-Marja za dusze zmarłe przegrał mu w marjasza.
A w tych rzeczach rejent był sumienny i co przegrał to płacił, zwłaszcza gdy szło o duszyczki w czyścu cierpiące...
Wprowadzono go natychmiast do kancelarji podczaszyca, który list pisał do członka rady nieustającej... Na widok pożądanego gościa rzucił pióro i pilnie mu w oczy patrząc zbadać się starał, co przywozi. Mógł się omylić łatwo, bo przybywał rejent z dobrą wiadomością, ale złą miną...
— Cóż tedy? byłeś asindziej?
— Byłem.
— I mówiłeś?
— O ile się dało — rzekł rejent — boć zbyt się wciskać w arkana serca kobiecego... nie wypada.
— Cóż przywozisz? co? zmiłuj się.
— Jak najlepsze augurja — rzekł sucho rejent — śmiało to powiedzieć mogę, jak najlepsze — ale...
— Jest, ale?
— Zawsze jest — ale, wszędzie — mówił rejent. Nic bez ale. Osoba jest skromna, której sentyment menażować należy. Życzyłbym więc podczaszycowi — festina lente.
— Jakto? lente! — wybuchnął gospodarz — lecz jeżeli dysponowana.
— Jak najlepiej.
— Więc po cóż zwlekać?
— Przez samą delikatność — wtrącił rejent.. Nikt na świecie u nas za trzecią, czwartą wizytą się nie oświadcza. Sam pan podczaszyc miarkuje, że toby mogło i jego afekt nagły podać w wątpliwość i ją zakłopotać.
— Masz słuszność — rzekł podczaszyc — ale nic nie staje na zawadzie temu, aby wizyty przyspieszonym szły biegiem...
— To jw. pan, zgodnie z obyczajami przyjętemi, lepiej potrafisz oznaczyć niż ja...
Twarz podczaszyca radośnie jaśniała.
— Główna rzecz, szanowny rejencie — rzekł, — iż inklinację jej zbadałeś i powiadasz mi, że na nią rachować mogę.
Rejent bardzo serjo i uroczyście, rękę kładąc na piersiach, odezwał się.
— Sumiennie to rzec mogę, iż widziałem ją tak usposobioną dla jw. pana, jakem się nawet nie spodziewał. — Z mowy jej wymiarkować mogłem, iż spodziewa się, że jw. pan jesteś serjo zajęty nią i — nielekkomyślnie odwiedziny te przedsiębrałeś!
Podczaszyc, który szlachty w ogóle ściskać nie lubił, bo powiadał, że od niej zawsze słychać czosnek, cybulę, wódkę lub dziegieć — o mało jednak Odrygi nie uściskał, usłyszawszy z ust jego zapewnienie tak stanowcze.
Na wypadek sukcesu zawczasu już miał obmyślaną remunerację. Nie był tak dalece przy pieniądzach; lecz dziesięć czerwonych złotych oberzniętych miał na biurku w papierek obwiniętych, a że mu się to wydawało samemu za małem za tak delikatną posługę, w dodatku szedł łoszak, wielkich nadziei, po tureckiej matce, dzisiaj może nie zbyt wysokiej ceny, lecz w przyszłości — kto wie ile wart.
Nakarmiwszy rejenta, na wyjezdnem podczaszyc wcisnął mu owe dukaty w rękę bardzo zręcznie, czemu się on mało opierał, bo było we zwyczaju takiemi datkami nie gardzić — brali naówczas wszyscy od wszystkich — i na ucho dodał, żeby po łoszę, z tureckiej klaczy zrodzone przysłał...
Rejent, nigdy w takich sprawach się nie zaniedbujący, ze dworu wyszedłszy, wprost udał się do koniuszego, dał mu z oberżniętych jednego dukata, łoszę sobie kazał przyprowadzić, oduzdne stadnemu wcisnął i natychmiast najął parobka, aby mu je do miasteczka przyprowadził; odkładać nie lubił.
Dukaty, gdy je obejrzał, nie podobały mu się, i obmyślał zaraz, jak je ma umieścić, ażeby u niego długo nie mieszkały, ale na łoszęciu wielkie pokładał nadzieje.
Z tem wszystkiem, gdy kiedyindziej podobna wyprawa, nie wiele zachodu kosztująca, byłaby go bardzo radowała i rozweselała — nie mógł wyjść z aprehensji jakiejś i markotnego usposobienia.
— Gdyby tej kobiecie potem miało się nie szczęścić, a pożycie było nieznośne — nie odbolałbym nigdy, żem w to palce umaczał!
Tylko — wie ona, co robi! nie głupia jest! Podczaszyca w kaszy zje, byle familja jej kością w gardle nie stanęła...
Kwaśny wrócił do domu — i znowu zdrowaśki odmawiać zaczął, aby się nie gryźć nadaremnie.
Podczaszyc dwa dni jeszcze czekał... Pogoda się jakoś zrobiła, postanowił jechać do Mazanówki.
Chciał tego dnia wystąpić pięknie i z gustem. Kamerdyner mu doradził garnitur jasno zielony ze złotem. Kamizelka do niego była szyta cała w róże i sploty liści różnokolorowej zieleni — arcydzieło. Guziki złote, giloszowane, były tak misterne, że je po kilka dukatów za sztukę płacił podczaszyc w Paryżu... Peruka dnia tego tak się jakoś pięknie dała utrefić, że włożywszy ją, odmłodzonym się czuł... Kamerdyner zaręczał, że i na królewskich pokojach zwróciłoby oczy ubranie... W słodkiem dumaniu zatopiony jechał podczaszyc...
Czy na niego w Mazanówce czekano, czy nie — nie mógł odgadnąć, lecz wszedłszy do bawialnego pokoju, zobaczył na oknach w wazonikach swoje cebule, a każda z nich miała patyczek wetknięty obok i na kartce wypisaną denominację — zdało mu się, że to być musiała atencja dla niego. Jak na taką prostą parafjankę znalazł ją — wcale zręcznie obmyślaną.
Jeszcze się do tych cebul uśmiechał, z których żwawsze już się z kiełkami pospieszyły, gdy wolnym krokiem weszła do pokoju panna Stratonika, jak zwykle w sukni żałobnej, ale — z piękną rozkwitłą różą w ręku, na której widok podczaszyc uczuł się jeszcze pewniejszym siebie.
Róża była widocznie dla uczynienia mu przyjemności z wazonu uszczknięta i przyniesiona.
Stanąwszy więc przed gospodynią, jak do tańca w pierwszej pozycji, z jedną nogą naprzód zręcznie wysuniętą, z ręką zaokrągloną, która podtrzymywała kapelusik i szpadę, wypalił komplement francuski, wyrażający utęsknienie, jakiego doświadczył, niewidząc od tak dawna miłej sąsiadki, co go skłoniło do złożenia u jej stóp uszanowania. Rozumie się, że frazes, w którym się to wszystko mieściło, w języku francuskim brzmiał i składał się daleko wdzięczniej, niż my go w naszej barbarzyńskiej mowie powtórzyć możemy.
Panna przyjęła tę podaną jej słodycz bardzo wdzięcznie, wąchając różę przyniesioną, i zaprosiła podczaszyca aby usiadł, a że sama siadając różę tę przed sobą położyła na stoliku, opanował ją zaraz gość, oświadczając, że zdobyczy tej nie odda za żadne skarby w świecie, że ją jako pamiątkę tego dnia zachowa.
Nie było opozycji. Podczaszyc, który zajmował się wiele różami rozmaitych gatunków i odmian, wiedział wprawdzie, że ta, którą zdobył, była jedną z najpospolitszych miesięcznych, wcale przez miłośników nie cenionych, lecz wydać się z tem nie chciał. Z róży tej wysnuł tylko wątek do małej rozprawy o całej rodzinie róż i spytał, czy panna Stratonika znała Micrę i Micrantę, różyczki minjaturowej małości? Okazało się, że w brzeskiem róże te nie ukazały się jeszcze. Podczaszyc więc ze swej szklarni ofiarował się przysłać piękne ich exemplarze.
Od róży przejście w rozmowie do sentymentu jest nader łatwe, nie wysilał więc umysłu podczaszyc na zwrócenie jej ku przerwanej ostatnią razą rozprawie.
Słuchając go, pannie Stratonice usta się jakoś ironicznie krzywiły i drgały, jakby jej się strasznie śmiać chciało, ale natychmiast spoważniała i poczęła pomagać gościowi w rozwiązaniu jego poglądów na historję serca ludzkiego...
Podczaszyc w dziejach tych miał erudycję wielką szczególniej na francuzkich romansach opartą. Zwolennik zwrotu ku naturze, który zalecał Jan Jakób Rousseau — począł dowodzić, że uczucie równało ludzi — i że przesądy dawne, kastowe musiały być odrzucone i potępione... Znajdował bardzo moralnem, żeby królewny wychodziły za chłopów, a pasterze żenili się z księżniczkami.
— Bardzo to się pięknem wydaje w książkach — odparła łowczanka — ale w życiu takie związki — są dziś niemożliwe.
— Dlaczego? jeżeli one dawniej się praktykowały, gdy ludzie bliżej byli natury? — zawołał podczaszyc.
— Mnie się to zdaje łatwem do pojęcia — odezwała się gospodyni. — W tych dawnych czasach prawie jednakowe mieli wykształcenie i obyczaje pasterze i królowe, dziś między jednymi a drugiemi jest wielka różnica cywilizacji.
Uwaga ta, dowodzącą myśli samoistniejszej i chłodnego rozsądku, niezmiernie uderzyła podczaszyca. Zaniemiał na chwilę zdziwiony... Nie spodziewał się tak wykwintnego i silnego zarzutu.
— Jan Jakób — dodał po chwili — ogłasza też cywilizację tę za zgubną, za psującą rodzaj ludzki i właśnie zwrot do natury...
Panna łowczanka uśmiechnęła się.
— Być może, iż ja tych subtelnych kwestyj filozoficznych nie rozumiem dobrze — rzekła — ale obawiam się, abyśmy, wracając do tej natury, nie zbliżyli się zbytnio do zwierząt... co — przyznasz mi pan — nie byłoby przyjemnem.
Uśmieszek szyderski przebiegł po jej ustach — gość zmięszany powtórnie zadumał się głęboko.
Uznał bezpieczniejszem wrócić się do mniej abstrakcyjnych przedmiotów i począł utyskiwać na swoje osamotnienie i życie, jakie na wsi prowadził, a które mu się naprzykrzyło...
Łowczanka też znajdowała, że tak świetnej edukacji nie należało zakopywać na wsi. Przyznał się podczaszyc, iż tylko intrygi familijne, okoliczności, zmuszały go do tego pustelniczego żywota. Nie było winą jego, że dobra miał nieco obciążone... co go zdala od stolicy trzymało. Przy tej zręczności poufnie dodał, że miał w Warszawie wielce wysoko położonego stryja, który — mógł i jemu świetne wyrobić przy dworze położenie, dygnitarstwo i t. p. Potrzeba było tylko wyzwolić się z tej niewoli na wsi, zamieszkać w stolicy, przypomnieć się królowi.
Zdumiał się nieco podczaszyc, gdy panna mu na to odpowiedziała, że powinien był bogato się ożenić, co dla niego trudnem być nie mogło. Naówczas i zawikłane interesa dałyby się prędzej rozplątać, i podróż do stolicy a zamieszkanie w niej łatwoby przyszło do skutku...
Alluzja do położenia, w jakiem się oboje znajdowali, tak zdawała się być jasną, iż podczaszyc na chwilę się zawahał, czyby nie należało z niej korzystać i — natychmiast, przyklęknąwszy z różą w ręku, ważyć się na deklarację.
Z drugiej jednak strony — przychodziła uwaga, iż zbytni pośpiech, z pogardzeniem form towarzyskich, źle mógł być wzięty — więc stanowcze wystąpienie odłożywszy do następnych odwiedzin, począł tylko rozwijać przed oczyma panny Stratoniki — wszystkie perspektywy przyszłych szczęśliwości i programu żywota!
— Jak skorobym dostąpił tego szczęścia — rzekł — iżbym znalazł dawno z utęsknieniem poszukiwaną istotę, któraby los mój podzielić chciała — udalibyśmy się razem do stolicy... Mam tam pałacyk, który, chociaż zaniedbany, łatwoby się na bardzo przyjemną dał urządzić rezydencję. Przy pomocy stryja, a nawet bez niej, wstęp do dworu mam łatwy. Łączą mnie związki pokrewieństwa z panią marszałkową Mniszchową, siostrzenicą N. pana, z panią Krakowską... Najpierwsze domy byłyby dla nas otwarte...
Szłoby o to w Warszawie, aby pozyskać coś u króla — któryby odmówić nie mógł. Zaraz potem udalibyśmy się do Włoch... do wód, na południe, do jednego z tych czarownych zabytków Europy... w których piękną naturą zachwycać się, napawać można... Kraj nasz...
— Kraj nasz — przerwała łowczanka — właśnie mi się zdaje więcej zbliżonym do natury....
— Tak — ale jakaż to natura! — odparł podczaszyc — natura, którą śniegi i mrozy przez pół roku trzymają w żelaznych okowach. Wspomnień złotego wieku należy szukać tam, gdzie laury i pomarańcze kwitną, jak w raju. Kochające się istoty tam powinny słodkiego żywota używać pierwocin!
Podczaszyc, mówiąc to, robił miny wdzięczne, które tylko zmarszczki na twarzy jego uwydatniały. Łowczanka patrzała nań — i milczała. Zdało mu się, że to ogromne na niej czynić musiało wrażenie.
Kto wie, na jakie drogi ta rozmowa niebezpieczna zaprowadzićby ich mogła, gdyby nie — przybycie niespodziane pani sędziny Wędziagolskiej, de domo Kmicianki, które słodkie tête à tête przerwało.
Odwiedziny te, na pozór przypadkowe, wcale niebyły takiemi, jak się wydawały. Z rezydencji podczaszyca do Mazanówki jadąc, nie podobna było minąć Kwasińca, wsi należącej do Wędziagolskich. Sędzina wiedziała, ze słuchu po sąsiedztwie chodzącego, że podczaszyc jakoby starał się o łowczankę — pragnęła koniecznie naocznie się przekonać, jak rzeczy stały, i, zobaczywszy przeciągający powóz, natychmiast zaprządz kazała, aby sąsiadeczkę kochaną odwiedzić... Wchodząc do salonu, bystre jej oko dostrzegło zaraz różę, leżącą przy podczaszycu — corpus delicti!! Dla pani Wędziagolskiej dosyć było jednego listka, aby z niego coś wysnuła, cóż dopiero mówić jej musiał kwiat cały..!
Sędzina, de domo Kmitów — uważała się za należącą do arystokracji, chociaż z Kmitami historycznymi rodzina jej nic, nawet herbu wspólnego nie miała.
Przykro jej było, że ten podczaszyc, tak dobrego rodu, posponował się między Białozielskiemi i Przeławskiemi...
Osoba była żywa, lat średnich, wymowy nie wyszukanej ale obfitej i łatwej, temperamentu nader gorącego... złośliwa nieco... Ubierała się nie zbyt modnie, ale jaskrawo i z pretensją. Podczaszyca widywała już u nieboszczyka Przełowskiego, poznała go tu, i miała mu za złe, że jej — de domo Kmicianki, nie odwiedził.
Lecz, mniejsza o to — mówiła — a główna rzecz przekonać się, czy to prawdą być mogło, że ta nagle zbogacona — jakaś rezydentka, garderobiana, miała wyjść za człowieka takiego imienia.
Dowód był niezbity. Znalazła ich we dwoje, sam na sam — i różę przy gościu, a gościa pochylonego czule, zarumienionego widocznie w trakcie najczulszych serca zwierzeń. Więcej jej już nie było potrzeba. Sądziła, że Łowczanka, pochwycona tak jawnie na zalotach, przynajmniej zawstydzi się, zarumieni, zmiesza — ale, gdzie tam! została chłodna, poważna, przywitać ją wcale się nie detonując... Zdaniem Wędziagolskiej było to dowodem, że już słowo sobie dali.
Gospodyni bardzo uprzejmie przyjęła kochaną sąsiadkę, tylko podczaszyc się zachmurzył. Przerwała mu rozmowę, którą on uważał jako podwalinę i podstawę następującej a stanowczej... Groziło to jeszcze jedną przygotowawczą wizytą i stratą czasu.
To go tak poruszyło jakoś, że zaledwie się przywitawszy z sędziną, różę tylko ze stolika zdjął, i natychmiast pożegnał łowczankę, która go napróżno na kawę zapraszała. Ażeby jednak odjazdu tak nagłego nie tłomaczyła sobie fałszywie — rzucił wiele mówiące wejrzenie, mające nieszczęśliwą uspokoić.
Sędzinie odjazd ten także nie był do smaku. Podczaszyc postąpił sobie niegrzecznie, jak gdyby od niej uciekał!!
Zaledwie się drzwi za nim zamknęły, gdy Wędziagolska wykrzyknęła:
— No — więc chyba powinszować!! co?
— Jeszcze nie — odparła chłodno łowczanka...
— Tak — ale obiecuje...
— Dał słowo...
— Jakto? słowo dał! już! jużeście sobie słowo dali!! — krzyknęła, porywając się z siedzenia sędzina.
— My? sobie słowo dali? — zapytała łowczanka — ale po cóż ja miałam słowo dawać??
— Przecież!!
— Przecież mówimy o tym tysiącu dukatów, które mi winien i dał słowo je zapłacić — dokończyła łowczanka spokojnie.
Sędzina osłupiała.
— Trzy razy już w tym interesie do mnie przyjeżdżał — dokończyła gospodyni...
— Tylko w tym interesie? — spytała zdumiona Wędziagolska. Proszę! a ludzie już co innego rozpletli...
Łowczanka ruszyła ramionami.
— Kochana sędzino — odpowiedziała — jużci nie posądzacie mnie, abym ja uwierzyła dziś zalecającym mi się tym samym ludziom, których słyszałam, jak się ze mnie — starej panny, wyśmiewali!!
Ramionami poruszyła i wstała nalewać kawę. Wędziagolska, pomimo gadatliwości swej, siedziała długo, nie mogąc się zdobyć na słowo.
Wszystkie jej przypuszczenia, rozumowania, hypotezy, wnioski runęły... Patrzyła na łowczankę, której ani twarz, ani ręka nie drgnęła przy nalewaniu kawy — i robiło się jej tak dziwnie jakoś, jakby coś niezdrowego zjadła...
Panna Stratonika z przytomnością umysłu wielką natychmiast zagaiła o gospodarstwie i spytała pani sędzinej, czy u niej się kury niosły, bo w Mazanówce okrutna była na jaja karystja. Wędziagolska nie umiała zrazu odpowiedzieć...
Powrócił podczaszyc do domu, przez drogę powziąwszy stałe postanowienie oświadczenia się przy następujących odwiedzinach...
Znajdował pannę dostatecznie przygotowaną, a sam już był zdenerwowany oczekiwaniem i wierzycieli naprzykrzonych chciał w proch obrócić, oznajmiając im, że się żeni z — pięćdziesięciu tysiącami czerwonych złotych. Rad widzieć ich spiorunowanych tem i w pokorze na ziemi leżących!..
Trzy dni pauzy, a potem — deklaracja, słowo, zamiana pierścionków i intercyza...
Napisanie tego kontraktu było zadaniem bardzo dla niego ważnem, należało zawczasu obmyśleć klauzule... Wezwał listem Moroszyńskiego.
Prawnik nadjechał; niewiadomo o co chodziło.
— Kochany rejencie — rzekł mu podczaszyc — rzeczy się zbliżają do końca. Mogę powiedzieć, że są tak jak skończone. Brak tylko formalności... ale za parę dni, jestem pewny, zamienimy pierścionki.
Uśmiechnął się tryumfująco razem i smutnie, jakby nie przywiązywał do tego zbytniej wagi — niewypadało okazać się chciwym tego końca... Podczaszyc chciał, aby myślano, iż — godził się z przeznaczeniem tylko...
— Mnie się zdaje, dodał, że nie od rzeczy by było, żebyśmy sobie już dziś zrobili lekki szkic przyszłej intercyzy... Hm?
— Dlaczegóż nie?
Znasz asindziej obie fortuny, obustronne stosunki...
— Zatem — przystąpmy do roztrząsania warunków... na które, jednak, czy się druga strona zgodzi.
— Musi się zgodzić! proszę cię! panna jest we mnie, entre nous, zakochana, zrobi, co ja podyktuję.
Moroszyński umilkł.
— Myślę tedy — rzekł podczaszyc — że obie fortuny sobie zapiszemy na przeżycie. Hm?
— Nie mam nic przeciw temu.
— Tymczasem zarząd majątkami w rękach moich, jeneralna plenipotencja...
Cóżby więcej?
— Nie wiem — rzekł sucho Moroszyński.
— Więc, rzecz bardzo prosta...
— A na wypadek rozwodu? — zapytał rejent...
Usłyszawszy to, podczaszyc się odwrócił i stanął zasępiony.
— Czy to potrzebne? — spytał.
— Teraz to we zwyczaju...
— No — to połóż warunki wedle — zwyczaju — dodał podczaszyc.
— Rozumiesz asindziej — rzekł po namyśle — iż intercyza, nie krzywdząc strony drugiej, powinna oczywiście wypaść na korzyść moją. Daję jej imię... pozycję, wyciągam ją, mogę powiedzieć...
Ale zawahał się i niedokończył. Rejent posłuszny siadł i napisał intercyzę, lecz, chociaż zredagował ją — nie widać było, aby wielką do bruljonu przywiązywał wagę.
— Co to dziś? — zapytał podczaszyc.
— Poniedziałek.
— Tak, we czwartek będę w Mazanówce, a w piątek asindziej przyjedziesz tu z podpisaną intercyzą...
Skłonił się rejent i poszedł do oficyny do rządcy, aby u niego swobodnie odpocząć.
Przez wtorek i środę kwiaty i szklarnie nieco były zaniedbane, podczaszyc chodził po pustych salonach, myśląc o przyszłości tylko. Ostatni list, wysłany do Warszawy do członka rady nieustającej, zwiastował mu przyjemną nowinę, iż marjaż był tak jak ułożony...
We czwartek rano kamerdyner, już zawiadomiony o poobiedniej wizycie i o jej ważności, przyszedł na naradę co do ubrania. Żadnego ze znanych już garniturów kłaść nie wypadało, strój nie powinien być nazbyt voyant, ale poważny, skromny, a przytem nie czyniący zbyt starym...
Kamerdyner głosował za bardzo ładnym, gorge de pigeon, szytym srebrem, do którego guziki z mozajki florenckiej wyobrażały w rozmaitych pozach parę rozkochanych gołębi!!.
Podczaszyc się uśmiechnął.
— Pas mal! — rzekł krótko.
Wydobyty garnitur przedstawiał się świeżo, odpowiadał wszelkim warunkom. Zgodził się na to ubranie...
O kwadrans wcześniej, niż zwykle, wyruszono do Mazanówki, i gdy podczaszyc przybył tu, w przedpokoju, nader delikatne powonienie jego pochwyciło jeszcze woń skonsumowanego obiadu, w którym barania pieczeń, z małym supsonem czosnku grała pewną rolę... Trochę to prozaicznem mu się wydawało i rozczarowującem — westchnął...
W pokoju bawialnym znowu nikogo nie było, oprócz cebul na oknach...
Jakkolwiek pewien siebie, pan podczaszyc uczuł — że chwila stanowcza czyniła na nim wrażenie. Przebiegł myślą przeszłość swoją — i zbliżywszy ją do chwili obecnej, baranią pieczenią — był jakby upokorzony! — Lecz — są fatalizmy...
A w najgorszym razie, gdyby to życie z czosnkiem stało się nieznośnem, czyż nie było nuncjusza, któryby rozwód ułatwił w Rzymie? Dwa, trzy lata można było wytrwać, tymczasem kapitały przeniosłyby się tam, gdzie były potrzebne — i — rozwód zawszeby wypadł nie bez korzyści. Zdziwić się kto może, iż podczaszyc w dniu, gdy się miał dopiero oświadczyć, już myślał o rozwodzie — lecz w owych czasach było to rzeczą zwyczajną i więcej się małżeństw rozchodziło, niż trwało.
Pani domu trochę długo na siebie czekać kazała. Podczaszyc poruszony przechadzał się, a że miał buty skrzypiące, przypominał się niemi.
Ukazała się na ostatek gospodyni — spojrzał na nią, i właśnie, gdy spodziewał się ją znaleść wyświeżoną, odmłodzoną, trafiło się — bo jużci nie mogło być umyślnem — że wyglądała starszą niż kiedy, opuszczoną... Suknia na niej leżała niezgrabnie, a oprócz tego wdziała ogromną czarną chustkę i miała na głowie, zwykle odkrytej, czepiec biały, który ją do niepoznania zestarzał.
— Darujesz mi, szanowny sąsiedzie — odezwała się — że tak bez ceremonji, po domowemu, wychodzę nieubrana... Nie chciałam, abyś zbyt długo czekał na mnie, a czułam się dziś nie bardzo zdrową... Co pan chcesz! wiek!..
Podczaszyc stał tak z tonu zbity, iż przez chwilę języka w gębie zapomniał. Ta stara baba, wyglądająca na klucznicę, miała być jego żoną!! I właśnie w tym dniu, gdy on miał jej oświadczyć miłość swoją, jakby naumyślnie — zbabiała!!
Całe męstwo, z jakiem tu przybył, utracił. Łowczanka siadła i prosiła siedzieć; zbliżył się milczący, padł na krzesło, mimowolnie wzrok jego utkwił na jednym z guzików, na którym całowały się gołębie...
A przed nim, przed nim siedziała nie synogarlica, nie turkawka, ale coś, jakby kura obmokła...
Bądźcobądź, trzeba było zwyciężyć się i przejść sous les fourches caudines, jak mówił sobie w duchu.
— Jakże mi przykro — odezwał się — że panią zastaję niedysponowaną...
— Nie ma nic dziwnego — odpowiedziała chłodno panna — reumatyzmy w naszej rodzinie przychodzą z wiekiem, a w moich latach już się ich należało spodziewać...
Podczaszyc, posłyszawszy o latach, odrętwiał... Godziłoż się jej w tym dniu mówić o swych latach!!
Zaczął się uśmiechać, choć kwaśno.
— Co za lata! to żarty! — rzekł — pani nie masz prawa...
— Cierpienie przypomina prawa natury — poczęła Łowczanka — a dolegliwości te należą do nich...
— Na to są wody zagraniczne — wyrwał się żywo podczaszyc — Pyrmont zbawienny — Karlsbad doskonały, Bardjów bardzo chwalony... Wiem to od moich krewnych. Ja sam dotąd ich nie potrzebowałem...
— Cóż dziwnego, pan młodym jesteś! — westchnęła nielitościwa łowczanka... Gość poruszył się niecierpliwie na krześle i zagaił rozmowę o kwiatach...
Z kwiatów spodziewał się przejść jakoś do sentymentu, a po tem, nie patrząc na czepiec i na chustę czarną, oświadczyć swe afekty...
— Widzę, że tulipany już puszczają! — odezwał się... Ja hjacyntów się spodziewam rozkwitłych; wkrótce będę miał szczęście służyć bukietem...
— Pan podczaszyc nie wyjeżdża do Warszawy? — zagadnęła łowczanka.
— Tak prędko, nie — podchwycił, na ogromną odwagę zebrawszy się gość. Przyznam się pani, że przez czas długi nudziłem się na wsi, ale od niejakiego czasu — od poznania bliższego miłej sąsiadki — znajduję ten cichy zakątek bardzo przyjemnym.
— Łaskaw pan jesteś, nie zasłużyłam...
— Panno łowczanko dobrodziejko — odparł żywo podczaszyc, który radby co rychlej męczeństwo to doprowadzić do końca — pani nie chcesz wierzyć mojemu afektowi dla siebie, a rzeczywiście nigdy w mem życiu nie doświadczałem tak błogiego stanu, jak dziś, gdy... — Położył rękę na sercu...
— Czyż być może, byś pani nie czuła, iż masz przed sobą adoratora, który...
Panna łowczanka podniosła głowę...
— Który miałby się za najszczęśliwszego, gdybyś mu pani dozwoliła się nazwać tkliwszem imieniem.
— Co takiego? — zimno spytała panna.
— Nie chce mnie pani rozumieć!
Nie przybliżając się zbytnio, podczaszyc z wielką gracją przykląkł na jedno kolano i rękę przyłożył do serca...
— Pani — przyjm ofiarę moją... proszę o tę drogą rączkę...
Uśmiechnięty oczekiwał odpowiedzi. Łowczanka nadzwyczaj zdziwioną udała, oparła się o stół, podnosząc, syknęła — spojrzała na klęczącego u nóg swych i odezwała się głosem suchym.
— Ale, wstydź że się panie podczaszycu, żarty sobie stroić ze starej panny! Wszakżeś ją sam tak nazywał, na mojem uszy słyszała. A od tej pory nie tylkom nie odmłodniała, ale zestarzałam...
Jeżeli ci przyszła fantazja jakaś — toć nie ma sensu! Ludzie powiedzieć gotowi, że nie o mnie się starałeś, ale o ten posag nieszczęśliwy, którego tak wielki pan potrzebować nie może...
Cóż znowu! Widzisz jak starą jestem! — mówiła powoli. Podczaszyc klęczał z początku, słuchał, nos mu się zaczynał marszczyć — podniósł się zwolna, kolano, na którem był sparty, otarł chusteczką — wyprostował się i — twarz, przed chwilą wdzięcząca się, zupełnie wyraz zmieniła.
Stał się wielkim panem, jakim był niegdyś, przybrał arystokratyczną, dumną postać...
Skończyła panna Stratonika, gdy on jeszcze słuchać się zdawał, a w istocie namyślał się tylko nad tem, co miał powiedzieć.
— To ostatnie pani słowo? — spytał serjo.
— Mógłżeś się pan od starej panny spodziewać innego? — odparła zimno łowczanka.
Podczaszyc wziął kapelusz i włożył go pod rękę, poprawił żabot, z gracją naprzód nogę wysunął, ręką skinął na pożegnanie i, kłaniając się, rzekł...
— Trés bien joué!
Słowa więcej nie powiedziawszy, wyszedł z pokoju i szedł do powozu, jak gdyby nic tak nadzwyczajnego w życiu jego nie zaszło!
Nie wypadało mu w żadnym razie okazać się ani zwyciężonym, ani zgryzionym, ani tak okrutnie zawiedzionym, ale w głowie i w sercu myśli i uczucia jak fale zburzonego morza się przewracały.
Być że to mogło, aby tu — jedna, jakaś, łowczanka... śmiała sobie tak zadrwić z niego i doprowadzić jego, starego wróbla, aby się dał złapać na plewę. Skończenie świata!!
Niczemby było jeszcze, gdyby to pozostało tajemnicą między nią a nim, bo pewien był, że, pomściwszy się, stara panna pewnie obgadywać go nie zechce — ale on sam wtajemniczył w to dwóch rejentów, kazał pisać intercyzę!! Zapłacił niegodziwemu Odrydze — który musiał być w zmowie, dziesięć dukatów i dał mu pełnego nadziei łoszaka!
Więcej daleko gryzło go to, niżeli głupia rekuza starej panny.
Na prawdę winien jej był wdzięczność, ocaliła go od — śmieszności, bo była w istocie starą, okropną, zgrzybiałą babą. Łaską Bożą z nią się nie ożenił. Gotowa była w tym czepku białym, baniastym, strasznym, wyjść do strażnikowej koronnej, do krajczynej, do podskarbinej.
Dojechawszy do domu, gdy kamerdyner zdejmował z niego garnitur gołębiasty, starał się mu okazać humor wyborny, ale sługa oszukać się nie dał...
Nazajutrz był piątek — rejent miał nadjechać z intercyzą, potrzeba było przebyć chwilę przykrą, musiał — kłamać. — Wstawszy, gdy się przejrzał w zwierciadle, zląkł się swej fizjonomji nagle zestarzałej, zmarszczonej i zżółkłej... A wierzyciele ci, co mieli być skonfundowani! a te tysiąc dukatów, które teraz wypadało nieodzownie spłacić tej przeklętej starej pannie!!
Oddano mu przy czekoladzie list od stryja — na który popatrzył, i nawet go nie rozpieczętował... Czekolada dnia tego była gorzka, jak piołun...
O jedenastej dano znać, że rejent przyjechał — kazał go prosić do siebie i przywitał wesołością tak podejrzaną, że stary jurysta zwąchał już coś złego...
— Przyjeżdżasz z intercyzą! — rzekł po chwili — tymczasem... tymczasem... przyznam ci się, zachwiałem się...
— Jakto?
— A no? Zastałem pannę chorą i tak mi się wydała starą, że mi odwagi zabrakło.
Moroszewski ręce załamał.
— Możesz to być? a wierzyciele nasi? — zawołał.
— Hm! — odparł podczaszyc — muszą czekać... nie ma rady!
Dla ich miłości stryczka sobie na szyję zarzucić nie mogę...
Przeszedł się po pokoju.
— Zresztą — dodał — wziąłem to ad deliberandum... kto wie?
— Dostał odkosza! — pomyślał jurysta — ani chybi...
— Co mi pan radzisz? — zapytał po chwili podczaszyc.
— Radziłem się żenić.
— Trzeba znaleść radę inną. — Zamruczał gospodarz — chybaby mi wierzyciele co młodszego znaleźli! Niech się postarają.
Na tem bardzo krótka skończyła się konferencja. Wychodząc, rejent powiedział sobie:
— Trupem go czuć! na to nie ma rady...
I on na tej sprawie dużo tracił — zabolało go, powrócił do miasteczka zgryziony i z wózka prosto pobiegł do Odrygi który, niemając co robić, studjował sobie zawsze dla rozrywki sprawę kapituły wileńskiej z Brzostowskimi...
Zobaczywszy go wchodzącego z twarzą zmienioną, Odryga pospieszył ku niemu.
— Co ci to, bratku?
— Fatalny casus... fatalny — począł Moroszyński — z tym podczaszycem. Pojechał wczoraj się oświadczyć łowczance, najpewniejszy siebie i — powrócił... nie ma wątpliwości, że z harbuzem, choć łże, powiada że mu się raptem starą wydała. Ale on by się z babką z pod kościoła ożenił, żeby miała pieniądze... Harbuza mu dała...
— To nie może być! — wrzasnął, ręce załamując, Odryga — to nie może być — i raz jeszcze — nie!
— Ale ja wracam od niego! Tak jest — rzekł Moroszyński.
— A ja ci powiadam, że to niepodobieństwo — ręką w stół bijąc, powtórzył Odryga, któremu oczy się zaiskrzyły... Ja jeździłem do niej na zwiady, badałem ją. Formalnie mi powiedziała; oto są słowa jej: niech się oświadczy! chcę by się oświadczył!
Ja go o tem upewniłem — jestem przez tę kobietę skompromitowany! Przyznam ci się, bracie kochany, dał mi za tę nowinę, którą mu przywiózłem, dziesięć oberzniętych dukatów i łoszaka! Tu o honor mój idzie! Dziesięć dukatów — pal ich kaci, ale łoszak, powiadam ci, lalka, gdyby się wyhodował, mało pięćdziesiąt dukatów za niego... a będę musiał go oddać. Honor nie pozwala!!
Odryga rzucał się, chodził i powtarzał:
— Nie może być! Stante pede, każę zaprzęgać i jadę do Mazanówki. Zdradziła mnie ta kobieta, dla której miałem respekt, mogę powiedzieć, admirację!
Nie wierzę... w tem jest coś innego, coś niepojętego...
Rejent milczał długo.
— W tem nic nie może być — rzekł po namyśle — tylko że się panna, rozum mając, rozmyśliła. — Wielki pan, ale bankrut... Musiano ją przestrzedz i w wczas się cofnęła...
— Żebym był przynajmniej tego łoszaka nie znał, nie widział, nie pokochał — zawołał Odryga — a tak — honor nie pozwala...
— Kochanku, mylisz się — począł kolega. — Mnie wyraźnie oświadczył podczaszyc, że się sam cofnął, rozmyślił i nie oświadczał. To jest wersja urzędowa, tej się trzymaj, zostaniesz przy łoszaku.
— Tak — ale sumienie! — zawołał Odryga. — Na moje uszy słyszałem od niej, że żądała, aby się jej oświadczył, ty powiadasz, że on gotów z djabłem się dla pieniędzy żenić... Pogodź że tu te wszystkie sprzeczności i moje sumienie z ludzkiem...
Nie — nie — dodał — clara pacta, każę zaprzęgać i jadę na całą noc do Mazanówki. Niech się spełni co się ma dokonać... Oddam łoszaka — ale całe życie po nim płakać będę!! Żebyś ty go widział! — rzekł, zwracając się do Moroszyńskiego, który kwaśny do wyjścia się zabierał...
— Daj ty mi z nim święty pokój! — zamruczał. Jedziesz do Mazanówki!
— Muszę, sumienie i łoszak mi każą... Na całą noc... Dziej się wola Boża!
W pierwszym zapale kazał istotnie zaprzęgać Odryga; lecz rozmyślił się wkrótce i konie potem do dnia przygotować polecił. Rozrachował, że przyjazd do Mazanówki po nocy lub nadedniem na nicby się nie przydał i niepewności, która go dręczyła, nie ukrócił.
Całą noc jednak spędził w snach gorączkowych — widząc przed sobą podczaszyca, łoszaka, pannę łowczankę, dziesięć poobrzynanych dukatów i śmiejących się z niego ludzi... Awanturę tę przypłacić miał stratą czystą dukata danego koniuszemu, talara srebrnego... i nadziei, które na potomku klaczy tureckiej pokładał...
Wierzże tu kobietom! kochajże się tu w łoszakach, kładnij palce między drzwi i pośrednicz w takich sprawach, w których zawsze są męty na dnie.
— Dopóki życia mego! nigdy się nie wdam w nic podobnego!! — zakończył, wzdychając.
Z wesołą twarzą wyszła naprzeciw gościa panna łowczanka, gdy jej dano znać, że faworyt rejent przyjechał. Spodziewała się też zobaczyć poczciwą twarz jego uśmiechniętą tak, jak zwykle bywała, gdy widok jej go rozpromieniał.
Tymczasem rejent wszedł sztywny, chmurny, zasępiony, nie swój, taki, jakim go nigdy jeszcze nie widziała...
— Jak się masz? cóż to tak posępny przybywasz?
Potarł nieborak włosy, pokręcił wąsa... W ciągu podróży i aż do tej chwili zdawało mu się, że nic łatwiejszego być nie może nad rozmowę z panną Stratoniką o przygodzie podczaszyca — dopiero teraz spostrzegł, że właściwie niewiedzieć z jakiej beczki było poczynać.
Panna, patrząc nań i na odpowiedź czekając, zrozumiała wraz, że rejent był zakłopotany i — nawet się domyśliła z jakiego powodu — ale, niewiasta z taktem wielkim, nie dała tego poznać po sobie.
— Zła droga? musiałeś się zmęczyć? — rzekła spokojnie — siadajże, spocznij, wiesz, że u mnie jesteś jak w domu.
— Całuję rączki — szepnął, przysiadając na brzeżku krzesła Odryga.
— Cóż tam słychać u was — spytała panna.
— A! tak dalece nic osobliwego — rzekł rejent. Podniósł oczy nieśmiało.
— Był podczaszyc u acani dobrodziejki? — spytał.
— A — był — odezwała się łowczanka — był, no — i o mało się nie oświadczył.
Tu zatrzymała się nieco, jakby nie chciała dokończyć. Usta jej uśmiechały się szydersko. Rejent ręce załamał.
— Moja mościa dobrodziejko — zawołał — tu o mój honor idzie, muszę się więc wyspowiadać. Bodaj, czy nie zgrzeszyłem długim językiem. Gdym był ostatnią razą, samaś mi pani oświadczyła, że radabyś, aby się podczaszyc zdeklarował. Widziałem w tem wolę jej i dałem mu do zrozumienia, że powinien nie zwlekać...
— Bardzoś dobrze uczynił — dodała łowczanka.
— Ale fatalny skutek wypadł... przerwał rejent... bo podczaszyc pono dostał harbuza.
— Albożem ja ci mówiła, że go będę akceptowała? co? — odparła łowczanka. — Nudził mnie strasznie amorami swojemi, dlategom właśnie chciała, by się oświadczył rychło, aby się go coprędzej pozbyć.
Odryga ręce załamał.
— A ja myślałem! — krzyknął.
— Cóż to asandziej sądził, że ja tego poliszynela wezmę za męża, dlatego, że ma imie głośne i kolligacje!! Wstydź że się, rejencie, znasz mnie chyba mało, jeżliś to mógł przypuścić.
Oniemiał Odryga.
— Więc dostał harbuza? — zapytał, wychodząc z osłupienia.
— No — a gdyby? to co? — spytała łowczanka.
— Ale, ja — po głupiemu zaręczyłem mu niemal za sukces — rzekł rejent — i — prawdą a Bogiem, on — on — jakby to powiedzieć, chcąc mi się wywdzięczyć — zmusił mnie przyjąć od siebie łoszaka i kilka oberzniętych dukatów...
Panna Stratonika na głos się śmiać zaczęła.
— Patrzajcież tego niepoczciwego — odezwała się wesoło — chciał mnie sprzedać podczaszycowi.
Rejent się żachnął.
— Na rany Chrystusowe — zawołał — co asińdzka przypuszczasz! Ja się tem gryzłem w duszy i opłakiwałem to postanowienie — ale, mając wyraźnie objawioną wolę jej, cóżem miał począć!! Myślałem, że asińdzka w tem widzisz szczęście, któremu ja kontradykować prawa nie miałem...
Dziś mi nie pozostaje nic, tylko odesłać łoszę i te obrzezańce podczaszycowi, bo ich zatrzymać nie mogę — zamruczał.
— Jest w tem wina moja, przerwała łowczanka... Powinnam się była jaśniej wytłomaczyć i nie pozostawiać waćpana w wątpliwości. — Nie zgrzeszyłeś wiele, a ja podczaszycowi stratę wynagrodzę.
— Nie — to nie wypada — odparł rejent. Zresztą, niech go tam licho bierze, gdy panna łowczanka jesteś wolną i aprehensja ta o jej szczęście spadła mi z bark!!
Tu, przybliżywszy się, pocałował ją w rękę.
— Nie, nie — rzekł — asińdzka nie byłaś winną, ale ja byłem głupi, bo jakżem mógł przypuścić, aby osoba tak światła, rozumna i wysokiego umysłu, miała sobie na dożywotniego towarzysza taką kukłę wybierać? — Prawdę mówiąc, oprócz nazwiska nic za sobą nie ma — ale to — nic!!
Łowczanka, widząc go rozweselonym, uśmiechała się.
— Siadaj — rzekła — i nie mówmy o tem, rada jestem żem się pozbyła natręta — bo mnie nudził tak, iż wytrzymać go trudno...
— Asińdzka sobie znajdziesz godnego jej kawalera, nie długo czekając — dodał poważnie rejent — bo, że szukać go i wziąć potrzeba, to kwestji nie ulega. Samej jednej tak żyć — nie godzi się; szczęścia asińdzka nie kosztowałaś w życiu, należy jej się ono. — Pismo święte powiada Vae soli...
— A ja to inaczej rozumiem — odparła łowczanka. Na ślubowanie dla mnie zapóźno; panna, co za młodu nie wyszła za mąż, podstarzawszy już myśleć o tem nie powinna. Samą nie jestem.
Widzisz, żem sobie cudzych dzieci gromadkę przybrała, kocham je, jak swoje, wychowuję, w domu nie pusto. Jam sobie pani.
Powiedz że ty mi, czego mam szukać w małżeństwie?
Rejent westchnął.
— A jużciż wszystko to piękne i dobre, ale sakrament małżeństwa...
— Dajże mi pokój z sakramentem — przerwała łowczanka. Powinieneś wiedzieć, że w piśmie i to stoi, że kto się żeni, dobrze czyni, a kto w stanie panieńskim trwa, jeszcze lepiej...
— Prawda, że to tam gdzieś stoi, bodaj u św. Pawła — zamruczał rejent — ale jabym wotował za sakramentem...
— Czy chcesz znowu mnie komu przefrymarczyć? — roześmiała się gospodyni.
Odryga skoczył z krzesła...
— A! — zlituj że się nademną, grzechów mi moich nie wypominaj! Póki życia swatać nie będę, ani chcę słyszeć o żadnem pośrednictwie.
Machnął ręką.
— Powinieneś i na to pamiętać — dodała łowczanka — com ci mówiła dawniej, że dopóki żałobę noszę, do roku sześciu niedziel żadnych projektów nie czynię i o niczem słuchać nie chcę.
Skłonił się rejent, ale chodził zasępiony. Myślał może o łoszaku i o sposobie, jakim go ma restytuować. Tymczasem rozmowa ciągnęła się dalej, de quibusdam aliis. Rejent wiedział dobrze o stanie interesów podczaszyca i przepowiadał, że przyległe, znaczne dobra jego nieuchronnie pójdą sub hastam.
Zachwalał je, jako smaczny kąsek...
Podano obiad; ze zwykłym obrzędem odbyła się ta biesiada, z rezydentami, sierotami, kapelanem, i właśnie od siołu wstawano, gdy zajechała bryczyną sędzina Wędziagolska.
Wpadła do bawialni zadyszana, a zobaczywszy rejenta, zawołała.
— Pewnie p. Odryga już przywiózł nowinę, z którą ja tu do sąsiadeczki spieszyłam?
— Ja? żadnej nie przyniosłem nowiny — rzekł rejent zimno.
— Jakto! nie wiecie nic? — dodała złośliwie, patrząc na łowczankę. — Wszakżeby pani, którą to poniekąd obchodzić może — jeśli się nie mylę, pierwsza być powinna o tem uwiadomiona!!
— Cóż to takiego? — zapytała panna.
— Podczaszyc był przyjacielem sąsiadeczki, przyjeżdżał tu dosyć często... bodaj się zalecał?
Ruszyła ramionami Stratonika...
— A cóż się z nim stało? — spytała.
— Dziś w nocy opuścił strony nasze, osierocił nas, złośliwie się śmiejąc, dodała Wędziagolska.
— Krzyżyk na drogę! — odezwała się łowczanka...
Sędzina zdziwiona była tą obojętnością — wszystkie jej przypuszczenia i rachuby okazywały się błędnemi. Zdawało się jej, że łowczanka, dowiadując się o odjeździe kawalera, przynamniej zemdleje.
— Siadaj kochana sędzino — przerwała gospodyni z zupełną obojętnością. — Za tak dobrą nowinę choć kawą służyć będę... Pozbyliśmy się okrutnego nudziarza...
Rejent stał perplexus — co teraz miał zrobić z dziesięciu oberzniętemi i łoszakiem, których honor mu zatrzymać nie pozwalał?? To mu ochotę do rozmowy odjęło. Wędziagolska zaś, wyszedłszy raz ze zdumienia, w jakie ją obojętność gospodyni wprawiła, a niechcąc okazać, że z tem jednem tu przybyła — wysypała cały swój zapas plotek i wiadomostek, w które obficie była zaopatrzoną. Dziwić się było potrzeba dokładności informacyj, jakie miała pani Wędziagolska, de domo Kmicianka, o podczaszycu, trybie jego życia, ożenieniu jego kamerdynera z jakąś ekonomówną, która była w łaskach wielkich u samego pana i t. d.
— Dalipan! — odezwał się, słuchając tego rejent. Zkąd asani dobrodziejka tę kronikę całą wziąć mogłaś, dla mnie rzecz niepojęta... Nikt o niczem podobnem nie słyszał. Więc chyba i o tem wiedzieć musisz asińdzka, ile długów zostawił — o której godzinie opuścił rezydencję?
— Długów nie liczyłam, choć wiem, że ich dosyć jest — odparła z przekąsem sędzina — ale co się tyczy wyjazdu, mogę służyć dokładną informacją, że nocą własnemi końmi do miasteczka przybył, zkąd go poczthalter czterema najlepszemi swemi wyprawił ku Warszawie. Powiadają, że wszystkie precjoza, sreberko i co było kosztowniejszego, nie wyjmując żony kamerdynera, wszystko ze sobą zabrał.
Rejent po kawie gotował się do wyjazdu, odprowadziła go na bok nieco łowczanka.
— Mówiłam panu — rzekła cicho — że moją żałobę do roku sześciu niedziel donoszę. Chciałabym w tym dniu żałobne nabożeństwo za duszę dobrodziejów moich odprawić. Patrzyłam już w kalendarzu, przypada to na trzy dni przed rokiem nowym. Proszę i rejenta, abyś duchownych zamówił dla uroczystych ekzekwij, kanonika Mulczera do exorty i abyś się tem zajął, mnie biednej pomógł i osobiście tu przybył...
Odryga w rękę ją pocałował i odjechał nieco uspokojony...
Jak przewidywali wszyscy, tak się stało. Po wyjeździe podczaszyca runęli z pozwami wierzyciele, i sekwestra położono na majątku — który długom wydołać nie mógł. Gdy się o tem wieść rozeszła, Odryga odebrał list od łowczanki, ażeby w jej imieniu stawał do nabycia dóbr i wierzycielom układy proponował. Jak się tylko wieść o tem rozeszła, wszyscy, co się nie rychło swoje należytości odebrać spodziewali, posypali się do kancelarji rejenta, ofiarując ustępstwa procentów...
A że po obliczeniu sum i ocenieniu majątku tak się szczęśliwie złożyło, iż kilka tysięcy czerwonych złotych mogło pozostać podczaszycowi, kazała mu dać znać łowczanka, iż gotowizną dopłaci, jeżeli jej majętność z wolnej ręki sprzeda... Przysporzyła nawet coś nad precjum; a odwrotną pocztą plenipotent podczaszyca odpowiedział zgodą i pragnieniem tylko aby dukaty co najprędzej mógł zobaczyć.
Wszystko więc nadzwyczaj się odbyło szybko i rejent w imieniu łowczanki wziął natychmiast intromissję. Przez cały ten czas, gdy trwały układy, tylko przez listy się znosił ze swą jurysdatorką, gdyż zajęcia miał tyle z pieniędzmi, papierami po sądach, iż do Mazanówki dobiedz nie było czasu. Dopiero po intromisji bryczyną i parą końmi, po okrutnem błocie, bo odwilż się zawzięła, podążył do Mazanówki.
— Submituję się — rzekł wesoło, wchodząc — i mam honor dziedziczce dóbr tranzakcje, intromisje i kwity złożyć, razem z życzeniem, abyś długo i szczęśliwie panowała... w nich... Mospanie — dziś oczyszczone, książęce są dobra... Asińdzka byś powinna, gdy się cokolwiek droga ustali, dojechać choć zobaczyć swą rezydencję! Dwór wspaniały, kaplica pyszna, ogród...
— O tem nie wątpię, że osobliwy być musi — szepnęła łowczanka.
— Gniazdo usłane — dodał rejent i tylko szczęścia w niem życzyć. — Spojrzała nań z ukosa gospodyni i pilno rozpytywać poczęła — o szczegóły, na czem cały wieczór upłynął.
Nazajutrz rano Odryga już jechać musiał, bo jeszcze nań czekały różne kłopoty z racji tego nabycia z dawnemi gracjalistami i t. p.
Rad był, że swej admirowanej pannie łowczance mógł usłużyć, i pochlebiał sobie, że sprawę tę poprowadził i dokonał tak, iż mu wszyscy aplaudować musieli. Dziękowała też i łowczanka — lecz — co po troszę Odrygę dziwiło — dotąd wcale o remuneracji jego pracy, zachodów, starań nie było mowy. Zwyczaj przyjęty chciał, że gdy się tranzakcją, intromisją i papiery składało, zawsze plenipotent otrzymywać był zwykł certum quantum za trudy swoje.
Spodziewał się tego i był pewnym, że będzie wynagrodzony sowicie, tembardziej, iż nic nie wymagał z góry, a na łaskę się zdał. Tymczasem łowczanka o remuneracji, o honorarjach ani pisnęła.
Nie szło wielce o to rejentowi; nie był chciwy, a pannę Stratonikę tak wielbił, iż chętnieby jej darmo służył, ale on był człowiekiem ubogim, a ona teraz wielką panią. Cóż to znaczyć miało?
Zachodził w głowę: lecz nie zraziło go to od dalszej posługi.
Nadszedł wreszcie ów dzień uroczysty nabożeństwa i zrzucenia żałoby. Odryga znowu w pocie czoła musiał zabiegać, aby się wszystko odbyło wedle życzenia łowczanki. Frekwencja sąsiadów była ogromna, duchowieństwo się stawiło w poważnym orszaku. Exorta ks. kanonika łzy wycisnęła — a zastawiony potem chleb żałobny wspaniałą był ucztą. Asystowała całemu obrzędowi, w kościele parafjalnym odbytemu, panna Stratonika, a na odjezdnem sadzącemu ją do powozu rejentowi szepnęła:
— Przyjeżdżaj że jutro rano do mnie.
Nie omieszkał się stawić, rachunki za świece i lampy ukończywszy, rejent, tak zmęczony biedaczysko, że się ledwie na nogach trzymał.
Pannę Stratonikę w sukni liljowej, ze wstążkami pąsowemi we włosach zastał w bawialnym pokoju, a tak jej było pięknie, tak tego dnia wyglądała młodo, że aż miło było spojrzeć na nią. Z apetytem ucałowawszy jej rączkę, Odryga siadł.
— Już mi asani dobrodziejka daruj, że siadam nieproszony — rzekł — ale nóg pod sobą nie czuję.
— Daruj ty mnie, że ja twojej dla mnie życzliwości nadużywam tyle — odezwała się panna — ale rachowałam na serce wasze dla mnie. Byliście mi przyjacielem, gdym nikogo nie miała, gdy się odemnie ludzie, jak od zeschłej gałęzi odwracali — wierzyłam więc i wierzę w poczciwy afekt wasz... za który — Bóg płać!
— Moja mościa dobrodziejko — zawołał poruszony wielce rejent — Bóg świadek myśli mojej — byłem, jestem, będę jej wiernym sługą... Dziękować niema za co...
— Ale się obrachować musimy, przerwała łowczanka. — Trudziliście się dla mnie tyle, mieliście kłopotu srogiego z mej przyczyny siła — doprawdy, że nawet nie wiem czem i jak się wypłacę...
Odryga pomilczał trochę.
— Będzie na to czas — rzekł. — Pracowałem z ochotą, trudu się nie czuło — nie pilno mi, abyś mnie asińdzka zapłaciła i odprawiła...
— Ja bo wcale go odprawiać nie myślę — odezwała się łowczanka, stając przed nim. — Jeśliś waćpan miał dla mnie afekt, to i ja dla niego też powzięłam szacunek i wdzięczność. Starzy przyjaciele rozstawać się nie powinni.
Spojrzała mu w oczy wyraziście, ale rejent nie zrozumiał spojrzenia. Rzucił się tylko ręce całować.
— Złota królowo moja — krzyknął — póki żywota ci służyć, a choćby i życie dać gotowym. Tak mi panie Boże dopomóż i święta męka jego...
— A no! — odezwała się wesoło łowczanka, prawą rękę wyciągając ku niemu. — Słowo się rzekło. Chcesz, dawaj na zapowiedzi i skończmy tę sprawę.
Odryga tak się wcale nie spodziewał podobnego finału, iż — osłupiał.
— Wolne żarty — rzekł...
— Wcale nie żarty — przerwała łowczanka. — Waćpan się nie domyślasz prosić o moją rękę, to ja mu ją sama daję...
Rejent krzyknął — i, jak stał, tak plackiem jej padł do nóg...
Nie mógł swojemu szczęściu uwierzyć, a gdy się podniósł i panna łowczanka pierścionek mu dała — biedaczysko z wielkiego szczęścia się rozpłakał...
Gdy się to działo w bawialnym pokoju, starsza pani stała na podsłuchach przy drzwiach, tajemnica więc tych osobliwych, niespodzianych, nieprawdopodobnych zaręczyn, gdyby ją i chciano jakiś czas zachowywać — nie uchowałaby się do jutra.
We dworze zaszumiało, zawrzało, a ku wieczorowi pani sędzina Wędziagolska, de domo Kmicianka, wiedziała już o wszystkiem, i, gdyby nie noc, z nowiną tą byłaby poleciała mimo grudy i gołoledzi po sąsiedztwie...
— Ja zawsze mówiłam — wołała — że Odryga — to... to... pierwszy intrygant... Biedne kobiecisko obałamucił, uwikłał, wmówił co chciał i — ot co za fortuna... A ja pamiętam, jak bez butów chodził! dependował w szaraczkowym kubraku... Chytry lis! takie bogactwa! — Do ostatniej chwili nikomu w myśli nie postało. To mi kuglarz...
Wesele się odprawiło skromnie, chociaż ze wszelkiemi zwykłemi formalnościami... ale mnie na niem nie było!!

Drezno 1881.
KONIEC.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; winno być po chwili lub po chwilce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.