Spowiedź (Tołstoj)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Spowiedź
Data wydania 1929
Druk „Rekord”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Исповедь
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
X.

Zrozumiałem to wszystko, ale z tego powodu nie było mi lżej. Gotów byłem przyjąć każdą religję, któraby tylko nie stała wprost w sprzeczności z rozumem. Studjowałem buddaizm i mahometanizm z książek i chrystjanizm z książek i żywych ludzi, którzy mnie otaczali.
Zwróciłem się naturalnie do ludzi wierzących mojej sfery, do ludzi uczonych prawosławnych duchowych, do mnichów, starców, do młodych prawosławnych duchownych i nawet do t. zw. neo-chrześcjan, wyznających zbawienie przez wiarę w odkupienie. Chwytałem się tych wierzących i dopytywałem ich, jak wierzą i w czem upatrują cel życia.
Bez względu na to, że robiłem wszystkie możliwe ustępstwa, unikałem wszelkich sporów, nie mogłem adoptować wiary tych ludzi, — widziałem że to co oni podawali za wiarę nie było wyjaśnieniem, a zaćmieniem życiowego celu, i że oni sami umacniali swą wiarę nie dlatego, aby odpowiedzieć na to pytanie życiowe, które doprowadziło mnie do wiary, a dla jakichś innych, nieznanych mi celów. Pamiętam męczące uczucie strachu przed powrotem do poprzedniej rozpaczy po nadziei, której doznawałem wiele razy w stosunkach z tymi ludźmi.
Im bardziej, szczegółowiej wykładali mi swe wyznanie wiary, tem jaśniej widziałem ich błędy i traciłem nadzieję, że znajdę w ich wierze wyjaśnienie celu życia.
Odpychało mnie od nich nietyle to, że w swym wyznaniu wiary dołączyli do zawsze mi bliskich prawd chrześcijańskich jeszcze dużo niepotrzebnych i nierozumnych rzeczy, ile to, że życie tych ludzi było tak jak moje, z tą tylko różnicą, że nie odpowiadało tym zasadom, które oni wykładali w swem wyznaniu wiary. Czułem wyraźnie, że oszukują samych siebie i że i oni, tak jak i ja nie mają innego celu w życiu, prócz żeby żyć póki stanie życia i brać co się da. Wiedziałem, że jeśliby mieli ten cel, wobec którego niknie obawa cierpień, poświęceń i śmierci, to by się ich nie bali. A oni, ci wierzący naszej sfery, tak samo jak i ja, żyli w dostatku i zbytku, starali się powiększyć swój majątek, albo go zachować, bali się poświęceń, cierpień, śmierci i tak samo jak ja i wszyscy niewierzący żyli, zadawalniając swą lubieżność, żyli tak samo źle, jeśli nie gorzej aniżeli niewierzący.
Żadne rozumowanie nie mogło mnie przekonać o szczerości ich wiary. Tylko takie czyny, któreby wykazywały, że mają cel życia taki, wobec którego straszne dla mnie nędza, choroba, śmierć — nie są dla nich straszne, tylko to jedno mogłoby mnie przekonać. A takich czynów nie widziałem. Przeciwnie widziałem takie czyny u niewierzących ludzi naszego koła, ale nigdy u tak nazwanych wierzących.
I pojąłem, że wiara tych ludzi — nie jest tą wiarą, której szukałem, że ich wiara nie jest wogóle wiarą, a tylko jedną z epikurejskich rozkoszy życia. Zrozumiałem, że ta wiara przydać się może, chociaż nie dla pociechy, ale dla rozrywki żałującemu za grzechy Salomonowi na śmiertelnem łożu, ale nie może się przydać ogromnej większości ludzi, którzy są powołani nie do rozrywki korzystania z cudzej pracy, a do tworzenia życia. Dlatego, ażeby cała ludzkość mogła żyć, i przedłużać życie, te miljardy, muszą mieć inne, prawdziwe wyznanie wiary. Przecież nie to, przekonało mnie o istnieniu wiary, żeśmy z Salomonem i Szopenhauerem nie zabili się, ale to, że miljardy ludzi żyło i żyją i że nas z Salomonami wyniosły na falach swego życia.
I zbliżyłem się do wierzących biednych, prostych, nieuczonych ludzi, do pielgrzymów, mnichów, roskolników, chłopów. Wiara ludu była tak samo chrześcijańska, jak i wiara niby — wierzących z naszego koła. Z prawdami chrześcijańskimi było też połączone wiele zabobonów, ale różnica polegała na tem, że zabobony wierzących ludzi naszej sfery były im zupełnie niepotrzebne, nie wiązały się z ich życiem, były także tylko swego rodzaju epikurejską rozrywką; zabobony zaś wierzącego roboczego ludu były do tego stopnia związane z ich życiem, że niepodobna było sobie wystawić ich życia bez tych zabobonów, — były one nieodzownym warunkiem ich życia. Całe życie wierzących naszego koła było zaprzeczeniem ich wiary, a życie całe ludzi wierzących i pracujących było potwierdzeniem tego celu życia, które dawała wiara. Zacząłem przyglądać się życiu i wierzeniom tych ludzi i im więcej się przyglądałem, tem bardziej się przekonywałem, że oni mają prawdziwą wiarę, że wiara ich jest im niezbędną i że ona tylko daje im cel i możność życia. W przeciwieństwie do tego, co widziałem w naszej sferze, w której możliwem jest życie bez wiary i gdzie na 1000 ledwie jeden uważa się za wierzącego, w ich sferze ledwie jeden niewierzący znajdzie się na tysiące.
W przeciwieństwie do tego com widział w naszej sferze, w której całe życie przechodzi na próżniactwie, rozrywkach i niezadowoleniu z życia, widziałem, że całe życie tych ludzi przechodziło w ciężkiej pracy i że oni byli z życia zadowoleni. W przeciwieństwie do tego, że ludzie naszej sfery buntowali się i szemrali na los za cierpienia i abnegację, ci ludzie przyjmowali choroby i zgryzoty bez szemrania, ze spokojną pewnością, że wszystko to musi być i nie może być inaczej, że wszystko to jest — dobrem. W przeciwieństwie do tego, że im jesteśmy rozumniejsi, tem mniej pojmujemy cel życia i widzimy jakiś zły żart w tem, że cierpimy i umieramy, ci ludzie żyją, cierpią i zbliżają się do śmierci ze spokojem, często z radością. W przeciwieństwie do tego, że śmierć spokojna, śmierć bez strachu i rozpaczy jest rzadkim wyjątkiem w naszej sferze, — śmierć niespokojna, niepokorna i nieradosna jest rzadkim wyjątkiem pośród ludu. I takich ludzi, pozbawionych wszystkiego tego, co dla nas z Salomonem jest jedyną ponętą życia, odczuwających przytem wielkie szczęście, jest mnóstwo. Obejrzałem się szerzej dokoła siebie. Wpatrzyłem się w życie minionych i współczesnych olbrzymich mas ludzi. I widziałem takich, pojmujących cel życia, umiejących żyć i umierać nie dwóch, trzech, dziesięciu, a setki, tysiące, miljony. I wszyscy oni bezgranicznie rozmaici pod względem umysłu, wykształcenia, położenia, wszyscy zarówno i w zupełnem przeciwieństwie do mojej nieświadomości pojmowali cel życia i znaczenie śmierci, spokojnie pracowali, znosili cierpienia, żyli i umierali, widząc w tem wszystkiem nie marność, a dobro.
I pokochałem tych ludzi. Im głębiej wnikałem w ich życie, życie ludzi żywych i w życie dawno zmarłych, o których czytałem i słyszałem, tem bardziej ich kochałem i tem lżej mnie samemu było żyć. Tak żyłem lat dwa i zaszedł we mnie przewrót, który dawno się we mnie gotował i którego zadatki zawsze w sobie nosiłem. Stało się zemną to, że życie naszej sfery — życie ludzi bogatych, uczonych — nie tylko obrzydło mi, ale straciło jakikolwiek sens.
Cała nasza działalność, rozumowanie, nauka, sztuka — wszystko to nabrało dla mnie nowego znaczenia. Zrozumiałem, że wszystko to — są głupstwa, że szukać w tem sensu nie można.
Zycie roboczego ludu, całej ludzkości, tworzącej życie przedstawiło mi się w prawdziwem znaczeniu. Zrozumiałem, że to jest życiem — i że sens nadawany temu życiu, jest prawdą i przyjąłem go.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Lew Tołstoj, anonimowy.