Sieroca dola/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Sieroca dola
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom IV Pierwsze opowiadania
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III. JAŚ ZACZYNA DZIWIĆ MATKĘ.

Synek wdowy, wydobywszy się z żelaznych uścisków pedagogiki pana Piotra i włożywszy nowe ubranie, szybko począł się rozwijać. Przy gościach wprawdzie, tudzież w stosunkach z dziećmi pana Anzelma, pozostał i nadal nieśmiałym. Zato jednak, znalazłszy się sam na sam z matką, ciężkiego nieraz nabawiał ją kłopotu.
Miał już skończonych lat siedem, rwał zęby przy pomocy nitki i klamki i dość wprawnie czytał, kiedy nagle — napadła go szczególna manja. Począł on po pokoiku matki chodzić wielkiemi krokami, jak pan Anzelm, garbić się i zakładać ręce wtył — zupełnie jak pan Anzelm, a nadewszystko — głośno mówić do siebie, czego już pan Anzelm nie robił.
Najciekawsze było to, co mówił:
— Będę miał bas... będę miał bat... będę miał bąk... będę miał dom...
Usłyszawszy to, matka struchlała.
— Co ty wygadujesz, chłopcze?... — krzyknęła, załamując ręce.
— Albo mama nie wie? — odparł. — Przecież bat to się robi z kija i ze sznurka, a bąk to jest taki okrągły, z dziurką...
— No, dobrze, ja rozumiem... ale poco ty to mówisz?
Na to już Jaś nie umiał odpowiedzieć. W gruncie rzeczy, gadanina jego była pierwszym brzaskiem budzącej się myśli i wyobraźni. Chłopiec czytał w elementarzu wyrazy dla wprawy, a tam, gdzie zwykle dzieci widzą tylko chaotyczną gromadę czarnych znaków i niezrozumiałych dźwięków, on widział przedmioty i obrazy. To ćwiczenie kiełkujących zdolności psychicznych robiło mu wielką satysfakcją, i dlatego, nie zważając na przestrach matki, prawił dalej swoje:
— Będę miał bat... będę miał bąk... będę miał...
Nagle urwał i zapytał:
— Proszę mamy, co znaczy: brzdęk?
Tym razem matka nie umiała mu odpowiedzieć.
— Czy to jest drewniane, czy jakie inne?
— Ale gdzież tam!... Ach, jakie ja mam zmartwienie z tobą, moje dziecko...
Czekały ją jednak większe zmartwienia, szczególniej z zakresu geografji i astronomji.
Pewnego razu, pani Wincentowa tłomaczyła dzieciom swoich chlebodawców kształt ziemi. Czworo tych głuptasków, z których jedno patrzyło w sufit, a drugie na podłogę, z najlepszą wiarą i bez żadnych zastrzeżeń, przyjęły do wiadomości zdania, że ziemia jest okrągła i że się obraca naokoło słońca. Jaś, czem innem zajęty, słyszał to zboku, a gdy wieczorem znalazł się z matką w pokoiku, rzekł:
— To wszystko musi być bajka!...
— Co takiego? — spytała matka.
— A to, żeby tam ziemia była okrągła — odparł Jaś. — Żeby była okrągła, toby z niej ludzie pospadali. Wiem przecież, bom nieraz łaził na stóg i zawsze z niego zlatywałem.
— A tyś tam poco łaził, niedobre dziecko? — zgromiła go matka, lecz opamiętawszy się, dodała: — Widzisz, ziemia jest większa... ho! ho!... ile razy większa od stogu...
— Gdyby była większa od stogu, toby ludzie jeszcze prędzej pospadali... eh!... nawet pozabijaliby się.
Na takie dictum umilkło biedne matczysko, nie mogąc wybrnąć z dziecinnych zarzutów i nie podejrzewając nawet, że to niespokojne i zabawnie rozumujące powątpiewanie zdradza zawiązek niepospolitego umysłu.
Jaś miał nadzwyczaj silną wyobraźnią. Pewnego razu usłyszał od parobków, że na księżycu, w czasie pełni, widać chłopa, który gnój nakłada. Odtąd, ile razy zdarzyła się sposobność, leżał po całych wieczorach na ziemi, z twarzą zwróconą do księżyca. Widywał wówczas mnóstwo rzeczy: raz, że księżyc toczy się jak koło po obłokach, to znowu, że pod powierzchnią jeziora jest drugi księżyc i drugie niebo, to znowu, że z ponad wód i wilgotnych łąk unoszą się jakieś olbrzymie widziadła, w długich powiewnych szatach... Chłopa jednak na księżycu zobaczył dopiero przy końcu lata.
Jednego wieczora, spacerujący po ogrodzie państwo Anzelmowie usłyszeli krzyk dziecięcy:
— Fornalu! fornalu!... Gospodarzu!...
Zaciekawieni, podeszli w tamtą stronę i zobaczyli Jasia, który zadarł głowę, twarz zwrócił ku księżycowi i wrzeszczał jak opętany:
— Fornalu! fornalu!...
Napróżno jednak zapytywali go: co to znaczy? Zawstydzony chłopak uciekł i dopiero w parę godzin powiedział matce:
— Bo to widzi mama, ja chciałem się tego chłopa zapytać, jak tam jest na księżycu?
Matka westchnęła.
Innym razem rzucił pytanie:
— Moja mamo, dlaczego ja chodzę, a lalka nie chodzi, chociaż ma nogi i jest do mnie podobna?
— A bo widzisz, moje dziecko, ty masz duszę, a lalka jej nie ma.
— A co to jest dusza?...
Matka zamyśliła się, i przywoławszy na pomoc katechizm księdza Putiatyckiego, odparła:
— Dusza... dusza jest to, co w twojem ciele myśli i niem rządzi...
— Przecie ja sam myślę, nie żadna dusza!
Pytanie to trapiło go i chciał się koniecznie dowiedzieć: jak wygląda dusza? Szczęściem, nadeszło wkrótce Boże Narodzenie, a gdy Jaś zajrzał do kuchni, gdzie oprawiano ryby, klucznica, podając mu jakiś podwójny pęcherzyk, rzekła:
— Naści, Jasiu, rybią duszę... Strzel sobie z niej!
Jaś miał wielką ochotę włożyć duszę w lalkę; zmiarkowawszy jednak, że ryba co innego, a lalka co innego, nacisnął pęcherzyk nogą i strzelił.
Na drugi dzień świąt, przyjechał do państwa Anzelmów miejscowy proboszcz. Siwy jak gołąb starowina, wziąwszy w lewą rękę tabakierkę, w prawą ogromny fular, zebrał około siebie dzieci i egzaminował je z religji. Pytał ich: kto stworzył świat?... jak się nazywali pierwsi rodzice?... naco Pan Bóg ludzi stworzył?... Jaś na wszystko odpowiadał najgorzej i najbojaźliwiej; dopiero usłyszawszy frazes: co to jest dusza? — krzyknął:
— Ja wiem!
— Bardzo dobrze!... bardzo ładnie! — chwalił go proboszcz. — No, powiedz już, powiedz... bo ci języczek widzę ucieknie.
Jasiowi oczy świeciły jak węgle.
— Dusza — rzekł z wielką pewnością siebie — to takie, co strzela!
Starowina, usłyszawszy to, podniósł dogóry obie ręce z chustką i tabakierką i zdziwiony zawołał:
— Jezus! Marja! A od kogożeś ty się o tem dowiedział?...
— A od klucznicy, proszę księdza proboszcza, jak oprawiała ryby.
— Moje dziecko!... moje dziecko!... — mruczał poczciwiec, kręcąc głową.
Potem zażył tabaki, raz, drugi raz, utarł nos powoli i systematycznie, i — dał spokój egzaminowi, ku wielkiej uciesze dzieci.
Pani Wincentowa załamała ręce, ale zato pan Anzelm śmiał się tak, że aż mu oczy nawierzch wychodziły.
— Jaki to będzie facecjonista z tego chłopca! — mówił, całując Jasia w jasne kędziory.
Wszystkiego tego nie słyszała jedna tylko pani Anzelmowa. Myślała ona o swoich nerwach i o tem: czy eteryczny Wiesław Różyc ożeni się z Cecylją?
Mimo egzaminowe niepowodzenie, Jaś był ogromnie zdolnym chłopcem. Mając dopiero lat dziewięć, strugał drewniane pałasze i łuki dla synka państwa Anzelmów, tudzież czółenka z kory sosnowej — dla ich córek. Rozumiał budowę młyna, tartaka, i małego, ściennego zegara; tego tylko nie mógł pojąć, z jakiej racji jedna skazówka posuwa się prędzej niż druga?
W arytmetyce robił zadziwiające postępy: wymyślił bowiem sposób wykonywania trzech pierwszych działań na ziarnkach fasoli, przy pomocy której nauczył nawet starszego od siebie Józia niesłychanie trudnej rzeczy: tabliczki mnożenia. Odtąd ile razy dzieci nie mogły czego pojąć, pani Wincentowa tłomaczyła najprzód Jasiowi, a on im, zapomocą własnych przykładów, odznaczających się prostotą i jasnością.
To też pan Anzelm nieraz mówił do Jasia:
— Chłopcze! ty będziesz wielkim człowiekiem.
Z pośród małych swoich towarzyszy, Jaś najbardziej lubił Antosię. Bo też w republice dziecięcej oni oboje najskromniejsze zajmowali stanowiska: Jaś jako syn guwernantki, Antosia — jako najmniej pieszczona przez swoich rodziców.
Pewnego razu, dzieci te prowadziły między sobą nader charakterystyczną rozmowę:
— Czembyś chciała być? — spytał Jaś.
— Chciałabym być Manią! — odparła Antosia. — A ty czem?
— A ja... furmanem!
Mania była siostrą Antosi, najbardziej kochaną przez matkę; Jaś znowu, bawiąc się z Józiem, zawsze pełnił obowiązki konia. Okoliczności te tłomaczą życzenie obojga.
Jaś dostarczał najwięcej zabawek Antosi. Raz nawet zrobił jej kołyskę dla lalki; na nieszczęście, lalka miała pół łokcia długości, a kołyska ledwie kilka cali.
— Trzeba ją zepsuć! — rzekł zmartwiony Jaś, biorąc kołyskę.
— Dajże pokój! — zawołała Antosia. — Przecież lalka może mieć dziecko.
— A prawda!...
Istotnie na drugi dzień, przy pomocy służącej, urodziło się dziecko, złożone z mnóstwa gałganków i waty. Jaś pilnie mu się przypatrywał.
— Co to jest? — spytał, pokazując na jedną połowę ciała nowonarodzonego.
— To przecież głowa!...
— A gdzie ręce?
— Ona nie ma rąk, tylko koszulę.
Sprowadzono kołyskę, lecz okazało się, że głowa lalki jest za szeroka. Ponieważ Jaś znowu się zmartwił, Antosia więc zaproponowała mu, aby wyrysował lalce nos i oczy, co też wykonał, mocno przy tej okazji obracając językiem.
Przyjaźń dzieci była tak wielka, że Jaś postanowił nawet podzielić się z Antosią niesłychanie ważną tajemnicą.
— Chodź — rzekł do niej — pokażę ci gniazdo.
— Gniazdo?... — zawołała, klasnąwszy w ręce.
— Ale nie powiesz nikomu?... — spytał uroczyście.
— Nie!... jak mamę kocham...
Poszli do ogrodu, gdzie kroplista rosa siedziała na liściach, tworząc mnóstwo tęczowych kręgów. W powietrzu czuć było upajającą woń, rozlegał się pomieszany świergot ptaków, a tu i owdzie brzęk pszczół i cirkanie polnych koników.
— Czy to prawdziwe gniazdo? — pytała zaciekawiona dziewczynka.
— Rozumie się.
— A małe ptaszki są tam?
— Jakżeś chciała?... Muszą być.
W jednym z krzaków zaszeleściło coś.
— Może to tu?... — dowiadywała się Antosia. — Możeś ty zapomniał?
Jaś, zamiast odpowiedzi, poważnie wstrząsnął głową.
Doszli do klombu, rosnącego w końcu ogrodu. Jaś zatrzymał się, przykląkł i, ostrożnie odchylając gałązki, szepnął:
— Cicho!...
Antosia schyliła główkę i położyła palec na ustach.
— Widzisz? — spytał Jaś.
— Widzę — odparła — ale nie wiem gdzie...
Jaś wskazał palcem.
— Ach!... — krzyknęła zachwycona.
O łokieć od niej, na ziemi, leżało szare gniazdeczko, okrągłe i gładkie jak ulane. W środku był wklęsły materacyk z końskiego włosia i z puchu, a na nim maleńki ptaszek. Był on czerwony i bez pierza, miał zarośnięte, lecz wypukłe i duże oczy, a jeszcze większy brzuszek. Usłyszawszy szmer koło siebie, podniósł główkę, a żółty dziobek otworzył tak szeroko, jakby chciał połknąć Antosię.
— Jeść chce! — zauważył Jaś.
W tej chwili, nad głowami dzieci usiadł ptaszek już dorosły. Poruszył parę razy ogonkiem, popatrzył na ciekawskich najprzód prawem okiem, później lewem, a wkońcu zaczął piszczeć żałośnie.
— Odejdźmy — rzekł Jaś. — Matka przyszła go karmić.
Antosia. wracała do domu bardzo zamyślona, a w kilka godzin potem spytała:
— Jasiu! nie możnaby Mani pokazać gniazda?
— A nie!
— A Józiowi także nie?
— Rozumie się! Józioby zaraz zepsuł gniazdo.
Antosia rzeczywiście dochowała tajemnicy, lecz na nieszczęście postanowiła zaopiekować się ptaszkiem. Nic nie mówiąc, wzięła nad wieczorem garść okruchów chleba i hojnie nakarmiła niemi gołego malca. Skutkiem tego, gdy dzieci na drugi dzień przyszły odwiedzić go, przekonały się, że biedny ptaszek już nie żyje.
— Ach, Antosiu! — zawołał Jaś — toś pewnie ty temu winna?
Dziewczynka zalała się łzami.
Jaś wziął do ręki martwe pisklę, które było jakieś pomarszczone i zimne, i szepnął:
— Cóżeś ty był nam winien, biedaku!...
W oczach łzy mu się zakręciły.
— Nie mów tak, Jasiu! — prosiła go zmartwiona dziewczynka, a potem dodała prędko: — Możemy mu zato pogrzeb wyprawić...
— Co jemu z tego przyjdzie?
— Ja włożę go w kołyskę, tę, coś mi darował dla lalki... ty zrobisz mu krzyżyk...
— Daj spokój! — przerwał Jaś. — Myśl lepiej o tem, że będziemy mieli zmartwienie.
— Przecież nikt nie wie...
— Nie bój się! Pan Bóg wie dobrze i jeszcze mnie skarze za to, żem ci pokazał gniazdo...

— — — — — — — — — — — —

Oboje wrócili do domu w nastroju bardzo poważnym. Jasiowi zdawało się, że ktoś za nim chodzi, Antosi znowu, że wszyscy mają twarze zachmurzone i gniewne. Nie mogła biedaczka wytrzymać, powierzyła więc Mani swoje strapienie. Mani również zaciężyła tajemnica, więc szepnęła o niej Józiowi, który z wielkim śmiechem ogłosił to publicznie. Sprawdziła się wówczas przepowiednia Jasiowa o zmartwieniu. Pan Anzelm bowiem, usłyszawszy, o co idzie, zrobił ogromny hałas, począł tupać nogami, kazał przynieść siekierę w celu ucięcia głowy Jasiowi i Antosi, a wreszcie — postawił ich w kącie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.