Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rodzenie, a gdy Jaś zajrzał do kuchni, gdzie oprawiano ryby, klucznica, podając mu jakiś podwójny pęcherzyk, rzekła:
— Naści, Jasiu, rybią duszę... Strzel sobie z niej!
Jaś miał wielką ochotę włożyć duszę w lalkę; zmiarkowawszy jednak, że ryba co innego, a lalka co innego, nacisnął pęcherzyk nogą i strzelił.
Na drugi dzień świąt, przyjechał do państwa Anzelmów miejscowy proboszcz. Siwy jak gołąb starowina, wziąwszy w lewą rękę tabakierkę, w prawą ogromny fular, zebrał około siebie dzieci i egzaminował je z religji. Pytał ich: kto stworzył świat?... jak się nazywali pierwsi rodzice?... naco Pan Bóg ludzi stworzył?... Jaś na wszystko odpowiadał najgorzej i najbojaźliwiej; dopiero usłyszawszy frazes: co to jest dusza? — krzyknął:
— Ja wiem!
— Bardzo dobrze!... bardzo ładnie! — chwalił go proboszcz. — No, powiedz już, powiedz... bo ci języczek widzę ucieknie.
Jasiowi oczy świeciły jak węgle.
— Dusza — rzekł z wielką pewnością siebie — to takie, co strzela!
Starowina, usłyszawszy to, podniósł dogóry obie ręce z chustką i tabakierką i zdziwiony zawołał:
— Jezus! Marja! A od kogożeś ty się o tem dowiedział?...
— A od klucznicy, proszę księdza proboszcza, jak oprawiała ryby.
— Moje dziecko!... moje dziecko!... — mruczał poczciwiec, kręcąc głową.
Potem zażył tabaki, raz, drugi raz, utarł nos powoli i systematycznie, i — dał spokój egzaminowi, ku wielkiej uciesze dzieci.
Pani Wincentowa załamała ręce, ale zato pan Anzelm śmiał się tak, że aż mu oczy nawierzch wychodziły.