Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówiąc, wzięła nad wieczorem garść okruchów chleba i hojnie nakarmiła niemi gołego malca. Skutkiem tego, gdy dzieci na drugi dzień przyszły odwiedzić go, przekonały się, że biedny ptaszek już nie żyje.
— Ach, Antosiu! — zawołał Jaś — toś pewnie ty temu winna?
Dziewczynka zalała się łzami.
Jaś wziął do ręki martwe pisklę, które było jakieś pomarszczone i zimne, i szepnął:
— Cóżeś ty był nam winien, biedaku!...
W oczach łzy mu się zakręciły.
— Nie mów tak, Jasiu! — prosiła go zmartwiona dziewczynka, a potem dodała prędko: — Możemy mu zato pogrzeb wyprawić...
— Co jemu z tego przyjdzie?
— Ja włożę go w kołyskę, tę, coś mi darował dla lalki... ty zrobisz mu krzyżyk...
— Daj spokój! — przerwał Jaś. — Myśl lepiej o tem, że będziemy mieli zmartwienie.
— Przecież nikt nie wie...
— Nie bój się! Pan Bóg wie dobrze i jeszcze mnie skarze za to, żem ci pokazał gniazdo...

Oboje wrócili do domu w nastroju bardzo poważnym. Jasiowi zdawało się, że ktoś za nim chodzi, Antosi znowu, że wszyscy mają twarze zachmurzone i gniewne. Nie mogła biedaczka wytrzymać, powierzyła więc Mani swoje strapienie. Mani również zaciężyła tajemnica, więc szepnęła o niej Józiowi, który z wielkim śmiechem ogłosił to publicznie. Sprawdziła się wówczas przepowiednia Jasiowa o zmartwieniu. Pan Anzelm bowiem, usłyszawszy, o co idzie, zrobił ogromny hałas, począł tupać nogami, kazał przynieść siekierę w celu ucięcia głowy Jasiowi i Antosi, a wreszcie — postawił ich w kącie.