Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom V/Zazdrość/Rozdział XXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XXXIII.

Te słowa Małgorzaty: pan jedzie, zapowiadające przybycie Jakóba Bastien, w chwili, kiedy Marja dowiedziała się, że winna była David’owi nietylko moralne wyleczenia swego syna, ale nawet i życie jego, tak okropnie zmieszały młodą matkę, że niema i prawie martwa pozostała na miejscu, jakgdyby ciężkim i niespodziewanym uderzona ciosem; gdyż przy tak licznych wypadkach tego poranku zupełnie zapomniała o liście swego męża.
Fryderyk również posmutniał; przy milczącej powściągliwości swej matki, nie wiedział on wcale do jakiego stopnia postępowanie z nią jego ojca było oddawna niesprawiedliwe i surowe; lecz, rozmaite sceny domowe, w których wrodzona gburowatość pana Bastien częstokroć zbyt jawnie się okazywała, jego nierozsądna surowość, przez którą podczas rzadkich odwiedzin folwarku chciał utrzymać swoją ojcowską godność, wszystko to uczyniło, że stosunki pomiędzy ojcem i synem były nadzwyczajnie zimne.
I David także czekał przybycia pana Bastien z wielkim niepokojem; lubo postanowił sobie niewzruszenie ustępować temu człowiekowi we wszystkiem, jednakże myśl, że jego stosunki pomiędzy Fryderykiem i jego matką zawisły wyłącznie od przywidzenia tego człowieka była mu nader przykra.
Małgorzata tak mało wyprzedziła swego pana, że David, Marja i syn jej nie przyszli jeszcze do siebie ze zdziwienia i zatopieni byli w swoich smutnych myślach, kiedy Jakób Bastien w towarzystwie swego kuma Bridou, oficjalisty sądowego w Pont-Brillant, wszedł do pokoju.
Jakób Bastien, jakeśmy już wspomnieli, wyglądał, jak gruby nieociosany Herkules; jego ogromna, gęstym, jasnym włosem pokryta głowa, oddzieloną była od nadzwyczajnie szerokich pleców, krótką szyją, podobną do szyi nosorożca; miał on twarz szeroką, czerwoną, prawie bez żadnego zarostu, jak wielu ludzi, posiadających atletyczną siłę; nos jego był wielki, usta bardzo wypukłe, oko przebiegłe, chytre i złośliwe. Niebieska bluza, którą według swego zwyczaju nosił na surducie, wydatnie podkreślała jego wielki brzuch; na głowie miał lisią czapkę z klapami na uszy; przytem szerokie spodnie manszestrowe i buty okute, których pewnie najmniej od tygodnia nie kazał czyścić; w jednej z ogromnych rąk swoich trzymał sękaty kij cierniowy, przyczepiony do pięści za pomocą brudnego rzemyka; zresztą, kończąc opis tego zwierza ssącego z zębami chwytnemi, dodamy tylko, że wydawał z siebie przynajmniej na dziesięć kroków nieznośną woń koźlą.
Jego kum Bridou, który także nosił bluzę na starym czarnym surducie i okrągły kapelusz na głowie, był wzrostu niskiego, w okularach, wyschły, pokryty piegami, z wzrokiem chytrym, ustami wąskiemi i wystającemi kościami policzkowemi; wyglądał on zupełnie jak łasica z okularami na nosie.
Zobaczywszy Jakóba Bastien, David zadrżał z boleści i przerażenia, na myśl, że istnienie Marji na zawsze przykute było do tego człowieka, który prędzej lub później mógłby sobie sprzykrzyć swoje wspaniałomyślne, lecz mimowolne oddalanie się z domu.
Jakób Bastien i Bridou weszli do pokoju, nie pozdrowiwszy nikogo; pierwsze słowa, jakie pan domu ze zmarszczonemi brwiami, głosem ostrym i zagniewanym wyrzekł do swej żony, która podniosła się z miejsca, ażeby go przyjąć, były:
— Któż się to poważył kazać ścinać drzewo w mojej jedlinie?
— W jakiej jedlinie? — zapytała Marja mimowolnie, tak dalece była zmieszana przybyciem swego męża.
— Jakto! w jakiej jedlinie? — odpowiedział Jakób Bastien — w mojej jedlinie nad traktem. Czy gadam po turecki!? Przechodząc tamtędy zobaczyłem ze zgrozą, że spuszczono przeszło tysiąc sztuk drzewa i to drzewa najpiękniejszego! Pytam się zatem, kto się poważył sprzedawać drzewo bez mego rozkazu?
— Nie zostało ono sprzedane — odpowiedziała Marja, odzyskując zwykły spokój umysłu.
— Kiedy nie zostało sprzedane... pocóż je spuszczono? kto je kazał ścinać?
— Ja.
— Ty.
Zdjęty nadzwyczajnym podziwem Jakób Bastien milczał czas jakiś, poczem odezwał się znowu:
— Tak! więc to ty... To coś zupełnie nowego. Nie, to już za wiele; cóż to powiesz na to kumie Bridou?
— Widzisz, Jakóbie, trzeba pierwej wysłuchać.
— Właśnie i ja tak myślę... i cóż to była za potrzeba pieniędzy tak nagła, dla której pani kazała ściąć tysiąc moich najpiękniejszych jodeł, jeżeli wolno zapytać?
— Słuchaj, zdaje mi się, że właściwiej byłoby mówić o interesach, kiedy będziemy sami. Zapewne nie zauważyłeś, że jest tu obecny pan David, nowy nauczyciel mego syna?
I spojrzeniem wskazała pani Bastien na David’a, który stał na boku.
Jakób Bastien odwrócił się szybko i zmierzywszy od stóp do głowy David‘a, który mu się ukłonił, rzekł do niego opryskliwie.
— Słyszałeś pan, ja chcę rozmówić się z moją żoną.
David ukłonił się i wyszedł z pokoju; głęboko urażony przyjęciem, jakie spotkało jego przyjaciela, Fryderyk także za nim wyszedł.
— Teraz, mościa pani — mówił dalej Jakób Bastien — teraz niema tu już tego bakalarza... czy ja nareszcie otrzymam jaką odpowiedź?
— Skoro tylko będziemy zupełnie sami.
— Jeżeli ja tu jestem zbyteczny — rzekł Bridou udając się ku drzwiom — to wynoszę się zaraz.
— Co znowu! Bridou, czy sobie drwisz ze mnie? zostań zaraz! — krzyknął Jakób.
Następnie odezwał się do Marji:
— Mój kum zna moje interesy, jak ja sam, możemy więc teraz mówić o interesach, gdyż tysiąc sztuk drzewa to jest interes, i interes znakomity; Bridou zostań z nami.
— Mniejsza o to... oświadczam więc w przytomności pana Bridou, że uważałam za święty obowiązek kazać ściąć te jodły i oddać je nieszczęśliwym mieszkańcom Doliny, ażeby ich wesprzeć przy odbudowaniu ich mieszkań, zburzonych przez wylew.
W oczach Jakóba BaJstien było to rzeczą tak nadzwyczajną, że nie mógł tego pojąć; dlatego też jakby zgłupiały, rzekł do kuma:
— Czy ty to rozumiesz, Bridou?
— Ma się rozumieć, ma się rozumieć — odpowiedział Bridou z wyrazem dwuznacznej dobroduszności — twoja żona zrobiła poszkodowanym od wylewu podarunek z twoich jodeł. Nieprawdaż, pani? wszakże tak?
— Tak jest, panie.
Niemy z podziwu i gniewu, Bastien mierząc swą żonę wzrokiem, w pierwszej chwili zdołał tylko wyjąkać:
— Ty... poważyłaś się... co!... ty...
Poczem tupnął nogą o ziemię, i postąpił ku żonie, ścisnąwszy swoje grube pięści z wyrazem gwałtownego gniewu, ale Bridou zastąpił mu drogę, mówiąc do niego:
— No i cóż Jakóbie! do licha, przecież od tego nie umrzesz, mój chłopcze, wielkie rzeczy! podarunek wyszący jakie dwa tysiące franków, który pani oddała biednym sąsiadom...
— I ty myślisz, że ja to tak łatwo zniosę — odpowiedział Jakób, starając się gniew swój powściągnąć nieco — czyś ty oszalała? Przecież takie spustoszenie mojej jedliny, musiało mi zaraz za mojem przybyciem wpaść w oczy, tyś chyba o tem wcale nie pomyślała, co?
— Gdybyś tutaj był — odpowiedziała Marja łagodnie, lękając się jeszcze bardziej rozdrażnić swego męża — gdybyś jak ja, był świadkiem tego okropnego nieszczęścia, i szkód, jakie ono zrządziło, byłbyś to samo uczynił, co ja uczyniłam, wątpić o tem nie mogę.
— Ja! do stu piorunów! kiedy już pewna część mego póła zasypana piaskiem!
— Mój Boże, wszakże ci niemało pozostaje pola i lasu, gdy tymczasem nieszczęśliwi, którym udzieliliśmy tego wsparcia, byli bez chleba, bez przytułku.
— Co mnie tam! czy to moja rzecz dawać chleb i przytułek ludziom, którzy ich nie mają? — zawołał Bastien nie posiadając się z gniewu. — Na honor, o mało mnie djabli nie biorą, sam to widzisz, Bridou!
— Wszakże wiesz, mój kochany, że damy nie znają się wcale na interesach, i że byłoby lepiej, ażeby się woale do nich nie mieszały... ej... ej... ej... mianowicie też do cięcia drzewa — odpowiedział Bridou ze słodziutkim uśmiechem szyderstwa.
— Alboż to ja kazałem jej mieszać się do nich, co? — zawołał Jakób Bastien, którego wściekłość na nowo ogarniać zaczynała — mógłżem ja przypuścić, że ona się na coś podobnego odważy. Ale nie, nie, tu w tem musi być coś innego, ona musiała zwarjować. Ha! do stu piorunów! przybywam widzę w samą porę. Sądząc z tej próbki, to podczas mojej nieobecności piękne rzeczy dziać się tutaj musiały. No, no, będę ja tu miał dosyć roboty... szczęście żem ja na to był przygotowany, i mam pięść dosyć silną.
Marja rzekła do Jakóba, spoglądając na niego wzrokiem łagodnym i błagalnym:
— Nie mogę żałować tego, com uczyniła... lecz żałuję bardzo, że środek, który, w przekonaniu mojem powinien twoje pozyskać zatwierdzenie, obudził w tobie tak wielki gniew. Zresztą — dodała młoda niewiasta z wymuszonym uśmiechem — jestem zupełnie przekonana, że zapomnisz o tym gniewie, skoro się dowiesz z jaką to odwagą i męstwem Fryderyk odznaczył się podczas wylewu. Z niebezpieczeństwem własnego życia, uratował on Jana Franciszka, żonę i dzieci jego od niechybnej śmierci... Dwie inne rodziny z Doliny także były...
— Ej do pioruna! to też właśnie, że on swojej nadstawiał osoby, nie potrzebowałaś moim kosztem udawać wspaniałomyślnej i płacić z mojego worka — zawołał Jakób, przerywając swej żonie.
— Jakto? — zawołała Marja zdziwiona takim zarzutem — wiedziałeś, że Fryderyk...
— Jak wielu innych popłynął czółnem na ratunek zalanych. Do licha! toć mi o tem nie mało nagadano w Pont-Brillant, wielka rzecz! Któż go do tego zniewalał? Jeżeli to robił, widać, że mu się tak podobało; taka była jego wola. Zresztą gazety nie mało takich czynów podają... I gdyby przynajmniej byli imię mego syna zamieścili w gazetach toby mi się podobało, byłoby mi to pochlebił?.
— Byłby może otrzymał krzyż legji honorowej — dodał Bridou głosem szyderskim i podstępnym.
— Zresztą i o nim także mamy jeszcze pomówić, o moim synu... i to serjo — mówił dalej Jakób — nawet mój kum Bridou, po części w tym celu tutaj przyjechał.
— Nie rozumiem cię — rzekła Marja, jąkając się z trwogi. — Jakie stosunki mogą zachodzić pomiędzy panem Bridou a Fryderykiem?
— Dowiesz się o tem, dowiesz, gdyż mamy jutro i o tobie pomówić... i to w rozmaity sposób. Nie myśl jednak, żeby ta sprawa o moje tysiąc jodeł tak łatwo przeszła, jak ci się wydaje. Ale już pewnie jest około szóstej, niechaj dają obiad.
Zadzwonił.
Teraz dopiero pomyślała młoda niewiasta o srebrze, które w czasie nieobecności jej męża i bez jego wiedzy zostało wyprawione do miasta i tam sprzedane.
Gdyby Marja znajdywała się sama z Jakóbem, byłaby zniosła gniew, obelgi i groźby jego ze zwykłą sobie uległością; lecz pomyślawszy o przykrej scenie, jaka w obecności jej syna i David‘a miała nastąpić, słusznie zatrwożona była skutkami, jakie wywołaćby mogło podobne zgorszenie.
Jakób Bastien odezwał się znowu:
— Kazałaś też rozpalić ogień w pokoju mego kuma? Wszakże pisałem ci, że on tu kilka dni zabawi.
— Sądziłam, że umieścisz pana Bridou w twoim pokoju — odpowiedziała pani Bastien. — Doprawdy nie wiem, gdzie mam tego pana podziać.
— Czy tak! a pokoik na górze?
— Przecież tam mieszka nauczyciel mego syna.
— Już znowu wyjeżdżasz ze swoim nauczycielem? Mniejsza o to, bakałarz może się wynieść! i na tem koniec!
— Bardzoby mi było przykro, gdybym państwo narażał na jakąś niedogodność — wtrącił Bridou — wołałbym raczej odjechać.
— Słuchaj, Bridou, my się pokłócimy — rzekł Jakób i odwrócił się do swej żony: — Jakto przecież dzisiaj rano pisałem do ciebie, że Bridou kilka dni u nas zabawi, a tyś nic nie przygotowała?
— Jeszcze raz ci powtarzam, gdzie ja podzieję nauczyciela mego syna, jeżeli pan Bridou ma zająć jego pokój?
— Nauczyciela mojego syna — powtórzył Jakób nadymając policzki i wzruszając ramionami — tylko jego masz ciągłe na ustach, i srożysz się, jakby jaka księżniczka. Otóż nauczyciel twojego syna może się pomieścić z Andrzejem, zdaje mi się, że nie umrze od tego.
— Ależ doprawdy — rzekła Marja — nie zastanowiłeś się, że...
— Słuchajno, nie zawracaj mi głowy, albo inaczej ja powiem temu szkolnemu lisowi, ażeby się natychmiast wyniósł z mojego domu i osiadł choćby na drodze do Pont-Brillant, jeżeli nie może gdzieindziej, dopóki ja tu będę... Cóż to, ja nie będę panem w swoim własnym domu? do pioruna.
Marja zadrżała, wiedziała bowiem, że pan Bastien był w stanie odprawić nauczyciela z największem grubijaństwem. Zamilkła na chwilę, poczem, mając nadzieję w nieograniczonem poświęceniu się David’a, i starając się powstrzymać łzy swoje, odpowiedziała:
— Dobrze... niechaj nauczyciel pomieści się z Andrzejem.
— Doprawdy? — odparł Jakób głosem szyderskim — o! to bardzo pięknie.
— Zresztą, widzi pani — dodał Bridou z przymilającym się uśmiechem — nauczyciel to tylko troszkę więcej od służącego, bo to jest osoba, której się płaci za usługi... inaczej, nie pozwoliłbym wcale, ażeby dla mnie miał wynosić swoje manatki, jak powiedział ten dowcipny Jakób.
W tej chwili Małgorzata oznajmiła, że już dano do stołu.
Bridou zdjął bluzę, przeciągnął ręką po swoich czerwonych włosach i z dziwną grzecznością podał rękę pani Bastien, która drżała jak listek.
Jakób Bastien rzucił swój kij cierniowy do kąta, zatrzymał bluzę na sobie i poszedł za nimi do jadalnego pokoju.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.