Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom V/Gniew/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


III.

Pierwszą myślą Zuzanny było uprzedzić panią Cloarek o ważnych wypadkach, które się przytrafiły tego dnia, skutkiem ¡gwałtowności charakteru Iwona, lecz zastanowiwszy się nad tym niespodzianym i bolesnym ciosem, jakby zadały podobne wiadomości jej młodej pani, ulękła się tego odkrycia, które i tak wkrótce musiało nastąpić, i obiecała sobie tylko nakłonić swą panią, ażeby pod jakim bądź pozorem wstrzymała swego męża od pójścia na tę zabawę, co rzeczywiście byłoby tylko naigrywaniem i mogło sprowadzić bardzo smutne skutki.
Zajęta takiemi myślami pani Robertowa weszła do pokoju swej pani.
Ta, nie będąc piękną, miała rysy pełne wdzięku i słodyczy; bladość jej oblicza, wątła budowa, wskazywały nadzwyczajnie delikatny i nieodporny organizm.
Jenny Cloarek, siedząc przy kolebce, której jedwabne firanki były zasunięte, zajęta była haftem, nadając końcem maleńkiej nogi lekki ruch kołysce, w której spoczywała jej pięcioletnia córeczka.
Gdy Zuzanna weszła do pokoju, pani Cloarek skinęła na nią rękę, mówiąc do niej półgłosem:
— Nie hałasuj, Zuzanno, moja Sabinka zaczyna usypiać.
Powiernica zbliżyła się do niej pocichu, poczem Jenny Cloarek dodała:
— Czy Iwon jeszcze nie wrócił?
— Nie, pani.
— To jego ranne wyjście pokrzyżowało mi cały dzień dzisiejszy, spałam jeszcze, kiedy mój mąż powrócił, a nie przyzwyczaił mnie do tego, ażebym go zbyt długo nie widziała. Poczem młoda matka rzekła jeszcze z uśmiechem: Ale, ale, czy jego kostjum już gotowy?
— Gotowy, pani.
— Widzisz, Zuzanno, jak delikatna i posłuszna jestem życzeniom Iwona. Miałam dość męstwa, ażeby nie zaglądać do szwaczek, pracujących w sali jadalnej, i zapewnić sobie zupełną niespodziankę, ponieważ pan Cloarek pragnął, ażebym nie widziała jego kostjumu, dopóki nie włoży go na siebie. Z tem wszystkiem, możesz mi powiedzieć, moja droga Zuzanno, czy kostjum jest ładny? Czy Iwonowi będzie w nim dobrze.
— Będzie mu w nim jak najlepiej, pani.
— Doprawdy, Zuzanno, ciekawość mnie dręczy, lecz wytrwam do końca. Tylko że kostjum Iwona jest tak dobrze pomyślany; żałowałabym może, żem odmówiła pójścia z nim na tę zabawę, gdyby roztropność i zdrowie moje nie były mi nakazały tego małego umartwienia. Nigdy jeszcze nie widziałam balu kostjumowego; widok ten byłby mnie zabawił, ale niemal równej doznam przyjemność, słysząc opowiadanie Iwona po jego powrocie, byleby tylko nie bawił zbyt długo, gdyż dzisiaj czuję się gorzej, niż zwykle.
Spokój młodej małżonki coraz więcej zasmucał Zuzannę; daremnie szukała sposobu zwrócenia rozmowy tak, ażeby mogła choć w części przygotować swą panią do wiadomości, że nie chciała jej narazić na zbyt gwałtowne wzruszenie, zawsze nader niebezpieczne w stanie, w jakim się znajdowała.
— Więc pani czuje się dzisiaj więcej cierpiącą niż wczoraj wieczorem? — zapytała nareszcie.
— Rzeczywiście, czuję się bardzo źle — odpowiedziała Jenny — ale nie narzekam; wszakże wiem, co znaczy moje cierpienie — dodała ze słodkim uśmiechem.
I młoda matka podniosła się, z krzesła i pochyliła się nad kołyską, której firanki ostrożnie rozsunęła. Przypatrzywszy się z uczuciem tkliwej radości swemu dziecięciu; rzekła półgłosem, siadając napowrót:
— Droga dziecina śpi snem aniołów. Ah! moja dobra Zuzanno, z takim mężem jak Iwon, z taką córką jak moja, czegóż więcej mogę żądać na świecie, jeśli nie trochę zdrowia, ażebym sama mogła wykarmić moje drugie dziecię? bo ty wiesz, Zuzanno, ja ci bardzo zazdroszczę, że jesteś w połowie matką mej Sabinki! Otóż, niech tylko będę zdrowa, a niczego nie będzie mi brakować. Ma się rozumieć — dodała z nieznacznym uśmiechem — że teraz dla pamięci tylko wspominam o uporczywej głowie i gwałtownym charakterze mojego drogiego Iwona, którego uniesienia nieraz tyle trwogi mnie nabawiły. Szczęście, że od pewnego czasu jego gwałtowność zdaje się uśmierzać. Biedny on, ileż to razy byłam świadkiem jego usiłowań, ażeby zwyciężyć to, co w nim nie jest wadą, ale raczej naturą; bo gdyby to była wada, byłby ją już przytłumił mocą swego charakteru. Słowem, dzięki Bogu, znajduję go teraz daleko spokojniejszym.
— Bezwątpienia, pani — rzekła Zuzanna z coraz większem pomieszaniem — bezwątpienia, pan nie jest już teraz taki popędliwy.
— I kiedy pomyślę, że dla mnie on zawsze był taki dobry, taki łagodny — wtrąciła Jenny z rozrzewnieniem — że nigdy nie byłam przedmiotem tych strasznych uniesień, którym w moich oczach, ku mojemu przerażeniu, oddawał się dla innych powodów, i które częstokroć tak smutne sprowadziły dla niego następstwa...
— Biedna, droga pani, toćby już chyba trzeba być wściekłym szaleńcem, ażeby się jeszcze na panią gniewać; potulna owieczka, jak mówią, nie może być ładniejsza od pani.
— Wcale nie, ty niezręczna pochlebnico — odpowiedziała Jenny z uśmiechem — to nie moja słodycz, ale jego miłość dla mnie przeistacza tak mojego męża, i czym go dla mnie tak uprzejmym; częstokroć nie mogę powściągnąć się od pewnej dumy, pomyślawszy, że ten nieznośny i gwałtowny człowiek okazuje mi słodycz i czułość.
— Rzeczywiście, pani, trudno być lepszym od pana, i jak pani mówi, widać to już taka jego natura, że tak unosi się, takim charakterom potrzeba częstokroć drobnostki... pozoru... ażeby sprowadzić okropny wybuch.
— To prawda, Zuzanno, ten biedny Iwon, ażeby nie narazić się na żadne tego rodzaju niebezpieczeństwo (i przyznaję, że wspieram tę jego przezorność wszystkiemi siłami), spędza wszystkie wieczory przy moim boku, zamiast, jak wielu innych, szukać przyjemności i rozrywki w niektórych zgromadzeniach publicznych, gdzie jego nieszczęśliwa głowa mogłaby mu wypłatać jakiego złośliwego figla.
— Posłuchaj, pani — rzekła Zuzanna, znajdując nareszcie sposobność zachęcenia swej pani do nakłonienia męża, ażeby nie poszedł na zabawę, gdzie obecność jego mogła wywołać istną burzę — jestem tegoż samego zdania, że pragnąćby należało, ażeby on unikał wszelkiej sposobności wzbudzenia swego gniewu... dlatego to... niechaj mi pani wierzy...
— I cóż, Zuzanno, czemu nie kończysz... co ci jest?
— Mój Boże! czy się pani nie obawia, ażeby ten dzisiejszy bal...
— Ten bal dzisiejszy?...
— Nie dał panu jednej z tych sposobności wywarcia swego gniewu, których się pani tak lęka?
— Co za myśl!...
— Bo to, tam będzie bardzo wiele osób.
— Cóż z tego, ale tam będzie najlepsze towarzystwo miasta, skoro bal dany jest przez teścia prezesa trybunału, w którym zasiada mój mąż.
— Tak jest, pani, lecz, zdaje mi się, że na tych balach maskowych częstokroć jedni z drugich żartują, a jeżeliby pan, którego głowa jest tak porywcza, miał się rozgniewać na kogo...
— Masz słuszność Zuzanno, o tem nie pomyślałam.
— Nie chciałabym pani niepokoić, a jednak...
— Ależ w drugiej strony, mój mąż zbyt dobrze zna warunki towarzyskiego pożycia, ażeby się miał obrażać żartami, przyjętemu w podobnych zabawach, a potem jego szczególne położenie jako sędziego trybunału, w którym prezyduje zięć parta de Boneval, nie pozwala memu mężowi wymówić się od pójścia na ten bal, zgodzono się bowiem, że prawie cały trybunał na nim będzie, dlatego też nieobecność Iwona byłaby prawie uchybieniem względem prezesa, którego podwładnym jest mój mąż.
— Ah! biedna pani — pomyślała Zuzanna — gdyby ona wiedziała jak to jej mąż uznaje zwierzchnictwo prezesa!
— Nie, nie uspokój się, Zuzanno — dodała młoda kobieta — obecność prezesa na tej zabawie, utrzymują go w granicach przyzwoitości, zresztą na prowincji uważa się na wszystko. I jeszcze raz powtarzam, że nie wiedzianoby jak sobie tłumaczyć nieobecność mego męża.
— A jednak, pani...
— Zalecę Iwonowi ażeby pamiętał o sobie.
Zuzanna, obawiając się skutków zaślepienia swej pani, rzekła nareszcie z odwagą:
— Pani, ja mówię, że pan nie powinien pójść na tę zabawę.
— Zuzanno... nie rozumiem...
— Wierzaj mi, pani...
— Ale... cóż takiego?
— Moja droga pani — zawołała Zuzanna, składając ręce — zaklinam panią w jej własnem imieniu, i w imieniu tego dziecięcia, wstrzymaj pani męża, ażeby nie poszedł na dzisiejszy bal.
— Zuzanno, co to znaczy? Przestraszasz mnie.
— Pani wie dobrze, że nie śmiałabym pani przestraszać, gdyby nie szło o coś bardzo ważnego. Otóż! wierzaj mi, pani, że może wyniknąć największe nieszczęście, jeżeli pan pójdzie na dzisiejszą zabawę...
Pani Robertowa nie mogła nic więcej powiedzieć.
Drzwi się otworzyły i Iwon Cloarek wszedł do pokoju swej żony.
Zuzanna nie śmiała pozostać i wyszła z pokoju.

KONIEC TOMU PIĄTEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.