Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XX.

Kiedy Magdalena tak zniewoliła prawie arcyksięcia ażeby usiadł przy niej, odezwała się do niego:
— Posłuchaj mnie, Wasza Książęca Mość, będę otwartą, tak otwartą, że niepodobieństwem będzie nie uwierzyć moim słowom. Przybyłam tutaj w nadziei zawrócenia głowy Waszej Cesarskiej Wysokości...
— Tym sposobem — zawołał książę zdumiony — tym sposobem, pani sama przyznaje!
— Przyznaję najszczerzej, dopiąwszy mego celu, zamierzam użyć całego mojego wpływu, ażeby, jakem to już oświadczyła na początku uzyskać dwie rzeczy... jednę prawie niemożliwą...
— Miała pani słuszność, wmawiając we mnie, że niepodobieństwem byłoby nie uwierzyć pani — odpowiedział książę z wymuszonym uśmiechem — jakoż, ja wierzę pani.
— Dwa czyny, które chciałam uzyskać od Waszej Cesarskiej Wysokości, są to czyny wielkie, szlachetne, wspaniałomyślne; byłyby one zjednały Waszej Książęcej Mości miłość i szacunek, zatem ile mi się zdaje, daleką byłam od myśli użycia na złe mego wpływu.
— Koniec końcem, powiedz pani o co idzie?
— Pierwszy, jest to czyn litości albo raczej sprawiedliwości, któryby Waszej Cesarskiej Wysokości zjednał wiele serc w Lombardji. Zupełne i bezwarunkowe ułaskawienie pułkownika Pernetti.
Książę zerwał się z krzesła i zawołał:
— Nigdy... pani... nigdy!
— Zupełne i bezwarunkowe ułaskawienie pułkownika Pernetti, jednego z ludzi najbardziej szanowanych w całych Włoszech — mówiła dalej Magdalena nie zważając na wykrzyknik księcia — sprawiedliwa duma tego człowieka nie pozwoli mu nigdy prosić Waszą Cesarską Wysokość o najmniejsze złagodzenie jego nieszczęść, ale uprzedź go Wasza Książęca Mość swoją wspaniałomyślnością, a jego wdzięczność stanie się rękojmią jego przyszłej wierności i poświęcenia.
— Powtarzam pani, że ważne powody polityczne nie pozwalają mi zadość uczynić pani żądaniu, jest to rzecz niemożliwa... zupełnie niemożliwa.
— Ma się rozumieć, wszakże ja to sama powiedziałam Waszej Książęcej Mości. Teraz przejdźmy do drugiego przedmiotu, który zapewne jest jeszcze niepodobniejszym, idzie tu o zezwolenie Waszej Cesarskiej Wysokości na ożenienie pewnego młodzieńca wychowanego przez Waszą Książęcą Mość.
— Ja! zawołał arcyksiążę, jak gdyby nie mógł dać wiary uszom swoim — ja... miałbym zezwolić na małżeństwo hrabiego Franciszka?
— Nie wiem, czy on jest hrabią, wiem tylko tyle, że jego imię jest Franciszek, jak mi to dzisiaj rano powiedziała panna Antonina Hubert, anioł dobroci i piękności, którą ukochałam jeszcze dzieckiem, i dla której czuję zarazem przywiązanie siostry i matki.
— Za trzy godziny hrabia Franciszek wyjeżdża z Paryża, oto odpowiedź.
— O! mój Boże, jakże, to wybornie, więc to wszystko jest niepodobieństwem, zupełnem niepodobieństwem, tem lepiej, rzecz już jest skończona.
— W takim razie, pocóż było mnie prosić o to?
— Poco? dlatego, ażeby uzyskać...
— Jakto! pomimo tego wszystkiego, com powiedział, pani jeszcze ma nadzieję?
— A przynajmniej pretensję do niej, Mości Książę.
— Podobne wyznanie...
— Jest bardzo skromne, gdyż ja nie liczę na moją obecność.
— Na cóż tedy pani liczy?
— Na moją nieobecność, Mości Książę — rzekła Magdalena, wstając z krzesła.
— Na nieobecność pani?
— Na moje wspomnienie, jeżeli Wasza Książęca Mość tak woli.
— Pani się oddala — rzekł książę skwapliwie, nie mogąc już ukryć swego niezadowolenia i żalu — pani się już oddala?
— Jest to mój jedyny i ostatni środek skłonienia Waszej Książęcej Mości do moich żądań.
— Ależ pani...
— Czy Wasza Książęca Mość życzy sobie, ażebym powiedziała, co później nastąpi!
— Słucham panią, i owszem.
— Opuszczę ten pałac. Z początku uczujesz Wasza Książęca Mość wielką swobodę, jakgdyby uwolnienie od jakiegoś nieznośnego ciężaru; obecność moja nie będzie dręczyła Waszej Książęcej Mości różnemi uczuciami, które mają swój niepokój i powab; wygna mnie Wasza Cesarska Wysokość zupełnie z myśli swojej. Na nieszczęście, zwolna i wbrew Jego woli powrócę do niej; moja tajemnicza, osłoniona postać będzie ścigać wszędzie Waszą Książęcą Mość, kiedy uczuje Książę daleko wyraźniej jak mało platonizmu było w jego skłonności dla mnie, a uczucie to będzie dlatego tem drażliwsze, tem uporczywsze. To też jutro, może pojutrze, namyśliwszy się, że żądania moje miały tylko cel szlachetny, wspaniałomyślny, Wasza Książęca Mość będzie gorzko żałował mego oddalenia, przywoła mnie do siebie, ale wtedy będzie już za późno.
— Za późno?
— Za późno dla Waszej Książęcej Mości, ale nie dla mnie, ponieważ ułożyłam już sobie w głowie mojej, że pułkownik Pernetti zostanie ułaskawiony, a pan Franciszek zaślubi pannę Antoninę. Domyśla się tedy Wasza Książęca Mość, że to będzie musiało nastąpić koniecznie.
— Mimo mej woli?
— Mimo woli Waszej Cesarskiej Wysokości.
— Tego już zanadto.
— Inaczej jednak być nie może, gdyż, zastanów się tylko Wasza Książęca Mość nad znanemi sobie faktami: skorośmy potrafili doprowadzić kardynała legata, znanego Waszej Cesarskiej Wysokości, do biegania w ubiorze pandura po maskaradach, skorośmy potrafili samą siłą naszego spojrzenia utworzyć wielkiego poetę, skorośmy potrafili rozpłomienić w całem ziemskiem znaczeniu tego słowa, wyznaję to z pokorą, człowieka takiego, jak Wasza Książęca Mość, jest rzeczą widoczną, że i coś więcej jeszcze zdołamy dokonać. Wasza Cesarska Wysokość zniewala wszakże, prawda, tego biednego pana Franciszka do opuszczenia Paryża, lecz droga jest długa i zanim wyjedzie z granic Francji, mam dwa dni czasu przed sobą; niewielka zwłoka w ułaskawieniu pułkownika Pernetti niczem dla niego będzie, a zresztą, łaska ta nie od samej Waszej Książęcej Mości tylko zależy. Trudno sobie wyobrazić, jak daleko zajść może, działalność wpływów, a, dzięki Bogu, tutaj, we Francji, mam wszelką swobodę i tysiąc środków działania. Więc Wasza Cesarska Wysokość pragnie wojny, dobrze, przystaję na wojnę. Oddalam się, i już zostawiam Waszą Książęcą Mość rannym, to jest zakochanym. O! mój Boże! chociaż mogłabym się słusznie pochlubić z takiego powodzenia, nie przez próżność jednak nastaję na to nagłe wrażenie jakiem uczyniła na Waszej Książęcej Mości, bo doprawdy, nie użyłam w tym celu najmniejszej zalotności; ciągle prawie miałam spuszczony woal, i ubrana jestem jak prawdziwa staruszka... Żegnam tedy Waszą Cesarską Wysokość; czy też uzyskam przynajmniej tę łaskę, że mnie Wasza Książęca Mość odprowadzi do drzwi swego pierwszego salonu?
Arcyksiążę był nadzwyczajnie zmieszany; czuł on, że Magdalena mówiła prawdę; gdyż na samą tylko myśl, że się może na zawsze oddala, ogarnął go głęboki smutek; zważywszy potem, że urok, dziwny i prawie niezwalczony pociąg ku tej kobiecie potężnie działały na niego, na niego... człowieka, który dla tylu powodów powinien się był uważać za zabezpieczonego od takiego wpływu, któremu każdy inny, a nie on, mógł był ulec, książę uczuł pewien rodzaj gorzkiego i gniewnej zazdrości; pomimo tego jednak nie mógł się jeszcze zdecydować na udzielenie łaski, której od niego żądano, i na zezwolenie na małżeństwo Franciszka; z tem wszystkiem, jak każdy człowiek charakteru chwiejnego, starał się przynajmniej zyskać na czasie i z pewnem wzruszeniem rzekł do margrabiny:
— Ponieważ nie mam już pani więcej widzieć, chciejże pani przedłużyć przynajmniej teraźniejszą swoją wizytę.
— A to dlaczego, Mości Książę?
— Wszakże to dla pani rzecz obojętna, podczas kiedy mnie to czyni szczęśliwym.
— Nie zapewni to nikomu żadnego szczęścia; gdyż Wasza Książęca Mość nie ma ani siły pozwolić mi się oddalić, ani siły przyzwolić na moje żądania.
— To prawda — odpowiedział książę z westchnieniem — oba żądania zdają mi się być miemożliwemi.
— Ah! tak jutro jak i teraz, po mojem oddaleniu, Wasza Książęca Mość będzie tego żałował.
Arcyksiążę, po chwili milczenia, odpowiedział z pewnym wysiłkiem i głosem jak tylko mógł najtkliwszym.
— Posłuchaj pani, przypuśćmy, — czego nawet przypuścić nie można, że może kiedyś... pomyślę... o ułaskawieniu pułkownika Pernetti....
— Przypuszczenie?... że może kiedyś?... Wasza Książęca Mość pomyśli?.... Jakże to wszystko jest wątpliwe i mgliste. Wyrzecz raczej Wasza Cesarska Wysokość odrazu: Przypuść pani, że ułaskawię pułkownika Pernetti...
— Niech i tak będzie! Przypuść to pani.
— Dobrze. Wasza Cesarska Wysokość przystaje na to moje żądanie i zezwala także na małżeństwo Franciszka? Powinnam uzyskać wszystko, lub nic.
— Co do tego... nigdy... nigdy...
— Nie mówże Mości Książę, nigdy. Bo Wasza Książęca Mość wcale tego nie rozumie.
— Zresztą, takie przypuszczenie do niczego nie obowiązuje. Przypuśćmy zatem, że uczynię wszystko, czego pani żąda, w takim razie, czy mogę być pewnym mojej nagrody?
— Wasza Książęca Mość pyta mnie o to? Alboż to każdy czyn szlachetny nie ma już sam w sobie nagrody?
— Zgadzam się na to, ale w moich oczach, jest jedna nagroda, najdroższa ze wszystkich, tę nagrodę tylko pani sama udzielić może.
— O!... żadnych warunków, Mości Książę.
— Jakto?
— Pomówimy otwarcie z sobą, mogęż ja zaciągnąć jakie zobowiązanie? Czyliż to wszystko nie zależy, nie ode mnie, ale od Waszej Książęcej Mości! Podobać mi się, jest rzeczą Waszej Cesarskiej Wysokości.
— Ah! jakaż pani jest — rzekł książę z gniewem — ale zresztą, będęż ja się podobał? Czy pani sądzi, że się będę podobał?
— Doprawdy, Mości Książę, nie wiem tego wcale. Dotąd nic Wasza Książęca Mość nie uczyniłeś w tej mierze, wyjąwszy, że mnie przyjąłeś dosyć niegrzecznie, jakkolwiek nie czynię z tego powodu żadnych wyrzutów.
Prawda, zbłądziłem, daruj mi pani; bo, gdyby pani znała niepokój, powiedziałbym prawie obawę, jakąś we mnie obudziła, kochana margrabino...
— Dobrze, dobrze, przebaczam Waszej Książęcej Mości przeszłość, i przyrzekam nawet najlepsze chęci z mej strony, ażeby się dać ująć, a ponieważ jestem bardzo otwartą, dodam jeszcze, że pragnęłabym, aby się to Księciu powiodło.
— Doprawdy? — zawołał książę uniesiony radością.
— Tak, Wasza Cesarska Wysokość jesteś na pół monarchą, zczasem może nim będzie zupełnie, a może się znaleźć wiele dobrych i pięknych rzeczy, którychbyś mógł dokonać mocą tej gorącej namiętności. Wszakże, Mości Książę, jeżeli Bóg natchnął tą namiętnością wszystkie swoje stworzenia, wiedział on, co czynił, jest to bowiem siła ogromna, gdyż w nadziei zaspokojenia onej, ci, którzy ją czują, zdolni są do wszystkiego, a nawet do najszlachetniejszych czynów, nieprawdaż, Mości Książę?
— Więc — dodał książę w coraz większem zachwyceniu — mogę się spodziewać?...
— Spodziewaj się Wasza Książęca Mość, ile tylko zechcesz, i to jest wszystko, zaprawdę, nie obowiązuję się do niczego. Pałaj, Mości Książę; pałaj, uczyń, ażeby mój lód stopniał przy twoich płomieniach.
— Lecz przypuść pani, że uczynię wszystko czego żądasz ode mnie, cóż pani wtedy czuć dla mnie będzie?
— Być może, że ten pierwszy dowód uległości moim życzeniom uczyni na mnie żywe wrażenie, ale nie mogę tego twierdzić z pewnością, gdyż moja sztuka zgadywania tak daleko nie sięga.
— Ah! pani jest bez litości — zawołał arcyksiążę z bolesnem oburzeniem — tylko żądać potrafisz.
— Czyliżby lepiej było dawać Waszej Książęcej Mości fałszywe obietnice? nie byłoby to godnem ani Waszej Cesarskiej Wysokości, ani mnie samej; zresztą, pomówmy ze sobą jak ludzie z sercem; czegóż to ja pragnę? pragnę żeby się Wasza Książęca Mość okazał litosnym i sprawiedliwym dla najczcigodniejszego z ludzi, ażebyś się okazał prawdziwym ojcem dla sieroty, któregoś wychował. Gdybyś Wasza Książęca Mość wiedział jak się te dzieci kochają! Co za naiwność! jaka czułość! jaka rozpacz! Dzisiaj rano, opowiadając mi o swoich zawiedzionych nadziejach, Antonina aż do łez mnie wzruszyła.
— Franciszek pochodzi ze znakomitego rodu, mam inne zamiary, inne widoki względem niego — odpowiedział książę z niecierpliwością — nie może więc zawierać związku niestosownego dla siebie.
— To piękne wyrazy. A czemże ja jestem Mości Książę? ja, Magdalena Peres? córką uczciwego negocjanta z Meksyku, podupadłego przez bankructwo i margrabiną tylko z przypadku. Jednak Wasza Książęca Mość kocha mnie, nie obawiając się żadnej nieprzyzwoitości?
— O, pani,... ja... ja...
— Wasza Książęca Mość, to co innego, nieprawdaż? jak mówi pewna komedja.
— A przynajmniej jestem panem moich postępków.
— Czemuźby więc Franciszek nie miał być panem swoich? kiedy jego pragnienia ograniczają się na życiu skromnem i uczciwem, upiększonem czystą i szlachetną miłością. Wierzaj mi, Wasza Książęca Mość, gdybyś był, jak mówisz zakochanym we mnie, jakżebyś rzewnie ubolewał nad rozpaczą tych dwojga dzieci, które się wzajemnie uwielbiają z całą naiwnością i zapałem swego wieku. Jeśli to uczucie nie czyni Waszej Książęcej Mości lepszym, szlachetniejszym, uczucie to nie jest prawdziwem, a jeżeli je kiedykolwiek mam podzielać, powinnam pierwej mieć w niem wiarę, co żadną miarą nie może nastąpić, gdy widzę tę nieugiętą surowość dla Franciszka.
— O mój Boże! gdybym go mniej kochał, nie byłbym wtedy tak surowym.
— Szczególny to rodzaj kochania kogoś.
— Czy pani nie powiedziałem, że mam świetniejszy los dla niego na widoku?
— Ja zaś powiadam Waszej Książęcej Mości, że ten świetny los, jaki dla niego gotujesz, stanie się dla niego obrzydłym, on stworzony jest do życia szczęśliwego, skromnego i spokojnego; jego proste zwyczaje i upodobania, nieśmiałość jego charakteru, jego przymioty nawet oddalają go od wszystkiego, co jest wielkiem, dostojeństwem i świetnością, nieprawdaż?
— Więc w takim razie — rzekł książę nadzwyczajnie zdziwiony — pani zna Franciszka?
— Nie widziałam go nigdy.
— Skądże pani wie o tem wszystkiem?
— Alboż to Antonina nie uczyniła mi zwierzeń? albo to ze sposobu kochania ludzi nie można odgadnąć ich charakteru? Powiedz teraz Wasza Książęca Mość, czy charakter Franciszka jest takim, jak przypuszczam, czy nie?
— Prawda... charakter jego jest taki.
— I Wasza Książęca Mość byłbyś tak okrutnym, ażeby mu narzucić byt, który mu będzie nieznośnym gdy tymczasem... tuż pod ręką... znajduje on prawdziwe szczęście życia?
— Lecz wiedz pani o tem, że ja kocham Franciszka jak własnego syna, i że nigdy nie zezwolę na to, ażeby się ode mnie oddalił.
— Piękna mi to przyjemność, mieć zawsze przed oczyma smutną postać biednej istoty, którą się skazało na wieczne nieszczęście! Zresztą, Antonina jest sierotą, nic więc nie stoi na przeszkodzie żeby Franciszkowi towarzyszyła, zamiast jednego, będziesz Wasza Książęca Mość miał dwoje dzieci. Widok tego szczęścia zawsze uśmiechającego się i słodkiego byłby dla Waszej Cesarskiej Wysokości błogim wypoczynkiem po tych wszystkich wielkościach, po tych wszystkich kadzidłach kłamliwego i przedajnego świata! Z jaką to radością przychodziłbyś Mości Książę pokrzepić swoje serce i duszę na łonie tych dwojga dzieci kochających się z calem szczęściem, jakieby zawdzięczali Waszej Książęcej Mości.
— Proszę bardzo daj mi pani pokój — zawołał książę coraz bardziej wzruszony. — Nie pojmuję, jaką szczególną siłę mają słowa pani, lecz czuję chwiejące się moje najmocniejsze postanowienia, czuję słabnące zasady całego mojego życia.
— I Wasza Książęca Mość myśli na to narzekać? mówiąc pomiędzy nami, i nie obgadując książąt, częstokroć czynią oni dobrze, jeżeli niekiedy wyrzekają się tych swoich wyobrażeń. Wierzaj mi Wasza Książęca Mość, usłuchaj głosu swego teraźniejszego wrażenia, jest ono dobre i szlachetne.
— O! mój Boże! czyliż ja potrafię w tej chwili, odróżnić złe od dobrego?
— W takim razie spojrzyj tylko Wasza Książęca Mość na twarz tych, których szczęście zapewniłeś, gdy powiesz jednemu: Wracaj, wracaj do twego rodzinnego kraju; drugiemu zaś: Mój synu kochany, bądź szczęśliwy, ożeń się z Antoniną. Wtedy, przypatrz się dobrze Wasza Książęca Mość jednemu i drugiemu, a jeżeli łzy zroszą ich oczy, jak w tej chwili występują na twoje i moje powieki, wtedy bądź Mości Książę spokojny, spełniłeś dobry uczynek, do którego chcę Waszą Książęcą Mość zachęcić, przyrzekam uroczyście towarzyszyć Antoninie do Niemiec.
— Czy być może? — zawołał książę uniesiony najwyższą radością — pani mi przyrzeka?
— Wszakże trzeba Waszej Książęcej Mości dać czas i sposobność do podbicia mego serca — odpowiedziała Magdalena z uśmiechem.
— Dobrze więc! cokolwiek bądź nastąpi, cokolwiek pani uczynisz, gdyż być może, żeś mnie obrała za cel swej igraszki — zawołał arcyksiążę upadając na kolana przed Magdaleną — daję pani moje książęce słowo, że przebaczam wygnańcowi... że...
Wtem dosyć mocny zgiełk, który powstał nagle za drzwiami salonu, przerwał dalszą mowę księcia.
Książę zerwał się nagle, pobladł z oburzenia i gniewu i rzekł do Magdaleny, która przysłuchiwała się temu hałasowi z wielkiem zdziwieniem:
— Zaklinam panią, wejdź do przyległego pokoju; tam dzieje się coś nadzwyczajnego; za chwilę przybędę do pani.
Tu uderzono silnie we drzwi, książę, otwierając przyległy pokój, powtórzył jeszcze:
— Racz pani wejść do tego pokoju...
Potem zamknął za sobą drzwi, i chcąc w gniewie swoim dowiedzieć się o przyczynie tak niezwykłego i ubliżającego hałasu, spiesznie wyszedł z salonu, i ujrzał przed sobą pana Paskala, którego dwóch bardzo wzruszonych adjutantów starało się jeszcze zatrzymać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.