Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XIX.

Książę uniesiony gwałtownością swego oburzenia i gniewu, rozmawiając ciągle, zbliżył się powoli do margrabiny, siedzącej bez żadnej ceremonji w fotelu.
Gdy podniosła zasłonę przechyliwszy nieco w tył głowę, ażeby pewniej spojrzeć księciu w oczy, ten stanął na miejscu jak przykuty, doznając nieokreślonego uczucia zdziwienia, uwielbienia i mimowolnego pomieszania, jakiego każdy doświadczał na widok tej zachwycającej kobiety, której blada i brunatna cera, wielkie błękitne oczy, czarne brwi i jasne włosy nadawały tak dziwny urok. Tego głębokiego wrażenia, jakiemu książę uległ, doświadczył także i Karol Dutertre, pomimo miłości jego dla żony, pomimo ciężkiego zmartwienia, jakie w nim wywołały bliski upadek i grożące klęski.
Gdy po chwili twarz Magdaleny znikła znowu pod zasłoną, książę zdawał się być uwolnionym od niepojętej pokusy, która mimowoli oblegała jego umysł; odzyskał tedy zimną krew, zgromił w duchu swoją słabość, i ażeby się uwolnić od wszelkich niebezpiecznych uniesień, gwałtem przypominał sobie rozmaite wypadki, jawnie dowodzące fatalnego wpływu tej kobiety nawet na ludzi długo nieugiętych lub nieubłaganych: lecz upadek lub zupełna zmiana tych znakomitych ludzi sprowadzały koniecznie myśli księcia na margrabinę i na jej niczem niezwalczony wpływ; daremnie książę, dla dodania sobie odwagi, wmawiał w siebie, że będąc usposobienia flegmatycznego, dosięgnął już wieku dojrzałego, nie doznawszy ani razu władzy tych grubych namiętności, które tylko upokarzają człowieka, ponieważ ich nic więcej nie usprawiedliwia oprócz ślepego odurzenia zmysłów; że był członkiem domu panującego, że godność jego stanu wkłada na niego obowiązek, ażeby się nie poniżał haniebną rozpustą; nareszcie, że nie dlatego pozostał tak długo człowiekiem obyczajów surowych i skromnych, ażeby się dopiero teraz potknąć... upaść przed kobietą, którą przed chwilą obsypał dotkliwemi wyrzutami, wymawiając jej zgorszenie, jakiego była powodem; słowem, nieszczęśliwy książę filozofował wybornie, ale bezskutecznie, jak każdy człowiek, któryby, lecąc w głęboką przepaść chciał rozumować o nieocenionych korzyściach spoczynku i bezwładności.
Na nieszczęście, zbyt wiele potrzeba wyrazów i stronic, ażeby uczynić zrozumiałem wrażenia, jak myśli przelotne, gdyż wszystko, cośmy opisywali, od chwili jak Magdalena podniosła swą zasłonę i spuściła ją napowrót, odbyło się zaledwie w dwóch minutach, i arcyksiążę, łając sam siebie surowo, pragnął może mimo swej wiedzy (tak dalece jego filozofja umiała oddzielać ducha od materji) pragnął, powtarzamy, ujrzeć jeszcze rysy Magdaleny przez zasłaniającą je koronkę.
— Mówiłam tedy Waszej Cesarskiej Wysokości — dodała margrabina z głową zawsze pochyloną i czując — chciwe i zmieszane spojrzenie arcyksięcia, spoczywające na sobie — mówiłam tedy, że jestem tylko biedną wdową, która więcej może jest wartą od swej reputacji, i która może nie zasługuje na taką surowość Waszej Książęcej Mości.
— Pani...
— O! nie czynię ja żadnych wyrzutów Waszej Cesarskiej Wysokości, jak wielu innych i Wasza Książęca Mość mógł uwierzyć pewnym wieściom.
— Pewnym wieściom... — zawołał arcyksiążę, czując z niewypowiedzianą radością, że odzywał się już w jego duszy pierwszy gniew, do którego jednak dołączyła się gorycz nieokreślonej zazdrości, wieściom — więc to gorszące odszczepieństwo poety Moser’a-Hartmana jest także tylko fałszywą wieścią?
— To, co Wasza Książęca Mość nazywa odszczepieństwem jest rzeczą dokonaną... lecz...
— Może także fałszywą jest wieścią — zawołał książę gwałtownie przerywając Magdalenie — to poniżenie kardynała-legata?
— I to jest rzeczą dokonaną, Mości Książę.
— Tym sposobem... sama pani przyznaje... że...
— Posłuchaj mnie Wasza Książęca Mość. Nazywam się Magdaleną. Jest to imię, wielkiej grzesznicy... nieprawdaż?
— Ona zyskała przebaczenie.
— Tak jest, ponieważ bardzo kochała; ale wierząj mi Wasza Cesarska Wysokość, ja nie potrzebuję szukać usprawiedliwienia lub przykładu w życiu mojej świętej patronki, ponieważ nie mam nic takiego, coby mogło być przebaczone... nic, zupełnie nic... Mości Książę, zdaje się to bardzo dziwić Waszą Cesarską Wysokość, dlatego też, ażeby się uczynić zupełnie zrozumiałą, co jest dosyć ambarasującem, będę zniewoloną, narażając się nawet na posądzenie o pedantyzm, odwołać się do klasycznych wspomnień Waszej Cesarskiej Wysokości.
— Co pani chce przez to powiedzieć?
— Rzecz bardzo dziwną; ale gorycz wyrzutów Waszej Cesarskiej Wysokości, i inne jeszcze powody, skłaniają mnie do wyznania, albo raczej do usprawiedliwienia bardzo dziwnego.
— Jakto... co pani powie?
— Wiadomo Waszej Cesarskiej Wysokości pod jakiemi warunkami wybierano w Rzymie kapłanki Westy?
— Wiem o tem bardzo dobrze — odpowiedział książę, i po chwili dodał naiwnie — ale nie widzę, jakiby to mogło mieć związek...
— Otóż! Mości Książę — rzekła Magdalena — gdybyśmy byli w Rzymie, miałabym wszystkie prawa za sobą do strzeżenia świętego ognia na ołtarzu bogini, czystości; słowem, jestem wdową, nie będąc nigdy żoną; gdyż, po moim powrocie z Europy, margrabia de Miranda, mój krewny i dobroczyńca zaślubił mnie na łożu śmiertelnem... dla zostawienia mi swego nazwiska i majątku.
Głos prawdy jest zawsze tak silny, że w pierwszej chwili książę uwierzył słowom Magdaleny, pomimo zdumienia, jakiem zdjęty został na to wyznanie tak przeciwne krążącym wieściom o przygodach i miłostkach Magdaleny, tudzież okolicznościom, które ona mu opowiedziała. Zdziwienie księcia przeszło wkrótce w jakieś niepojęte dla niego samego zadowolenie, z którego nie umiał sobie zdać sprawy; następnie atoli, lękając się, ażeby nie został oszukany, odpowiedział już nie z gniewem, ale jakgdyby z bolesnym żalem:
— Zbyt pani liczy na moją łatwowierność. Jakto! kiedy sama przed chwilą wyznała...
— Daruj Wasza Cesarska Wysokość, lecz pragnęłabym pierwej otrzymać odpowiedź na kilka pytań.
— Mów pani.
— Przyznasz Mości Książę, że niekiedy najdzielniejsza postać może ukrywać w sobie prawdziwego tchórza.
— Nie potrzebuje mi pani tego mówić. Ja sam miałem pod memi rozkazami pewnego generała, który przy najgroźniejszej w świecie postawie był człowiekiem bardzo małego serca.
— Wasza Cesarska Wysokość przyzna także, że czasami powierzchowność najmniej obiecująca mieści w sobie wielkiego bohatera.
— Niezawodnie, Fryderyk Wielki nie miał bynajmniej nieokazałej postawy.
— Niestety! Mości Książę, właśnie o to idzie, na moje nieszczęście, tylko powierzchowność moja tak jest obiecująca.
— Jakto... co pani przez to rozumie?
— O! mój Boże! tak jest, właśnie jestem jak ten tchórz, przed którego groźną postawą wszystko drży i truchleje, a który sam więcej jeszcze drży od każdego, którego przejmuje takim strachem. Mimowolnie obudzam w innych to czego sama nie czuję; wyobraź sobie Wasza Cesarska Wysokość biedną bryłę lodu zdziwioną że rozszerza wkoło siebie płomienie i pożar. Staram się niekiedy osiągnąć jak najwięcej korzyści z tych palących się z mego powodu biedaków, już to dla nich samych, już też dla innych, i to, przysięgam Waszej Cesarskiej Wysokości, bez żadnych zalotów, bez podejść, bez obietnic. Ja pałam dla ciebie, mówił ktoś do mnie. Pal się, być może, iż żar twego ognia stopi moje lody, być może, iż lawa ukrywa się pod śniegiem. Pal się więc, pal, spraw ażeby twój ogień i mnie ogarnął, wszakże ja tego tylko pragnę, jestem wolną i mam dwadzieścia dwa lata.
I to powiedziawszy, Magdalena podniosła głowę, podniosła zasłonę, i śmiało spojrzała na arcyksięcia.
Margrabina prawdę powiedziała, gdyż jej miłość dla owego jasnego cherubina, o której mówiła z Zofją, nie miała w sobie nic ziemskiego.
Książę uwierzył Magdalenie: najprzód, że prawda zawsze prawie niesie z sobą przekonanie, potem, że wiara ta czyniła go szczęśliwym; nie wstydził się już tego nagłego, głębokiego wrażenia, jakie ta niepojęta istota na nim uczyniła, wmawiając w siebie, że jeszcze godną była utrzymywać święty ogień Westy; dla tego też nierozważny książę, utkwiwszy oczy swoje w oczach Magdaleny, napawał się dowolnie otaczającym ją urokiem; nic już nie mówił, tylko przysunął swoje krzesło do krzesła Magdaleny, i z namiętną chciwością wpatrywał się w jej oblicze.
Margrabina odezwała się z uśmiechem:
— Zdaje mi się, że Wasza Książęca Mość zadajesz sobie toż samo pytanie, które ja nieraz czyniłam już sobie samej.
— Jakie...
— Pyta się Wasza Cesarska Wysokość, (mówiąc słowy starodawnego romansu) kto obudzi we mnie płomień wzajemnej miłości?... Ja również byłabym bardzo ciekawa przeniknąć przyszłość w tym względzie...
— A jednak przyszłość ta... od pani zależy.
— O nie, Mości Książę; ażeby harfa dźwięk jaki wydała, trzeba ją pierwej poruszyć.
— A któż będzie tą siłą poruszającą?
— Nie wiem... Może Wasza Książęca Mość.
— Ja!... — zawołał arcyksiążę, oczarowany, uniesiony... najwyższą radością — ja!
— Powiedziałam: może...
— O! cóż tedy należy uczynić?
— Poddać mi się...
— Ażeby zaś tego dopiąć?
— Oto... Mości Książę...
— Nie nazywaj mnie pani tytułem książęcym, to zbyt ceremonjalnie
— O! o! to wielka łaska dla księcia, kiedy się z nim poufale obchodzą; a na taką łaskę trzeba pierwej zasłużyć. Pyta mnie Wasza Cesarska Wysokość, jak mi się można podobać. Przytoczę Waszej Książęcej Mości nie przykład, ale fakt pewien: Moser-Hartman, którego odszczepieństwa, jak Wasza Książęca Mość mówi, miałam być powodem, złożył mi najdziwniejsze w świecie wyznanie: spotyka on mnie u wspólnej naszej przyjaciółki, wpatruje się długo we mnie i przychodzi mi powiedzieć głosem strwożonym i zagniewanym: Pani, dla spokoju spirytyzmu, należałoby panią żywcem pogrzebać, i wyszedł; lecz nazajutrz przychodzi do mnie rozkochany szalenie i pałający jak mówił najgwałtowniejszą dla mnie namiętnością. Pal się, odpowiadam mu, lecz posłuchaj przyjacielskiej rady; ciebie pożera zbytek życia; niechaj ono teraz przejdzie w twoje wiersze. Zostań wielkim poetą, a być może, że mnie twoja chwała upoi.
— I pani nie podzielała jego zapałów? zapytał książę.
— Wszakże pozostała mu na pociechę chwała, a poeta zdolny jest pocieszyć się chwałą po każdej stracie. Powiedz teraz Wasza Cesarska Wysokość otwarcie, dobrze czy źle użyłam mojego wpływu?
Książę zadrżał nagle; dotkliwe spojrzenie przeszyło mu serce; ukrywając jednak swą trwogę, rzeki z uśmiechem ido Magdaleny:
— Lecz pani przygoda z kardynałem-legatem nie miała tak szczęśliwego dla niego końca; cóż jemu pozostało na jego pociechę?
— Przekonanie, że uwolnił od swego pobytu kraj, który go nienawidził — odpowiedziała wesoło Magdalena — alboż to mało znaczy, Mości Książę?
— Ale, mówiąc między nami, powiedz mi pani, co miałaś w tem, ażeby tego nieszczęśliwego człowieka uczynić ofiarą takiego zgorszenia?
— Jakto, co ja w tem miałam? Miałam zamiar wykazać światu bezecnego hipokrytę, zamiar wygnania go z miasta, które dręczył swoją obecnością, i okrycie go pogardą i wstydem. Dlatego to, jeżeli mam wyznać prawdę, ażeby zemstę moją uczynić tem pewniejszą, dałam mu pewną obietnicę z zamiarem nie dotrzymania jej nigdy. Wierzę twojej miłości, mówiłam do niego, i podzielać ją będę, jeśli się zamaskujesz, i przebrany za Pandura pójdziesz ze mną na bal do Retiro, jest to z mej strony kaprys dziki, szalony, to prawda, ale to mój ostateczny warunek, a zresztą, któż cię pozna pod maską? Nieszczęśliwy, jemu się w głowie przewróciło, usłuchał mnie i zgubiłam go...
— Lecz mnie.... mnie pani tak nie zgubi! — zawołał książę, zrywając się z krzesła i czyniąc ostateczny wysiłek, ażeby przerwać ten urok, którego niezwalczoną potęgę już czuł wyraźnie na sobie. — Widzę ja tę zasadzkę... mam nieprzyjaciół... a pani chce swoją niebezpieczną ułudą wciągnąć mnie do jakiegoś niedorzecznego postępku, a potem wystawić mnie także na wzgardę i pośmiewisko świata... Ale dzięki Bogu, przejrzałem jeszcze dosyć wcześnie. Ze zgrozą wyznaję teraz, że to szatańskie olśnienie, które mnie pozbawiło rozumu... nie było nawet miłością; nie, uległem namiętności najniegodziwszej, najgrubszej... jaka tylko człowieka poniżyć może, namiętności, którą na moją hańbę i na hańbę pani głośno wymienię... szalowi nieczystości.
Magdalena wzruszyła ramionami i roześmiała się łagodnie lecz szydersko; wstała, postąpiła ku arcyksięciu, który w wzruszeniu swojem cofnął się aż do komina, uchwyciła go delikatnie za rękę i przywiodła na powrót na krzesło, tak że książę nie miał siły oprzeć się temu łagodnemu gwałtowi.
— Racz Wasza Cesarska Wysokość wysłuchać mnie łaskawie — rzekła Magdalena — zaledwie bowiem kilka słów tylko mam jeszcze powiedzieć... poczem Wasza Książęca Mość w życiu swojem nie ujrzy już margrabiny de Miranda.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.