Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


NIECZYSTOŚĆ.[1]
V.

Pałac Elysée-Bourbon (niegdyś mieszkanie margrabiny de Pompadour) położony ma przedmieściu St. Honorjusza, obecnie, jak wiadomo, jest gospodą dla wszystkich książąt zagranicznych, katolickich, protestanckich lub muzułmańskich, począwszy od książąt związku niemieckiego, aż do Ibrahima Baszy.
Przy końcu lipca, parę lat temu, około godzimy 11 rano, kilku młodych sekretarzy i paniczów, towarzyszących J. C. M. Arcyksięciu Leopoldowi, który od sześciu tygodni gościł w Elysée-Bourbon, zgromadziło się w jednej z sal służbowych pałacu.
— Przegląd wojska odbywający się ma polu Marsowem na cześć J. C. M. coś się przedłuża — powiedział jeden. — Będzie dzisiaj mnóstwo osób na posłuchaniu u księcia.
— To pewine — rzekł drugi — że już od pół godziny czeka na niego pięć czy sześć osób.
— A J. C. Mość, dopełniający ściśle przepisów wojskowych, żałować będzie tej niepunktualności.
Drzwi sali otworzyły się, wszedł niemi młodzieniec dwudziestoletni, zapewne domownik, i udał się do przyległego pokoju, ukłoniwszy się uprzejmie lecz nieśmiało osobom, o których wspomnieliśmy, a które na jego widok powstały z uszanowaniem, chociaż ani wiek, ani stopień jego nie zdawały się wymagać takich względów.
Zaledwie wyszedł, gdy jeden z obecnych paniczów, mówiąc o owym młodzieńcu, powiedział:
— Biedny hrabia Franciszek, zawsze taki nieśmiały, piętnastoletnia dziewczyna, wychodząca z klasztoru jest pewniejsza siebie.
— Ktoby myślał, patrząc na jego dziewiczą postać, że on już trzy lata z niezwykłem męstwem walczył na Kaukazie?
— Ja, moi panowie, wyobrażam sobie, że hrabia Franciszek, musiał zawsze skromnie spuszczać oczy, nawet rąbiąc czerkiesów.
— Zresztą, zdaje mi się, że J. C. M. bardzo jest zadowolony z naiwności swego...
— Do kata! niebądźże tak gadatliwy, mój kochany.
— Pozwólże mi dokończyć. Powiadam, że J. C. M. jest bardzo zadowolony, z naiwności swego... chrzestnego syna.
— A to co innego. Ja także sądzę, że książę nie bez obawy widział tego pięknego chłopca wystawionego na piekielne pokusy Paryża.
— Ale z czego się śmiejesz?
— Z niczego.
— Czy przypuszczasz, że hrabia Franciszek, pomimo swej pozornej niewinności, wplątał się w jakie miłostki?
— Patrzcież tedy, panowie, jakie to znaczenie może mieć uśmiech, gdyż biorę was na świadków, żem się tylko uśmiechnął.
— Bez żartów, mój drogi, czy sądzisz, że hrabia Franciszek?...
— Ja nic nie sądzę... ja nic nie mówię... będę milczał jak dyplomata, któremu interes zabrania mówić, albo jak młody oficer z gwardji szlacheckiej, który po raz pierwszy prezentuje się J. C. Mości.
— To niezaprzeczalne, że nakazujące spojrzenie księciu zmieszać może najśmielszego człowieka. Ale wracając do hrabiego Franciszka...
Rozmowę tę przerwało przybycie do sali służbowej jednego z towarzyszów rozmawiających tu osób.
Nowoprzybyły zwrócił uwagę obecnych na miły przedmiot, i kilka głosów odezwało się razem:
— No i cóż, twoje dziwy?
— Ta sławna fabryka przy ulicy St. Marceau?
— Czy też warta była widzenia?
— Dla mnie, moi panowie, pragnącego widzieć każdą fabrykę machin — odpowiedział nowoprzybyły — ten poranek istotnie był nader zajmujący, i oświadczam, że pan Karol Dutertre, właściciel tej fabryki, jest jednym z najbiegleiszych i najuczeńszych mechaników, dodam jeszcze, że mało znam ludzi równie jak on uprzejmych: chciałbym nawet skłonić J. C. M. do zwiedzenia tych warsztatów.
— No, tobie, mój drogi, nikt nie zarzuci marnowania czasu na fraszkach, co do mnie, wyznaję moją słabość: ze wszystkiego, com widział w Paryżu, najwięcej mnie zachwycił, oczarował... odurzył... powiem nawet najwięcej mnie nauczył...
— Któż taki? niech się dowiemy.
— Oto... c(hociażby to bluźnierstwo miało zarumienić naszą czystą i dumną Germanj) oto..
— Dokończże!
— To jest bal Mabille.
Jeszcze się nie uspokoiły śmiechy i wykrzykniki, wywołane tem szczerem wyznaniem, kiedy wszedł jeden z sekretarzy arcyksięcia z dworna listami w ręku:
— Panowie! nowe wiadomości, z Bolonji i z Wenecji — odezwał się wesoło.
— Brawo! kochany Ulryku, i jakież tam nowiny?
— Bolonja a potem Wenecja, były przez dni kilka w największem poruszeniu, a to wskutek zadziwiających wypadków.
— A więc rewolucja?
— Nie, moi panowie, idzie tu o kobietę.
— O kobietę!
— Tak jest, albo raczej o djabła. i prędzej temu gotów byłbym uwierzyć.
— Dręczysz nas, Ulryku, wytłumacz się jaśniej.
— Przypominacie sobie, panowie, że w zeszłym roku mówiono w Niemczech o tej młodej wdowie meksykance, margrabinie de Miranda.
— A jakże! wszakże to o niej nasz poeta Moser-Hartiman napisał te piękne i namiętne wiersze, w których ją zowie Nową Afrodytą.
— Ah! ah! jakaż to śmieszna omyłka! — przerwał śmiejąc się jeden z obecnych. — Moser Hartiman, wyjątkowy spirytualista, nieskalany poeta, czysty i zimny jak śniegi, opiewał Afrodytę namiętnym wierszem! Słyszałem ten(przecudny wiersz, ależ musi być on utworem innego Hartimana...
— A ja cię zapewniam, mój drogi, i Ulryk ci to potwierdzi, że ten poemat, równy najpiękniejszym odom Safony greckiej, jest niewątpliwie utworem Moser‘a~Hartimana.
— Nic prawdziwszego — odparł Ulryk — słyszałem, jak sam Moser-Hartiman deklamował te swoje wiersze, godne czasów starożytności.
— Kiedy tak, muszę ci uwierzyć; ale jak wytłumaczyć to jego nagłe niepojęte przeobrażenie?
— O mój Boże! to przeobrażenie, które zamieniło zimny i poprawny talent w potężny i namiętny genjusz, znany dziś w dalej Europie, to przeobrażenie jest dziełem kobiety, margrabiny de Miranda.
— Moser-Hartiman tak znamienny, nigdybym temu nie uwierzył!
— Ba! — odparł Ulryk — nie pierwsza to sprawka margrabiny i, jak zobaczycie, nie ostatnia, piszą mi tedy z Bolonji, iż był tam pewien kardynał-legat, który wzbudzał wstręt i niechęć w całym kraju.
— Jak gdybyś nazwał Orsiniego, człowieka równie nienawistnego jak nienawidzonego.
— Ma on powierzchowność godną swego urzędowania widziałem go w Lombardji, co za strupieszałe, złowrogie oblicze.
— Otóż więc, margrabina zaprowadziła go na bal do Casino de Bologne, zamaskowanego i przebranego za Pandura.
Kardynał-legat przebrany za rycerza pandura — zawołali wszyscy razem — co znowu! Ulryku, to baśnie!
— Przeczytasz list, a skoro zobaczysz podpis, uwierzysz wszystkiemu — odpowiedział Ulryk. — Tak jest, Orsini przebrany znajdował się w towarzystwie margrabiny, która wśród balu, zerwawszy mu maskę, rzekła do niego głośno: Dobry wieczór kardynałowi Orsini; a potem, śmiejąc się jak szalona, znikła, zostawiając legata wśród wrzasków przerażonego tłumu. Byłby narażony na niebezpieczeństwo, gdyby go wojsko nie było osłoniło; nazajutrz powstała cała Bolonja, żądając odwołania kardynała Orsini, który w dwa dni potem musiał w nocy opuścić miasto. Na drugi dzień po jego wyjeździe wszystkie domy zostały oświetlone na znak powszechnej radości, nawet na kilku przezroczach widzieć się dało podwójne M., to jest cyfra margrabiny.
— A z nią cóż się stało?
— Nie ujrzano jej więcej, bo wyjechała do Wenecji — odpowiedział Ulryk, pokazując list — tam było znów co innego.
— A w Wenecji, co ona zrobiła? cóż się tam stało?
— Przyznać trzeba — rzekł Ulryk — że to awantura, mającą związek z obyczajami starożytności pogańskiej i średnich wieków we Włoszech.
Nieszczęściem dla ciekawych słuchaczów Ulryka, rozległ się w tej chwili odgłos bębna, zwiastującego przybycie arcyksięcia Leopolda, każdy przeto dworzanin księcia wrócił na swoje stanowisko; każdy gotował się na przyjęcie Jego Cesarskiej Mości.
Pierwszy pojazd zatrzymał się przed pałacem; lokaje w paradnej czerwonej liberji otworzyli drzwiczki, spuścili stopnie, a Jego Cesarska Mość, Arcyksiążę Maksymiljan Leopold wstępował zwolna na stopnie przysionka, rozmawiając z pułkownikiem, przybocznym oficerem króla z obowiązku towarzyszącym księciu; o kilka kroków za, nim postępowali jego adjutanci, przybrani w błyszczące mundury cudzoziemskie; którzy również z pojazdów królewskich wysiedli przed pałacem.
W kwadrans po powrocie księcia de Elysée Bourbon, zajechały powozy: ministra francuskiego i ambasadora jednego, z wielkich państw północnych, które się kolejno zatrzymały przed przysionkiem, a mąż stanu i dyplomata weszli do pałacu.
W tejże prawie chwili przybył pan Paskal, którego nazwisko często będziemy wspominać.
Pan Paskal (tak się nazywał nasz bohater) zdawał się mieć około lat trzydziestu sześciu; był wzrostu średniego, o czarnych włosach, brodę nosił dość długą, a z pod czarnych jego brwi błyszczały małe, dowcipne i przenikliwe siwe oczy; w chodzie pochylał się lekko, nie skutkiem jakiejś wrodzonej wady, ale raczej skutkiem umyślnego zaniedbania; spuszczanie głowy, i trzymanie rąk w bocznych kieszeniach spodni nadawały to pochyłe zaokrąglenie jego szerokim plecom; rysy twarzy byłyby dość piękne, gdyby ich nie szpecił wyraz ironicznej złośliwości, z którym się łączyła owa nieubłagana pewność, właściwa ludziom próżnym i przekonanym o swej wszechwładzy. Czarna chustka nisko zawiązana na szyi, jak mówią d la Collin, długa kamizelka z wełnianej szkockiej materji, letni paltot jasnego koloru, kapelusz siwy, dosyć wytarty i szerokie nankinowe spodnie; taki był strój jego, wątpliwej czystości i w niezupełnej harmonji z nieznośnym upałem pory letniej, i zwykłem zaniedbaniem jego osoby.
Pan Paskal, przechodząc koło budki odźwiernego, usłyszał głos tego człowieka, który z krzesła swego wołał za nim:
— Hej! panie, dokąd to?
Bądź że go pan Paskal nie usłyszał, bądź też dlatego, że nie chciał mu odpowiedzieć, nie wyrzekłszy i słowa, szedł prosto ku przysionkowi.
Wtedy szwajcar, podniósłszy się z krzesła, pobiegł za niemym gościem i rzekł do niego z niecierpliwością:
— Jeszcze raz zapytuję pana, dokąd pan idzie? wszak należy mi się odpowiedź.
Pan Paskal, zatrzymawszy się, zmierzył pogardliwem spojrzeniem pytającego, wzruszył ramionami, i poszedł dalej ku przysionkowi, mówiąc:
— Ja idę... do arcyksięcia.
— Ależ panie! kupcy, których J. C. Mość potrzebuje, nie wchodzą wielkiemi schodami; oto, tam, na prawo, są drzwi dla dostarczycieli, osób zwyczajnych, tędy powinieneś wejść — zawołał szwajcar, biorąc dziwnie zaniepokojonego gościa za kupca.
Pan Paskal, skąpy w słowa, wzruszył znowu ramionami, i szedł dalej ku wielkim schodom, nie odpowiadając szwajcarowi.
Ten zaś, zniecierpliwiony tem uporczywem milczeniem, pochwycił za ramię pana Paskala i, podnosząc głos, zawołał:
— Raz jeszcze powiadam panu, że nie tędy masz wchodzić.
— Cóż to znaczy, błaźnie? — krzyknął pan Paskal z wyrazem gniewu i osłupienia, jakgdyby postępek szwajcara zdał mu się równie zuchwałym, jak niepojętym.
W tych słowach przebijała taka powaga i groźba, że biedny szwajcar przerażony wybąkał nieśmiało:
— Ale panie... ja... ja... nie wiem...
Wielkie drzwi przysionka otworzyły się wtedy gwałtownie, gdyż jeden z adjutantów księcia, zobaczywszy oknem utarczkę pomiędzy szwajcarem a nowoprzybyłym gościem, zbiegł śpiesznie na dół, a zbliżywszy się z uprzejmością do pana Paskala, rzekł do niego wyborną francuszczyzną, tonem grzecznym i serdecznym:
— Ah! panie, J. C. M. arcyksiążę będzie żałować, jestem pewien, tego nieporozumienia. Pozwól pan, abym mu przewodniczył, natychmiast pana wprowadzę. W tej chwili odebrałem rozkazy, dotyczące pana.
Pan Paskal skłonił głowę na znak przyzwolenia, i poszedł za adjutantem, zostawiając szwajcara osłupiałego i zmartwionego swoją niezręcznością.
Kiedy pan Paskal przybył w towarzystwie swego przewodnika do sali przedpokojowej, gdzie znajdowało się kilku innych adjutantów, młody oficer dodał:
— Na posłuchaniu J. C. M. będzie tego poranku mnóstwo osób, gdyż przegląd zajął księciu więcej czasu, aniżeli się spodziewał; otóż, zapobiegając temu, ażebyś pan zbyt długo nie czekał, kazał mi książę wprowadzić pana do przyległego pokoju, obok gabinetu, dokąd J. C. M. przybędzie zaraz po odbytej konferencji z panem ministrem spraw zagranicznych.
Pan Paskal uczynił znowu znak przyzwoleni, i poprzedzony przez adjutanta, przeszedł wąski i ciemny korytarzyk, prowadzący do salonu, którego okna wychodziły na wspaniały ogród Elysée.
Adjutant, zajęty ową nieszczęśliwą utarczką szwajcara z panem Paskalem, teraz dopiero spostrzegł jego zaniedbany ubiór.
Przyzwyczajony do surowego przestrzegania etykiety, młody dworzanin został nieprzyjemnie zdziwiony ubliżającym nieładem w stroju osoby, którą właśnie wprowadził. Wahał się jednak pomiędzy obawą narażenia się takiemu człowiekowi, jak pan Paskal, a chęcią zaprotestowania przeciw tak nieprzyzwoitemu zaniedbaniu, w którem widział pewien rodzaj obelgi dla godności książęcej, tem więcej, że książę był nieubłaganym dla ubliżających mu w tej mierze; jednak obawa narażenia sobie pana Paskala, połączona z tą słuszną uwagą, że już zapóźno byłoby się przebierać, wzięła górę nad owem drągiem uczuciem, i młody oficer, oddalając się, wyrzekł te tylko słowa:
— Jak tylko pan minister spraw zagranicznych wyjdzie z gabinetu, uprzedzę natychmiast J. C. M., że pan jest gotów ma jego usługi.
Te ostatnie wyrazy: że pan jest gotów na jego usługi, zdaje się, nieprzyjemnie zabrzmiały w uszach pana Paskala; bowiem sardoniczny półuśmiech skrzywił jego usta. Nic nie odpowiedziawszy, stanął przy oknie i wyglądał na ogród.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Spis treści dodany przez Wikiźródła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.