Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


VI.

Któż nie zna tego prześlicznego zwierzyńca, zasadzonego najpiękniejszemi w świecie drzewami, pośród trawników którego wije się rzeczka angielska; chodnik na tarasie, ocieniony stuletniemi wiązami, stanowi linję graniczną tego parku od drogi Marigny: podobnyż chodnik równoległy stanowi granicę przeciwnej strony, a niski mur oddziela go od sąsiednich ogrodów.
Ten ostatni chodnik, o którym mówimy, ciągnął się prawie aż do okna salonu, którem wyglądał pan Paskal; wkrótce kilka rzeczy wzbudziło jego uwagę.
Ów młodzieniec, któregośmy już poznali, a którego nieśmiałość dawała powód do rozmaitych domysłów, przechadzał się wolnym krokiem pod cieniem rozłożystych wiązów. Postać jego była kształtna i wysmukła; od czasu do czasu zatrzymywał się, spuszczał głowę, stawał nieporuszony, i znów się przechadzał; doszedłszy do końca ogrodowej ulicy, zbliżył się ukradkiem do granicznego muru. mającego nie więcej nad cztery stopy wysokości, oparł się na nim, i zdawał się przez chwilę być zatopiony w myślach, czy w jakiemś oczekiwaniu.
Młodzieniec ten, zwany hrabią Franciszkiem Neuberg, uchodził za chrzestnego syna arcyksięcia, który go tkliwie kochał. Według pogłosek dworskich, J. C. M. nie mając dzieci z małżeństwa swego z księżniczką Saxe-Teschen, dla ważnych przyczyn kocha jak ojciec Franciszka de Neuberg, który miał być owocem jego pierwszej i tajemnej miłości.
Franciszek miał zaledwie lat dwadzieścia w epoce, do której się odnosi to opowiadanie, a powierzchowność jego słusznie nazwaćby można typem melancholijnym północnej piękności: długie jasne włosy, rozdzielone na jego białem, dziewiczem czole, spadały po obu stronach twarzy, odznaczającej się doskonałą pięknością rysów; w dużych błękitnych oczach, w łagodnem i marzącem spojrzeniu odbijała się czystość jego duszy; puszczający się zaledwie puszek jedwabno-złocisty na brodzie i wierzchniej wardze, znaczył piętnem męskości to prześliczne oblicze.
W miarę zbliżania się do pałacu, Franciszek ściągał na siebie uwagę pana Paskala, który, uderzony rzadką doskonałością rysów jego twarzy, wpatrywał się w niego z podziwem. Zatrzymawszy się w niewielkiej odległości od okna, spotkał uporczywe i badawcze spojrzenie w oknie opartego widza; młodzieniec zarumienił się, spuścił oczy, i odwrócił się szybko, postępując śpiesznym krokiem aż ku środkowi ulicy; potem zaczął iść wolniej, ale dręczony myślą, że ktoś obcy uważa na każde jego poruszenie, zbliżył się nieśmiało do granicy sąsiedniego ogrodu; lecz nagle poskoczył żywo, zapominając o swoim kłopocie, na widok słomianego kapelusika, ukazującego się ponad murem ogrodowym, którego różowe jedwabne podszycie okalało prześliczną, piętnastoletnią twarzyczkę, o jakiej tylko zamarzyć można.
— Panno Antonino — rzekł z żywością Franciszek — uważają nas.
— Dziś wieczór — szepnął słodziutki głosik.
I słomiany kapelusik zniknął cudownie za murem, gdyż ta, która go nosiła, lekko zeskoczyła z ławki, stojącej pod murem.
Dla wynagrodzenia zapewne tak nagłego odwrotu, piękna róża upadła pod nogi Franciszka, który, podniósłszy ją natychmiast, z zapałem przycisnął do swych ust; poczem, ukrywszy kwiatek za kamizelką, młodzieniec zniknął w cieniu gęstych drzew ogrodu.
Pomimo szybkości, z jaką się ta scena odbyła, pomimo zniknięcia słomianego kapelusika, pan Paskal poznał zachwycające rysy młodej dziewczyny, i widział jak Franciszek namiętnie pocałował podniesioną z ziemi różę.
Twarz pana Paskala przybrała dziwnie ponury wyraz. Łatwo w niej wyczytać było można gwałtowny gniew, zazdrość, boleść i nienawiść; przez kilka chwil przerażający wyraz jego fizjognomji zdradzał w nim człowieka, który przyzwyczajony do łamania wszelkich przeszkód, zdolny jest dopuścić się czynów piekielnej złośliwości gdyby się cośkolwiek miało sprzeciwić jego żelaznej woli.
— Ona! Ona! tu w ogrodzie sąsiednim Elysée Bourbon — mówił do siebie z tłumioną wściekłością — co ona ma tu do czynienia? O! jakiż głupiec ze mnie! ona tu przychodzi w zalecanki do tego jasnowłosego młodzieniaszka... może nawet mieszka w przyległym domu! Miłosierny Boże! dowiedzieć się... i dowiedzieć się takim sposobem o jej mieszkaniu, po tych daremnych poszukiwaniach, odkąd mnie ten przeklęty, piętnastoletni buziaczek oczarował, jestem jak szalony... ja... ja, którym się uważał za dawno umarłego dla tych wszystkich szalonych urojeń, obok których jednak najgwałtowniejsze namiętności serca są lodem tylko, tak jest! otóż więc, spotka wszy ze trzy razy tę dziewczynę, czuję się zdolnym, jak za pięknych dni mego życia, wszystko poświęcić, aby tylko ją otrzymać, w tej chwili zwłaszcza, kiedy mnie zazdrość dręczy i pożera, bo chociaż to głupstwo, dzieciństwo, ale ja cierpię.
Pan Paskal, ciągle oparty o balustradę, nie mógł oderwać zagniewanego wzroku od owego miejsca, gdzie Franciszek przemówił kilka słów do młodej dziewczyny; zatopiony w ponurych dumaniach, nie słyszał jak drzwi salonu otworzyły się zwolna i jak wszedł niemi arcyksiążę.
Książę, będąc pewien, że spotka się oko w oko z osobą, która go miała oczekiwać, zawczasu ułożył sobie wyraz twarzy, zazwyczaj lodowato-dumny i przybrał postawę pełną uprzejmości; wszedł zatem do sali z uśmiechem na ustach.
Pan Paskal nawpół wychylony, za okno, i pogrążony w ponurych myślach, nie domyślając się obecności księcia, pozostał tyłem do niego odwrócony, opierając się na balustradzie okna.
Gdyby jaki fizjognomista był obecny tej milczącej scenie, mógłby zaiste ciekawe wyprowadzić wnioski o reakcji uczuć na oblicze ludzkie.
Na widok pana Paskala wychylonego oknem, i nieprzyzwoicie odzianego w letni paltot, książę zatrzymał się nagle, uśmiech znikł z jego ust, a wyprężywszy się jeszcze wynioślej niż zazwyczaj, wyprostował się sztywno, poczerwieniał ze złości, zmarszczył brwi, a z oczu jego strzelały błyskawice gniewnego oburzenia, poczem (tutaj to właśnie pole ciekawych badań dla fizjognomisty), poczem rozwaga nagle uspokoiła tę wewnętrzną burzę, oblicze księcia przybrało wyraz gorzkiego, bolesnego poddania się, skłonił głowę, jakgdyby się uginał pod brzmieniem fatalnej konieczności.
A stłumiwszy westchnienie oburzonej dumy, rzucając spojrzenie pełne niechęci i wzgardy na pana Paskala, zawsze jeszcze wychylonego za okno, książę, przybierając powtórnie swój uprzejmy uśmiech, postąpił do okna pokasłując, dla oznajmienia swej obecności, i uniknienia zarazem upokarzającej potrzeby dotknięcia ramienia osoby, której uwagę chciał na siebie zwrócić.
Na kilkakrotnie głośno powtórzone hum! hum! Jego Cesarskiej Mości, nasz jegomość obrócił się nagle; miejsce ponurego wyrazu, zajęło na twarzy jego dzikie i sardoniczne zadowolenie, na widok ofiary, na której się będzie mógł zemścić, wywierając na nią tłumione dotąd cierpienia i zagniewanie.
Pan Paskal przeto, postąpiwszy kilka kroków naprzeciw księcia, ukłonił mu się posuwisto, trzymając w jednej ręce kapelusz, drugiej zaś nie wyjmując z kieszeni.
— Przepraszam najmocniej W. C. M. — rzekł do niego — nie wiedziałem, że książę się tu znajduje...
— O tem nie wątpię, panie Paskal — odparł książę z wyrazem źle ukrytej dumy. Potem zaś dodał — chciej pan wejść ze mną do mego gabinetu, mam panu pokazać niektóre akty urzędowe.
Kiedy książę postępował ku drzwiom gabinetu, pan Paskal rzekł z udanym spokojem:
— Mości książę... czy wolno mi uczynić jedno pytanie?
— Mów pan — odpowiedział książę, zatrzymując się nieco zdziwiony.
— Mości książę, co to za młodzieniec, mający najwyżej dwadzieścia lat i długie jasne włosy, którego dopiero co widziałem przechadzającego się ulicą ogrodową, w bliskości pałacu? Oto tu, Mości książę.
— Zapewne pan chce mówić o hrabi Franciszku de Neuberg, moim synu chrzestnym?
— Ah! ten młodzieniec jest chrzestnym synem Waszej Cesarskiej Mości? jest czego powinszować istotnie, trudno znaleźć piękniejszego chłopca.
— Nieprawdaż? — odparł książę, któremu ta pochwała nawet w ustach takiego człowieka jak pan Paskal, nie była obojętna — ma prześliczną twarz.
— Przekonałem się o tem przed chwilą, przypatrując mu się uważnie.
— Ale hrabia Franciszek, oprócz piękności oblicza, ma jeszcze — dodał książę — inne zalety serca i rzadkiej odwagi.
— Niewymownie się cieszę, że W. C. M. ma syna chrzestnego, zalecającego się tylu przymiotami; czy on dawno znajduje się w Paryżu?
— Przybył tu ze mną.
— I zapewne wraz z księciem opuści Paryż, gdyż przykroby było W. C. M. rozłączać się z tak godnym kochania młodzieńcem.
— Istotnie, myślę zabrać ze sobą hrabiego Franciszka do Niemiec.
— Bardzo przepraszam W. C. M. za moją niegrzeczną ciekawość, ale syn chrzestny W. C. M. jest z liczby tych osób, które obudzą ją w każdym mimowolne zajęcie. A teraz gotów jestem służyć W. C. M.
— Więc chciej pan iść za mną.
Paskal kiwnął głową na znak przyzwolenia, a postępując w równej linji z arcyksięciem aż do drzwi jego gabinetu, tu zatrzymał się z gestem uszanowania, który był nowem ubliżeniem dla księcia, gdyż lekko skłoniwszy głowę, rzekł do księcia, jakgdyby tenże mógł się wahać pierwszy próg przestąpić:
— Proszę, ja po W. C. Mości.
Książę zrozumiał i strawił to zuchwalstwo, a wszedłszy najprzód do gabinetu, dał znak wejścia panu Paskal.
Ten, lubo nieobeznany z ceremonjałem dworskim, miał przecież tyle rozumu, tyle przenikliwości, że łatwo pojmował znaczenie słów i czynów swoich; czuł on swoje zuchwalstwo, podniecone jeszcze tłumionym gniewem, i obrachowywał sobie, jak go ma użyć za narzędzie swej zemsty, a między innemi rozpatrywał w myśli i tę kwestję, czyliby, mówiąc do Jego Cesarzewiczowskiej Mości, nie wygodniej było używać prostego tytułu: Pana, lecz wyrachował sobie, na zasadzie doskonale obliczonej impertynencji, że przy użyciu ceremonjalnego tytułu Książęcej Mości jego ubliżająca poufałość tem wydatniej się okaże. obok pozornej etykiety.
W dalszem opowiadaniu opiszemy obszerniej charakter pana Paskala, który zapewne wydawać będzie się czytelnikom naszym mniej ekscentrycznym. Powiemy tylko, że ten człowiek, urodzony w ubóstwie, w stanie zależnym, jako wyrobnik, przez dziesięć lat życia swego znosie musiał największe upokorzenia, ulegać najzuchwalszej władzy, cierpieć najobelżywszą wzgardę; tak więc nieubłaganą, zawzięta nienawiść i zemsta napełniły jego duszę; a kiedy nadeszła chwila, w której zkolei on ujrzał się potężnym, natenczas bez wstrętu, bez wyrzutów sumienia, zapragnął użyć rozkoszy odwetu, nie zważając, czy zemsta jego nie dosięgnie niewinnych ofiar.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.