Sfinks bez tajemnicy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Oscar Wilde
Tytuł Sfinks bez tajemnicy
Pochodzenie Nowele obce
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Warszawa
Tytuł orygin. The Sphinx Without a Secret
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

OSKAR WILDE

SFINKS BEZ TAJEMNICY

Pewnego popołudnia, siedząc w „Café de la Paix“ i przyglądając się wspaniałościom i lichocie paryskiego życia, rozmyślałem nad tym dziwnym kalejdoskopem próżności i nędzy ludzkiej, który przesuwał się przed mojemi oczyma. Nagle usłyszałem, że ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem lorda Murchisona. Nie widziałem go od szkolnych czasów, to znaczy jakieś dziesięć lat; ucieszyłem się więc bardzo jego widokiem, i serdecznie uściskaliśmy sobie ręce. W Oxfordzie byliśmy wielkimi przyjaciółmi. Lubiłem go ogromnie; był taki przystojny, inteligentny i miał silnie rozwinięte poczucie honoru. Koledzy i ja mawialiśmy o nim, że byłby najmilszym w świecie chłopcem, gdyby nie zawsze wszystkim mówił prawdę w oczy.
Jednakże, zdaje mi się, że podziwialiśmy jego szczerość. Dziś wydał mi się bardzo zmieniony. Miał wygląd człowieka stroskanego, zakłopotanego i jakgdyby wątpiącego o czemś. Przypuszczałem, że powodem tego wszystkiego musi być kobieta, więc spytałem, czy jest żonaty.
— Nie, zamało rozumiem kobiety — odpowiedział.
— Ależ, Geraldzie, — zawołałem — podług mnie, kobiety są stworzone na to, aby być kochane a nie rozumiane.
— Nie mogę kochać, gdy nie mogę wierzyć.
— Zdaje mi się, że masz jakąś tajemnicę w życiu, Geraldzie, opowiedz mi o tem.
— Przejdźmy się trochę; tu jest za dużo ludzi.
Po chwili siedzieliśmy w wynajętym powozie i jechaliśmy po bulwarze w stronę Madelaine’y.
— Dokąd chcesz jechać? — spytałem,
— Wszystko mi jedno, — odpowiedział, — Możemy pojechać do jakiejś restauracji w Lasku; zjemy tam obiad, i opowiesz mi trochę o sobie,
— Chciałbym najpierw o tobie słyszeć. Zaciekawia mnie twoja tajemnica.
Wyjął z kieszeni i podał mi safianowy, ze srebrnemi okuciami portfel. Otworzyłem go i wewnątrz zobaczyłem fotografję kobiety smukłej, drobnej, o dużych zamglonych oczach i rozpuszczonych włosach. Wyglądała jak jasnowidząca. Otulona była w kosztowne futro.
— Co myślisz o tej twarzy? — zapytał. — Czy jest to twarz wzbudzająca zaufanie?
Zacząłem się jej bacznie przyglądać. Robiła na mnie wrażenie twarzy kobiety, posiadającej tajemnicę. Ale czy tajemnica ta była natury złej — czy dobrej — nie umiałbym tego powiedzieć. Piękność jej była, jakgdyby zlepkiem wielu tajemnic. Była to właściwie piękność bardziej duchowa, niż fizyczna — a nikły uśmiech na wargach był zbyt subtelny, by mógł posiadać słodycz.
— A więc, — zawołał zniecierpliwiony — jakie jest twoje zdanie o niej?
— Jest to Giokonda w sobolach — odpowiedziałem. — Opowiedz mi o niej.
— Nie teraz, po obiedzie — i zaczął mówić o rzeczach obojętnych.
Gdy kelner przyniósł nam kawę i papierosy, przypomniałem Geraldowi jego obietnicę. Wstał, przeszedł się parę razy po pokoju i usiadłszy wreszcie w fotelu, opowiedział mi następującą historję.
— Pewnego dnia, o piątej po południu, spacerowałem po Bond Street. Natłok powozów był tak ogromny, że ruch na ulicy był prawie niemożliwy. Tuż przy trotuarze stał mały żółty powozik, który, już nie pamiętam z jakich powodów, zwrócił moją uwagę. Gdy go mijałem, ujrzałem w nim tę kobietę, której fotografję ci dziś pokazywałem. Widok jej oczarował mię. Myślałem wyłącznie o niej przez cały wieczór i cały następny dzień. Po całem mieście szukałem żółtego powoziku, ale nigdzie nie spotkałem mojej „belle inconnue“. Wkońcu zacząłem przypuszczać, że była tylko przywidzeniem. W jakiś tydzień potem byłem zaproszony na obiad do pani de Rastail. Obiad był naznaczony na godzinę ósmą; ale o wpół do dziewiątej jeszcze czekaliśmy na kogoś w salonie. Nareszcie służący otworzył drzwi i zameldował lady Alroy. Była to ta kobieta, której szukałem. Powolnym krokiem weszła do salonu. W sukni ze srebrnych koronek wyglądała jak promień księżyca. Ku mojej wielkiej radości, ja miałem ją prowadzić do stołu. Kiedyśmy zasiedli już do obiadu, rozpocząłem rozmowę:
— Zdaje mi się, lady Alroy, że widziałem panią niedawno na Bond Street.
Zbladła i rzekła przyciszonym głosem:
— Proszę, nie mów pan tak głośno, mogą nas usłyszeć.

Przykro mi było, że tak niefortunny zrobiłem początek i zwróciłem rozmowę na teatr i ostatnie sztuki francuskie. Mówiła bardzo mało, i ciągle tym samym cichym, melodyjnym głosem, jak gdyby obawiając się, że ją ktoś podsłuchuje. Zakochałem się jak warjat, bez pamięci. A atmosfera jakiejś nieokreślonej tajemniczości, która ją otaczała, podniecała moją ciekawość. Gdy, wcześnie po obiedzie, miała już odejść, spytałem, czy mogę ją odwiedzić. Wahała się przez chwilę, rozglądając się, czy nikt nie znajduje się w blizkości, wkońcu odpowiedziała:
— Proszę; jutro o kwadrans przed piątą.
Po jej odejściu prosiłem panią de Rastail, aby mi udzieliła trochę informacji o niej. Dowiedziałem się jednak tylko, że jest wdową i właścicielką pięknej willi na Park Lane, gdyż jakiś nudziarz rozpoczął swe uczone wywody na temat wdów wogóle. Więc pożegnałem się i poszedłem do domu.
Na drugi dzień byłem punktualnie o naznaczonej mi godzinie na Park Lane; ale kamerdyner oznajmił mi, że lady Alroy niedawno wyszła z domu. Zmartwiony i zdziwiony udałem się do klubu. Po długich rozmyślaniach napisałem do niej list, pytając, czy mogłaby mnie przyjąć jakiegoś innego dnia. Przez parę dni nie było żadnej odpowiedzi. Nareszcie otrzymałem krótki bilecik, zapraszający mnie na niedzielę na 4-tą godzinę. Na bileciku było także post scriptum: „Proszę, niech pan nigdy więcej nie pisze do mnie tutaj. Wytłumaczę to panu, gdy się zobaczymy“.
W niedzielę zostałem przyjęty. Lady Alroy była poprostu czarująca; ale gdy już odchodziłem, prosiła mnie, abym na przyszłość adresował listy do Mrs. Knox na Green Street. „Są pewne powody“, mówiła, dla których nie mogę otrzymywać listów w moim domu“.
Podczas całego sezonu widywałem ją bardzo często, ale atmosfera tajemniczości nie opuszczała jej nigdy. Czasami myślałem, że znajdowała się we władzy jakiegoś mężczyzny, ale wyglądała przytem tak niedostępnie, że nie mogłem w to uwierzyć. Trudno mi było wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, gdyż była podobną do kryształów, które pokazują nam w muzeach — czasami zupełnie przezroczyste, a czasami zamglone. Wkońcu postanowiłem oświadczyć się; byłem już zmęczony i zirytowany tą tajemniczością, którą otaczała moje wszystkie wizyty i moje rzadkie listy do niej. Napisałem więc do niej pod umówionym adresem, z zapytaniem, czy zechce mnie przyjąć w poniedziałek o szóstej. Zgodziła się. Byłem w siódmem niebie. Pomimo wszystkich tajemnic, kochałem tę kobietę do szaleństwa. I pocóż los odkrył przede mną te tajemnice?
— A więc dowiedziałeś się prawdy?
— Tak mi się zdaje; sam zresztą osądzisz. W poniedziałek jadłem śniadanie z moim wujem. Gdy rozstałem się z nim o czwartej, chciałem załatwić pewną sprawę na Picadilly. Chcąc skrócić sobie drogę, poszedłem bocznemi małemi uliczkami. Naraz, zobaczyłem przed sobą lady Alroy. Szła bardzo prędko i była zawoalowana. Doszedłszy do jakiegoś domu, zatrzymała się, i otworzywszy drzwi kluczem, który miała przy sobie, weszła do wnętrza. — Tutaj kryje się ta tajemnica — pomyślałem. Przyspieszyłem kroku i zacząłem badać ów dom. Wyglądał, jak te wszystkie domy, gdzie wynajmują pojedyńcze pokoje. Na progu leżała chusteczka, którą lady Alroy upuściła. Podniosłem ją i schowałem do kieszeni. Następnie zacząłem się zastanawiać, co mam dalej czynić. Doszedłem do wniosku, że nie mam prawa jej szpiegować, i wróciłem do klubu. O szóstej poszedłem do niej. Przyjęła mnie półleżąc na kanapie, ubrana w suknię z srebrzystej tkaniny, wyglądała prześlicznie.
— Cieszę się, że pana widzę — rzekła na powitanie. — Cały dzień nie wychodziłam.
Patrzałem na nią zdumiony. Wkońcu, wyciągnąwszy chusteczkę z kieszeni, rzekłem spokojnie:
— Pani zgubiła to dzisiaj popołudniu na ulicy Cummor.
Spojrzała na mnie z przerażeniem,
— Co pani tam robiła? — spytałem.
— Jakież pan ma prawo pytać mnie o to?
— Prawo człowieka, który panią kocha. Przyszedłem tu dzisiaj, by prosić panią o jej rękę.
Ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem.
— Musi mi pani wszystko powiedzieć.
Wstała, i patrząc mi prosto w oczy, rzekła:
— Lordzie Murchison, ja nie mam nic do powiedzenia.
— Poszłaś na jakieś spotkanie — krzyknąłem — oto twoja tajemnica!
Zbladła strasznie, ale zaprzeczyła.
— Nie byłam na żadnem spotkaniu.
— Czy nie możesz mi powiedzieć prawdy? — błagałem.
— Powiedziałam całą prawdę.
Oszalałem z rozpaczy; nie wiem dokładnie, co mówiłem, ale powiedziałem jej straszne rzeczy i uciekłem. Następnego dnia napisała do mnie. Odesłałem jej list nieodpieczętowany, i pojechałem z Coluillem do Norwegji. Gdy wróciłem, pierwsza rzecz, którą zobaczyłem w „Morning Post“, była wiadomość o śmierci lady Alroy. Zaziębiła się, dostała zapalenia płuc i po pięciodniowej chorobie umarła. Zamknąłem się w domu i nie chciałem widywać nikogo. Tak bardzo, tak szalenie ją kochałem! Mój Boże! jak ja tę kobietę kochałem!
Po pewnym czasie poszedłem na ulicę Cummor. Musiałem to zrobić, gdyż niepewność zabijała mnie. Zastukałem do drzwi. Jakaś, bardzo przyzwoicie wyglądająca kobieta otworzyła mi. Zapytałem, czy ma wolne pokoje.
— Zdaje mi się — odpowiedziała — że mogłabym panu odnająć salon. Ta pani, która dotychczas go odnajmowała, nie przychodzi tu już od trzech miesięcy i nie płaci czynszu, więc mogę go chyba panu oddać.
— Czy to ta pani? — spytałem, pokazując jej fotografję.
— Tak, to ta! — zawołała. — A kiedy ta pani wróci?
— Umarła — odpowiedziałem,
— Co za nieszczęście — zmartwiła się kobieta. — To była moja najlepsza lokatorka. Płaciła mi trzy gwineje tygodniowo za to tylko, że od czasu do czasu posiedziała w moim saloniku.
— Czy spotykała się tu z kim?
Ale kobieta zapewniała mnie, że nie. Przychodziła zawsze sama, i z nikim się nie widywała.
— A więc pocóż tu przychodziła?
— Poprostu siedziała w moim saloniku; czasami czytała, czasami kazała sobie podać herbatę — opowiadała kobieta.
Nie wiedziałem, co mam jej odpowiedzieć, więc wsunąłem jej złotą monetę do ręki i odszedłem.
— A teraz powiedz, co o tem wszystkiem myślisz. Czy ta kobieta mówiła prawdę?
— Myślę, że tak.
— Więc poco lady Alroy chodziła tam?
— Kochany Geraldzie, myślę, że lady Alroy była poprostu kobietą lubiącą tajemniczość. Wynajęła ten pokój jedynie dla przyjemności chodzenia tam z gęstą woalką na twarzy, wyobrażając sobie, że jest bohaterką romansu. Lubiła tajemniczość, ale sama była Sfinksem bez tajemnicy.
— Czy naprawdę tak myślisz?
— Jestem tego pewny.
Wyjął z kieszeni skórzany futerał, otworzył go i długo przyglądał się fotografji.
— Sam nie wiem... — rzekł wkońcu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Oscar Wilde.