Samolub

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Samolub
Data wydania 1908
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Samolub.



Nie było chyba na świecie większego samoluba od Olesia. A był to zdolny chłopczyk: uczył się doskonale, nauczyciele go chwalili, rodzice się cieszyli, rodzeństwo ze zdziwieniem oglądało jego dobre świadectwa, czyściutkie kajety, porządne książki.
Bo też na półce Olesia był wzorowy porządek, każda książka, każda zabawka na swojem miejscu, wszystko ułożone, świecące, jak nowe.
Ale nikt nie pamiętał, żeby Oleś kiedy pozwolił siostrze lub bratu pobawić się jaką zabawką, lub obejrzeć książeczkę. — To moje! — wołał zaraz — Nie rusz tego!
I każdy bał się dotknąć jego rzeczy, bo natychmiast rozpaczał, jakby mu włosy z głowy wyrywano.
Raz Ewcia była chora i chciała koniecznie obejrzeć jego książkę, w której były zwierzęta i ptaki. Nie śmiała prosić go sama, więc powiedziała to mamie do uszka.
Mama zbliżyła się do Olesia, który odrabiał arytmetyczne zadanie, i pocałowała go w czoło.
— Mój synku, widzisz, Ewcia taka słaba, takie brzydkie bierze lekarstwa, tak jej smutno dzień cały, pozwól jej obejrzeć książkę ze zwierzętami, którą dostałeś od wujaszka.
Oleś spuścił oczy i zaczerwienił się mocno. Mama uważnie patrzała na niego.
— Proszę cię o to, Olesiu, — rzekła łagodnie.
— Ona ją z pewnością splami — szepnął chłopczyk, nie podnosząc oczu i zbliżając się do półeczki.
— Sama jej rączki umyję — powiedziała mama — nic nie je przecież, czemżeby ci splamić mogła?
Oleś nic już nie powiedział i podał mamie dużą książkę, a widać było, że mu to sprawia wielką przykrość.
Mama obmyła gąbką rączki i buzię Ewci, położyła książkę na czyściutkiej kołderce i odeszła spokojnie. Oleś uczył się w drugim pokoju, ale uważać nie mógł, tak go niepokoiła ta pożyczka.
Tymczasem mały Zygmuś, który, bawiąc się w konie, dobrze widział, co się stało, co chwila zsiadał z kozła, wysuwał języczek, jakby mu to co pomogło, i na paluszkach zbliżał się do łóżka siostry, by popatrzeć na obrazki.
Ewcia wtedy kładła paluszek na ustach i przestraszonym, lecz śmiejącym wzrokiem patrzała na Zygmusia. Przecież oczami książki nie powala!
I tak cichutko było w dziecięcym pokoju, że Oleś słyszał brzęczenie przelatującej muchy. Ta cisza go zaniepokoiła: Zygmuś tam coś musi broić.
Podniósł się ostrożnie z krzesła i też cichutko, na palcach szedł do sypialni dzieci. Minął drzwi i wysunąwszy głowę naprzód, ujrzał Zygmusia, stojącego przy łóżeczku Ewci, pochylonego z nią razem nad książką.
— Aha! — krzyknął ze złością i jak wilk skoczył ku dzieciom.
Ewcia i Zygmuś drgnęli, a ten ostatni z przestrachu kichnął głośno.
Oleś krzyknął po raz drugi, porwał książkę, nie zważając, że Ewcia trzyma jedną kartkę w ręku, i szarpnął ją z całej siły.
Kawałek kartki został w ręku Ewci, kichnięcie Zygmusia trochę spryskało obrazek, lecz z tego nie byłoby śladów.
Wszystkie dzieci płakać i krzyczeć zaczęły: Ewcia aż się zanosiła z żalu, zapewniając mamę, że nic nie jest winna, Zygmuś szlochał i powtarzał, że nicby się nie stało, gdyby Oleś nie wpadł na nich niespodzianie, — a Oleś ryczał poprostu z rozpaczy i złości.
— Moja książka! moja droga książka! — wołał. — Podarli mi ci niegodziwcy! Podarli, poplamili taką drogą książkę!... A nie chciałem dać, nie chciałem! Nigdy, nigdy nic swego nie dam tym rozbójnikom, tym rabusiom! Nigdy nie dam! Słyszycie? Niech mnie mama nie prosi, bo nie dam. To moje. Wolę spalić, niż im dać. Moja książka! moja książka!
Mama chciała mu perswadować, chciała obejrzeć szkodę, zobaczyć, jak ją naprawić, ale Oleś zbliżyć się nie dał. Rzucił się cały na książkę i krzyczał:
— Nie dam! nie dam! Nie dam się dotknąć nikomu na świecie!
— To też jej nie dotknę więcej — powiedziała mama — ani żadnej twojej rzeczy. Jesteś brzydkim samolubem! Milsza ci książka, niż zdrowie rodzeństwa. Wstyd mi, żeś moim synem!
Odtąd rodzeństwo nigdy o nic go nie prosiło, a on myślał tylko o tem, żeby dostać od ojca szafkę na klucz zamykaną, gdzieby mógł wszystko schować przed ciekawemi oczami.
Wkrótce Zygmuś i Ewcia, kochając się bardzo, przestali na niego prawie zważać, trzymali się z daleka od jego półeczki, nie siadali nigdy przy jego stoliku, a jeśli bawił się z nimi, to prawie jak obcy, bo tylko ich zabawkami, swoich nigdy nie dotykając.
Ale jeśli zobaczył coś u Zygmusia lub Ewci, co mu się bardzo podobało, to zaraz proponował zamianę.
— Daj mi ten obrazek — mówił — ty go i tak zniszczysz prędko, ja ci dam za to co innego.
I wybierał stare rzeczy, które go już nie bawiły, albo zepsute, nic nie warte i wychwalał je przed rodzeństwem, żeby się zgodzili na zamianę.
Oleś chodził do szkoły, lecz koledzy nie lubili go także. Zaco go mieli lubić, kiedy nikomu nigdy nic dobrego nie zrobił? Oleś mówił sobie, że o to nie dba wcale, ale przykro mu było. Do zabawy go nie zapraszali, u żadnego nie bywał, sekretów mu nie powierzali, nic nie żądali od niego, lecz niczem się też nie dzielili. Był tam wprawdzie drugi chłopczyk, taki sam jak on samolub, z tym mógł się bawić i rozmawiać, ale to mu nie sprawiało przyjemności.
— Hej, koledzy! składka na biednego Władka, co nam pierniki nosił — wołał raz wysoki Kostek. — Nogę złamał, był w szpitalu, nie ma za co kupić nowego towaru.
Posypały się dziesiątki, nawet złotówek parę. Kostek z czapką obchodził wkoło, potrząsając nią co chwila. Gdy stanął przed Olesiem, ruszył ramionami.
— Ty nie dawaj — rzekł głośno — jeszczeby się biedak udławił twoim groszem.
I posunął się dalej.
Oleś zaczerwieniony sięgnął do portmonetki.
— Patrzcie, patrzcie, koledzy — wołali chłopcy — Oleś ma dziurawe ćwierć grosza, które mu brudzi portmonetkę, więc chce należeć do składki.
— Nie bierz, Kostek, nie bierz! — krzyknęli inni, — będzie potem chciał kupować za pół ceny pierniki.
Cała klasa wybuchnęła śmiechem.
— Moi kochani — rzekł Oleś prawie ze łzami w oczach — przecież nikogo nie skrzywdziłem.
— To prawda — powiedział Kostek — bądźmy sprawiedliwi: Oleś jest samolub, ale porządny chłopiec.
— O, tak, porządny, codzień się czesze, myje i obciera z kurzu swoje książki. Co nam z tego porządku? Co komu po nim na świecie? Niech się od razu wypcha porządną słomą i umieści w porządnej szafie na wystawie, żeby cały świat widział, jak to porządnie wygląda samolub. Brr! nie chcę być takim! Strzeż się, Kostek, bo cię zarazi, już go zaczynasz bronić.
Kostek odsunął się pomimowolnie, wszyscy koledzy wybuchnęli śmiechem, Oleś tylko siedział blady, zawstydzony, nie wiedząc, co z sobą zrobić.
Po powrocie do domu usiadł smutny w kącie i nic nie mówił. Mama myślała, że nie umiał lekcji, więc go o to spytała, lecz odpowiedział, że umiał lekcje bardzo dobrze.
Wieczorem ojciec popatrzał mu w oczy i zapytał, czy nie ma nic do powiedzenia. Wtedy Oleś wybuchnął płaczem i opowiedział wszystko. Koledzy nie przyjęli od niego kilku groszy dla biedaka, brzydzą się nim, wyśmiewają z niego; przecież on nikomu nic złego nie zrobił?
Ojciec wysłuchał go z wielką powagą, a potem mówił długo, bardzo długo, tłumacząc synowi, że niedosyć jest nikomu nie zrobić nic złego, lecz każdy powinien się starać zrobić jak najwięcej dobrego. Kto kocha tylko siebie i tylko o sobie myśli, tego nikt więcej nie kocha, i ludzie nim pogardzają, bo jest niepotrzebny na świecie.
Dużo jeszcze bardzo mądrych rzeczy mówił ojciec.
— Popraw się, Olesiu, rzekł nakoniec, młody jesteś i masz czas zmienić się zupełnie; poznałeś, co jest złem w tobie, więc staraj się wyleczyć z tej wady, a zobaczysz, jaki będziesz szczęśliwy.
Oleś nie mógł spać tej nocy, ciągle myślał o tem, co mu ojciec mówił, ciągle słyszał głosy kolegów, odrzucających jego grosz jałmużny.
Dotąd choć się rodzice gniewali na niego, że jest nieużyty dla rodzeństwa, wyobrażał sobie zawsze, że to on ma słuszność, bo nic przecież złego Ewci ani Zygmusiowi nie robił. Bronił swego, gdyż oni byli nieporządni, a rodzice dlatego ujmowali się za niemi, ponieważ ich kochali pomimo tej wady. Teraz po raz pierwszy w życiu przekonał się i uwierzył, że to niedosyć nic złego nie robić, że to przykro nie być kochanym, a na życzliwość ludzką koniecznie zasłużyć trzeba.
Dotąd nie wyobrażał sobie, jak to przykro być przez wszystkich odtrąconym i nie mieć przyjaciela; w domu wiedział, że go kochają, chociaż nie jest dobrym; martwią się jego samolubstwem, ale przebaczają mu wszystko, — lecz inni ludzie, koledzy... Inni kochają tych tylko, którzy zasługują na to. On nie zasłużył na ich przyjaźń, on jest gorszy od wszystkich... Ale on nie chce być gorszym!
Wstał bardzo rano i wyszedł bez śniadania. Dowiedział się od stróża w szkole, gdzie mieszka Władek, co nosił pierniki, i poszedł do jego mieszkania.
Była to ciasna izba, podobna do piwnicy, z okienkiem w górze. Władek o kuli jeszcze, bardzo blady, próbował, czy uniesie koszyk z piernikami; matka jego z dzieckiem na ręku uspakajała starszą dziewczynkę, która stłukła glinianą gwizdawkę i płakała głośno.
— Cicho, Basiu, cicho — mówiła — wrócił Władek, kupi ci cacko, będziemy jedli dziś obiad, patrz, co ma pierników, panowie wszystko kupią.
— Będziemy jedli obiad? — zapytała, dziewczynka. — Gotowany?
— Gotowany. Widzisz drzewo i kartofle.
Dziecko uspokoiło się zupełnie.
— To niech mama prędko gotuje.
— A jakże, zaraz, tylko zabaw Józię.
Nikt nie widział Olesia, który, stojąc w progu, wysłuchał tej rozmowy, a teraz cofnął się nieznacznie, potem pobiegł do domu i wkrótce powrócił, niosąc flecik drewniany i małego konika.
Były to jego własne zabawki, które zachował niezniszczone.
— Niech pani to przyjmie ode mnie dla dzieci — rzekł grzecznie — a to, dodał, czerwieniąc się mocno i kładąc rubla na stole, to jest z mojej skarbonki na mięso dla Władka, żeby prędzej odzyskał siły. Przyjdę do niego w niedzielę z kościoła.
I wybiegł, nie czekając na podziękowanie.
Wieczorem rzekł do Zygmusia:
— Może chciałbyś obejrzeć moje nowe obrazki, co mi dziadziuś przywiózł z Krakowa?
Zygmuś i Ewcia spojrzeli na brata, nie wierząc własnym uszom.
— Dałbyś? — spytała Ewcia.
— Jeśli umyjecie ręce...
— Ach, Olesiu, jakiś ty dobry! Olesiu drogi! Olesiu kochany!
I ściskali go i całowali z całej duszy. Potem umyli ręce i oglądali obrazki z taką radością, aż im się oczy świeciły, a buzie zarumieniły jak jabłuszka.
Ale najszczęśliwszy był Oleś: serce biło mu jak młotem, co chwila łzy miał w oczach. Czuł, że mu tak lekko, wesoło na duszy, jak nigdy jeszcze nie było.
— Może się chcesz zamienić na moją nową portmonetkę — rzekł Zygmuś, pragnąc odwdzięczyć się bratu za doznaną przyjemność.
— Nie, Zygmusiu, pomożesz mi tylko zrobić w niedzielę porządek na półce.
Nowy wybuch radości był całą odpowiedzią dzieci, dla których od tego wieczora Oleś stał się najlepszym bratem. A jak go też pokochały! Jaki był szczęśliwy, widząc, że bez niego nie umieją się dobrze bawić, że go się o wszystko radzą, we wszystkiem go słuchają, że go uważają za najmądrzejszego i najlepszego zarazem.
Do Władka w niedzielę poszedł, wypytywał go, jakim sposobem złamał nogę, co myśli dalej robić, bo właśnie umarł mu ojciec, a matka z dwojgiem dzieci chodzić do roboty nie mogła.
Władek mówił, że znalazłby zajęcie, ale nie umie czytać; wtedy Oleś postanowił sam go uczyć i pracował z nim każdego wieczora.
Władek był chętny i zdolny, wszystko pojmował prędko, wkrótce też czytał gładko i został przyjęty do sklepu, w którym wuj jego bardzo już dawno pracował.
Koledzy Olesia, widząc w nim taką zmianę, zmienili się także dla niego zupełnie: bawili się z nim chętnie i okazywali mu wszyscy, że go kochają i szanują.
Wszystkim też było dobrze, ale najlepiej Olesiowi, i nieraz myślał sobie:
Samolub to najnieszczęśliwszy człowiek, bo on nawet nie wie, jak to miło być kochanym, jakie to szczęście zrobić komu dobrze.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.