Sława (Korczak)/Rozdział ośmnasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Sława
Wydawca T-wo Wydawnicze w Warszawie
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ OŚMNASTY.

— Prawda, że chcesz być sławny? — zapytał Olek.
— Chcę — odpowiedział Władek bez wahania.
— Czy także sławnym wodzem?
— Chyba nie — mówi Władek.
— W ważnych sprawach niema „chyba“ — oburzył się Olek.
Władek powiedziałby Olkowi — tylko żeby się nie śmiał. Władek chce być sławnym doktorem. Od czasu jak Pchełka i Wicuś umarli, często myśli o tem, choć wie, że to niemożliwe.
Czemu niemożliwe? Czy Władek nie czytał życiorysów znakomitych samouków i męczenników wiedzy? Wszystko można, tylko trzeba naprawdę chcieć i wiedzieć, jak wziąć się do rzeczy. Żeby zostać doktorem, trzeba tylko szkołę skończyć. Wodzem być trudniej: wódz musi mieć armję dopiero.
— Jakże ja skończę szkołę, do której wcale nie chodzę? — szepnął Władek z goryczą.
— Będziesz chodził, zobaczysz. I ja będę chodził, bo wódz musi też dużo umieć.
Olek wynalazł w Warszawie szkołę niedzielną, to znaczy, że można cały tydzień pracować i tylko raz w niedzielę idzie się do szkoły. Wpis nic nie kosztuje, tylko zapisać musi właściciel dużego sklepu, bo taka jest formalność.
— Ja wszystko robię strategicznie — powiada Olek. — Szkoła — to forteca, którą chcę wziąć szturmem. Poznałem teren i przeszkody. Jutro pierwszy atak.
Nazajutrz podczas obiadu spotkali się przed wielkim sklepem, gdzie właściciel miał ich zapisać.
— Jesteś? Dobrze. Teraz głowa do góry, pierś naprzód, przeżegnaj się — i marsz, a śmiało!
Władek za żadne skarby nie byłby sam wszedł.
— Mamy nie cierpiący zwłoki interes do pryncypała — powiedział głośno Olek, wszedłszy do sklepu.
— Nie cierpiący zwłoki? — zdziwił się subjekt i wyszedł do drugiego pokoju.
Po chwili wprowadzono ich do gabinetu, gdzie siedzieli dwaj panowie: młody i stary, siwy.
— Czego chcecie, chłopcy? — zapytał ten młody.
— Chcemy, żeby pan nas zapisał do szkoły niedzielnej.
— A wy skąd jesteście?
— Ja pracuję w składzie papieru, a mój przyjaciel w mydlarni — mówi Olek.
— Więc dlaczego przyszliście do mnie?
— Bo pan należy do „Zgromadzenia kupców“.
— No tak, ale ja mogę tylko swoich chłopców zapisać.
— Myśleliśmy, że pan nie odmówi, bo to przecież tylko formalność — śmiało odrzekł Olek.
Siwy pan włożył okulary i nagle zapytał powoli:
— A co to znaczy formalność?
— Formalność — odpowiedział Olek — to jest takie głupstwo, które trzeba zrobić, żeby chodzić do szkoły, żebym ja mógł zostać wodzem, a mój przyjaciel doktorem.
Władek byłby się schował pod ziemię ze wstydu. Jak można obcemu tak wszystko zaraz mówić?
— Dobrze, ja was zapiszę — powiedział siwy pan. — Wstąpcie jutro do mnie.
Olek wyjął notes, pan podyktował swoje nazwisko i adres, i Olek może trochę za głośno powiedział, wychodząc:
— Moje uszanowanie!
Kiedy wyszli, Olek odsapnął głęboko:
— Pierwszy atak zwycięski, jutro druga potyczka!
— Ale ja z tobą nie pójdę — zastrzegł się Władek.
— Obejdzie się bez łaski. Jutro sam sobie poradzę. Powiem staremu, że jesteś nieśmiały.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.