Rzeczywistość (Norwid)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
I. RZECZYWISTOŚĆ.




Szekspira dramat, który ma takie nazwanie:
Śmierć Juliusza Cezara» czytano wieczorem,
I jakkolwiek znał każdy z wchodzących w zebranie
Te arcydzieło — jednak, ciszono się chórem,
Jakby drżąc, albo razem znów słuchać nie chciano:
I niby arfą byli przez Mistrza ograną. —
Działo się to pod wieczór ciepły — otworzone
Na balkon okna, w salę brały laurów wonie;
Od góry zaś, niepewną gwiazd białych koronę
Tej konstellacyi, która upadłszy po stronie
Drogi mlecznej, zowie się tarczą króla Jana
Sobieskiego.

— czytano scenę — co jest znana —
Scenę nocną, w samotnym Brutusa namiocie,
Kiedy miał szpadą sarkazm wypisać o cnocie —
Jeźli więc mówię: byli do arfy podobni —
To już z Szekspira biorę, który chłopca woła,
Żeby grał Brutusowi w tejże właśnie scenie
Potem, ażeby zasnął i przyszło widzenie. —
A przyszło, skoro pamięć czuć się już nie zdoła

Przepadłszy pierwej struna za struną — pod palcem
Chłopca, którego zdejma sen. Takim to malcem
Jakoby paziem, Szekspir porobił przybory
Do wrażeń — umilkł potem — i wchodzą upiory. —
— Choć pewno pisarz o tym nie myślał fortelu,
Tylko tworzył! — logika tworzenia nie nasza
I dla tego tak dziwnie misterna, jak wielu
Żadną się być wydaje. Tworzył, jako czasza
Do wrębów pełna, błękit powtarza wysoki
I uchyla płyn z siebie, dopiero, gdy w czarę
Łzy upadną, na płynem odbite, obłoki,
Łzy, co nie mierzyć zwykły, lecz przepełniać miarę.
— Archimedes, tak znalazł koronny rachunek
Wcale, nie po to idąc do łaźni publicznej —
Twórczość albowiem jest to pewnik i trafunek
Przypadkowy na zewnątrz, wewnętrznie logiczny.
Z sumienia, nań gdy pojrzysz, wyda ci się ona
Złożoną z długich zasług, aż jest dopełniona
Niby, koroną pracy będąc sprawiedliwą;
Z zewnątrz zaś Twórczość, owszem będzie ci się zdawać
Darem hojności niebios, i tą linią krzywą,
Bez której prostym życia musi nie dostawać.
— Linią, co w Geometryi buntem jest — lecz ona
Czyni, że Geometrja jest zużyteczniona,
Bo inaczej bez liter byłaby wskazówką
Niezaprzeczenie pewną w sobie łomigłówką!

Czytano więc jak twórczą rzecz, zaś, jako znaną
Przerywano w czytaniu i czytać wracano —
Aż wreszcie, od Cezara przyszła Republika
I polityka czasów, które się dotyka
Z tym grzmotem słów, na razie bolesnych i mętnych,
Które historja mija a realność myli:
Sądem, poważnych; sercem, ludzi niepamiętnych —
Czyniąc zjednanych co rok z tem, z czem się waśnili.

«Oh! Doświadczenie —» Wiesław mówił «doświadczenie
Czemże ty dla nas jesteś? — przyjrzyjmy się proszę

Wszak nie będąc starcami, gdy cofniem wspomnienie
Po za nas: pobojowisk sto, cztery rokosze
I cała młodość nasza przeszła na czytaniu
Telegraficznych depesz o rożnem powstaniu —
I mawia się wśród sinej krwi jak wśród bławatków:
Od ostatnich do tylko co zaszłych wypadków —
A nim wyrzekłeś onę Chrześciańską datę,
Już się zmieniła! — Czasy w wypadki bogate —
— Bogdajby w myśli, cnoty i dopięcia planów!
— O! nie patrz na uśpione w kolebce dzieciny
Ani rad igrzyskami chłopiąt się zastanów
Ani bądź ojcem, ani licz się między syny,
Ani piastunem będąc, drobne baw pachole —
Bo samolubem konasz zostawując — bole!
I nic więcej—»

— to rzekłszy, ręką szukał serca
Spokojny, jako chirurg, blady jak morderca
Gdyż wiedział że mu na to odrzekną: «bądź bogiem!»
I naprzód czuł że prawdy te są monologiem.
— Chryzogon to słyszawszy pocznie w inne słowa:
«Ludzkość wymaga ofiar — ludzkość jest zbiorowa,
Gdy jednostkowy człowiek kona, albo chory
Ona idzie — silna to jest dziewka i zdrowa —
Ten, owy, grób przeskoczy — odepchnie doktory
I dalej rusza — to jest realności prawo:
Bogiem bądź! lub nie przychodź tu z twarzą bladawą,
Jak nów katakumbowy — bo Ludzkość urosła —»
«— Przyznaję» na to Wiesław «że krzepka to pani,
Lubo nie mogę mniemać że czuła i wzniosła,
Ani zwałbym postępem, co wstecz się pogani —
Rzeczywistości nawet wręcz odmawiam zwania
Energii, która tylko to wie, że ugania!» —

— Jako? — cóż to jest? — nagle razem zawołano
Tak rychło więc do tego doszliście już — aby
O realności samej poróżnić się miano? —
Jeżeli tak — to koniec. Wpierw rozmowa szłaby,

Ale, jeżeli nawet w tem się już różnicie
Że ów nazywa śmiercią, co tamtemu życie —
To za wiele — czytajmyż już lepiej Szekspira

Czytajmy! — i ucichli —

— Okno ktoś otwiera,
Które był lekko przywiał Wiesław — ktoś nadchodzi
Płaszczem okryty —

— ha! ha! straszyć nas przychodzi —
Zgadnijcie kto? — to mówiąc milcząca postura
Wstrzymywaną jest aby nie zdięła kaptura
Aksamitnego — —

— «Bądźcie spokojni panowie
Zawoła gość» nie zgadnie żaden! powiem ja sam,
«Kaptur zaś ile zechcę zatrzymam na głowie
I długo was nie znudzę — idę — nie popasam —»
A słowa te powoli mówiąc siadł przy stole
Ręką podparłszy głowę, gdy kaptur na czole
Wywinięty, obrzucał lica jego cieniem;
Łokciem zaś parł Szekspira tom ów otworzony.

Milczano z pół-uśmiechem — «Ja, jestem zwątpieniem
«Rzeczywistości» — mówił ow gość nieproszony:
«Jakoż, gdyby naprzykład cień królewicowi
Ojcowski się pokazał; i rzekł jak w Szekspirze
— Dwór ten cały i orszak cały, równe snowi
I wszystek blask ów co się po zbroicach liże
Jak wąż — i te chorągwie i to co stanowi
Całą realność, wszystko to równe jest snowi.
I żeby mówię skreślił rzecz każdą prawdziwie
Jak ona jest — i żeby widział więc królewic
Jak jest — to — najprzód byłby warjatem u dziewic,
Potem u wszech-pochlebców, potem u dworaków
Potem u czaszek pustych — potem — i u ptaków
Smętarnych — i rzucano-by kościami za nim

Wołając ideolog! — realność popsowa
Bo warjat jest — — i taka tragedja grobowa
Grałaby się, a grała kosztem arcy tanim —
Tańszym, niż ten Szekspira dzisiaj tom —

— — tu, z cicha
Zaśmiał się, potem ręką sięgnął do balkonu
I urwał kwiat — i głowę skłonił do kielicha,
Jak ten co czystą lubi woń, lub śni i wzdycha.

Tu — rzekł Chryzogon: «lampa gaśnie nam panowie!
Światła!» — wraz świecznik, który na brązowej głowie
Sfinksa oparty, gorzał, zniknął — zadzwoniono:
I po przestanku równie cichym jak niedługim
Sługa wbiegł ze świecznikiem takim samym drugim,
Głowę mającym sfinksa — głowę pozłoconą. —

Pisałem 1847 r.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cyprian Kamil Norwid.