Rozbójnik Dyzma

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Rozbójnik Dyzma
Pochodzenie Łzy Chrystusowe
Data wydania 1928
Wydawnictwo Spółka Pedagogiczna T. A.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Rozbójnik Dyzma


Noc była ciemna i burzliwa. Na czarnym stropie niebios nie widniała ni jedna gwiazdka, jeno przewłóczyły się obłoki ponure, brzemieniem swem grożące ziemi. Mrok panujący wszędy, zgęszczały jeszcze strugi rzęsistego deszczu, spływającego nawałą na przerażony bór – ulewa szemrała wśród konarów, następnie zaś z pluskiem upadała na ziemię rozpryskując się i tworząc grząskie kałuże. Jękliwy zgiełk jej pomnażała w dwójnasób tłuszcza wichrów, targających gałęzie drzew i rozmiatających sterty uwiędłego łoniej liścia; gdzieniegdzie pod ich naporem kruszyły się pnie nadpróchniałe, waląc się z łomotem na ziemię.
Zaprawdę była to niedogodna noc do podróży. Pątnik, któryby się w drogę wybrał, niechybnie lękać się musiał okropności burzy, a mimo śmiałości nie zdołałby przebrnąć kniei, gdzie droga, po większej części zalana wodą lub zawalona łomem, trudna była do odszukania w nieprzeniknionej ciemności. Za jedyny drogowskaz służyć bowiem mogły chyba jaskrawe błyskawice, przeszywające od czasu do czasu tę gęstwę, by w okamgnieniu w jeszcze czarniejszej świat pogrążyć pomroce.
Jacyż to śmiałkowie nie trwożą się rozdzierać tę zasłonę nocy, jaką Bóg okrył świat cały? Czy to wojownicy, co po tysiąckroć stając oko w oko w zapasy ze śmiercią, nie znają, co strach i trwoga? Czy może kupcy, których dziś jakieś naglące sprawy pieniężne przymusiły nawet życie własne narażać dla pozyskania upragnionego zarobku? Czy też olbrzymy, puszcz tych odwiecznych mieszkańce, ze snu ocknięci, zuchwałą swą postawą odegnać usiłują napastnika – ogromnego upiora wichury?
Nie!... Przypatrzmy się im, bo oto ognista strzała gromu, zarysowawszy ścianę mroczni, rozjaśniła smugę prześwietli leśnej, po której posuwają się podróżni. Troje ich było: starzec zgrzybiały za uzdzienicę wiódł osiołka, na grzbiecie zaś tego wierzchowca siedziała młoda kobieta, tuląca do piersi nieletnie pacholę – uśpione.
Szczęśliwy wieku młodzieńczy! Tylko ty posiadasz ów skarb nieoceniony i nieprzepłacony – sen cichy, niezakłócony, spokojny! Nad tobą zawisło tyle niebezpieczeństw, ale ty nie zdajesz sobie sprawy nawet z tego. Śnisz i uśmiechasz się przez sen...
O ile jednak dziecię nie przejmowało się tem, co je otaczało, inne były wszelakoż myśli starca. Ten uświadamiał sobie całą grozę położenia i na twarzy jego przebijał się niepokój.
– Marjo! – rzekł nakoniec. – Nie masz-li i ty tego przekonania, żeśmy pobłądzili? Albowiem napróżno szukam drogi naszej, i dopatrzeć się jej nie mogę. Uchowaj Boże, byśmy odnaleźć jej nie mieli. Czeka nas wtedy nowa udręka, kto wie... nawet może zguba. Boję się nie tyle o nas, ile o dziecię nasze, aby snać nie spotkała go przygoda. Ono takie wątłe, zasię noc dżdżysta i chłodna, a podróż utrudziła je niewątpliwie.
– Nie, Józefie! – odparła młodociana kobieta – obaw twoich nie podzielam. Żebyś wiedział, jak spokojnie śpi syn mój, jakby zgoła nie słyszał ryku zawiei i plusku wody. Na piersi złożył mi główkę... musi mieć sny błogie. Zaiste nie grozi nam niebezpieczeństwo, skoro on tak spokojny... Aż się lękam go budzić.... A możeby i zbudzić? Onby pewno wskazał nam drogę w odludnem pustkowiu.
Lecz starzec, wytężywszy wzrok, zawołał radośnie:
– Nie, nie budź! Zdaje się, że spostrzegam światło... Pośpieszmy!... Tam się przytulim.
Osiołek, acz utrudzon całonocnym pochodem, podwoił teraz krok, czując blizkość siedliska ludzkiego. Światło powiększało się w miarę, jak podchodzili ku niemu; wkrótce zatrzymano się przed kurną lepianką, z krąglaków stawianą. Józef zakołatał do wrótni.
Na odgłos stukania wybiegła z izby kobieta wieku średniego, oświecona odblaskiem ogniska. Obaczywszy przybyszów, zapytała:
– Ktoście zacz i czego wam potrzeba?
– Jesteśmy podróżni... zbłądziliśmy w kniei i szukamy tu przytułku przed nocą i słotą.
– Niedobre miejsce wybieracie na nocleg – odrzekła z dziwnem brzmieniem w głosie kobieta – ale wejdźcie do wnętrza i odetchnijcie po uciążliwym pochodzie.
To mówiąc, wprowadziła nowoprzybyłych do izby, szczupłej i zadymionej, lecz zastawionej suto na posadzce i stołach sprzętami częstokroć nader cennemi, ściany zaś poobwieszane były bronią.
Przybyszów przeszło na wstępie lekkie mrowie, rychło jednak ochłonęli z pierwszego wrażenia – i już bez trwogi, a raczej z ciekawością poczęli przyglądać się onej szczególnej zastawie, Wśród tego Marja, ułożywszy śpiące Dzieciątko na ławie, osłoniła je rąbkiem szaty swej, aby go nie raziła jaskrawość ognia. Potem zasię, grzejąc się przy płomieniu, wiedli z sobą cichą pogawędkę, podczas gdy gospodyni krzątała się koło wieczerzy; od czasu do czasu poruszała nogą kołyskę, w której spało małe niemowlę. Wzrok jej wyrażał żal i niepokój.
Naraz, gdy dłuższy czas nikt nie zwracał uwagi na kołyskę, ozwał się z niej płacz niemowlęcy, dźwięczący skargą i niejako bolesnym wyrzutem, niby przyzywając matkę, która była wyszła za dźwierze. Kwilenie to stawało się coraz żałośliwsze i przejmujące do szpiku kości. Nie mogąc widocznie bez współczucia słuchać tego narzekania, rzuciła się ku kołysce Marja, by utulić dziecię obcej kobiety. W tejże jednak chwili weszła do izby matka niemowlęcia i zagrodziła jej drogę.
– Nie bierz go na ręce! – zawołała – syn mój trędowaty!...

Zaskoczona słowy temi, Marja stanęła w osłupieniu. Krzyk kobiety zbudził jednak i syna Marji – i ten wyciągnął ręce ku matce. Wzięła go na ramiona i przytuliła dobrotliwie do piersi. On wszakże począł się wyrywać z jej objęć ku kołysce swego płaczącego rówieśnika. Pomimo wzbraniania się gospodyni, Marja przyniosła dziecię swe do kolebki trędowatego dziecięcia.

Maria przyniosła dziecię swe do kolebki trędowatego dziecięcia
– Wiem-ci ja, co boleść matczyna, – mówiła – sama chronić muszę dziecię swoje przed srogością burzy i sroższą od niej złością ludzką. Patrz, Jezu – (zwróciła się do syna) – ta kobieta, co nam tu udzieliła schronienia i gościny, matką jest, jako ja, a syn jej nawiedzon jest chorobą straszną. Okaż mu litość swoją... Ty, który matkę i świat cały darzysz miłością.

Jezus podniósł ręce nad głową trędowatego, niby błogosławił, a potem pocałował w sam środek ropiącego się czoła.
I – o dziwo! – wrzodami pokryte ciało dziecka wypiękniało nagle; twarz, trupim wyglądem dotąd odstraszająca, nabrała rumieńców i pełności; członki, dotąd nieruchome i powykręcane, ożywiły się, odzyskując dawną gibkość; w miejsce rzewnego kwilenia rozległ się śmiech i szczebiot radosny. Zdało się, że w okamgnieniu wiosna zastąpiła surową zimę, rozkwitła różami, rozdzwoniła się śpiewem ptaszęcym. Cała chata napełniła się weselem.
Właścicielka chaty padła do stóp przybyszom:
– Witajcie! niebios zesłańcy! – wykrzyknęła w uniesieniu – oto wszystko, cokolwiek posiadam, oddaję na wasze usługi. Zaprawdę, niegodna jest chata moja, by w nią wstąpili tacy goście. Jestto bowiem przybytek zbrodni i przestępstwa – mój mąż i ja zbójeckiem paramy się rzemiosłem. Bądźcie, o bądźcie nam litościwi! – i wybuchnęła rzewnem, pełnem skruchy szlochaniem.
Marja uprzejmie podjęła ją z ziemi, a syn Marji złożył kającej się niewieście łaskawą rękę na czole. Była chwila ciszy – ciszy, podobnej do gędźby zastępów anielskich. Łkanie deszczu, westchnienia wiatru tłumiły się wokół chaty, wtórując onej czarownej pieśni zachwytu. Odczuć można było obecność Boga...
Nagle znów ryknęła zawierucha, a do izby wpadł wichr rozhukany. W szedł mąż olbrzymiego wzrostu, o wilczym wyglądzie i z wilczem spojrzeniem w źrenicy. Na widok gości poruszył groźnie brwiami.
– Kto zacz ci ludzie i czego chcą? – wyszło z ust jego mrukliwe zapytanie.
Ale kobieta rzuciła mu się na szyję, obezwładniając pięść, gotującą się już do zamachu.
– Mężu! – zawołała – nie czyń nic złego tym ludziom. Niebo ich zesłało, by skłonić nas do poprawy rozbójniczego życia. Patrz! Oto syn ozdrowiał i poznać go nie zdołasz. Oni to cud ten uczynili!
Zbójca, padłszy na kolana, z sercem skruszonem i ze łzą w oku spoglądał to na przechodniów, to na uśmiechające się dziecię. Nakoniec począł bić się w piersi i wołać:
– Tak! jam człowiek grzeszny i wiele win cięży na mnie! Ściany mej siedziby ozdobione są dobytkiem ludzi sprawiedliwych, ograbionych przeze mnie i krwawo zgładzonych! Bóg dawno powinien był mnie nawiedzić swą pomstą, a tym czasem!... mój syn!... i ja nieszczęsny!...
I tarzał się u stóp Boskiego Nawiedziciela spokorniały, kający się przestępca. Jękom jego wtórowała wichura, zawodząca przeraźliwie po rozłogach.
Stopniowo na dworze poczęła się uspokajać nawałnica, a w sercu człowieka począł się rodzić spokój, nieznany mu dotychczas...
Przez szczeliny chaty wkradł się złoty dzień. Rozproszyła się noc, cudowna noc przebaczenia...
Przybysze pojechali w dalszą drogę i więcej już słychu nie było o nadziemsich zjawieńcach...
Od tego dnia upłynęło lat trzydzieści.
Nawrócony zbrodniarz i jego żona zmarli przez ten czas. Syn, pozostawiony bez ich opieki, wałęsał się po lasach, a popędliwością i chciwością złota wiedziony, poszedł w dawne ślady rodzica. Niebawem imię Dyzmy stało się postrachem całej okolicy i trwogą przejmowało przejezdnych. Nikt nie mógł się bezkarnie zapuścić w rubieże ostępu, by się z nich wydobyć z życiem i mieniem. Dyzma zjawiał się jak grom, szybko, i jak żbik, znienacka, a drwiąc ze zbrojnych oddziałów, pokonywał najsilniejszych i najsprawniejszych zapaśników. Napróżno słano przeciw niemu zastępy wojowników – ani jeden z nich cało nie wrócił. Zbójca zdawał się niezwyciężony, niby jakaś siła nadludzka.
Nakoniec namiestnik kraju, Piłat Pontyjski, którego doszły słuchy o sprawkach niebezpiecznego opryszka, urządził nań obławę w dwustu żelaznych żołnierzy rzymskich. Tym udało się go pojmać i zaprowadzić przed namiestnika. Ów skazał go na śmierć krzyżową.
Stracenie wyznaczono na przeddzień święta przaśników. Wespół tracić miano jeszcze dwóch innych złoczyńców; wszystkich trzech prowadzono na pagór skalny, za miastem Jeruzalem, zwany górą Trupiej głowy.
Czas był skwarny, a droga po szorstkiej opoce nader przewlekła i uciążliwa. Złoczyńca przytłoczony brzemieniem dźwiganego krzyża, kroczył powoli, potykając się często lub słaniając z umęczenia, wznosił atoli hardo głowę i prostował się, by go snać nie posądzono, iż lęka się śmierci. Z uśmiechem wzgardy spoglądał na życie, budzące się w świecie całym za nadejściem wiosny. Wszak i jego życie wiosną niemal jeszcze – dopiero lat trzydzieści kilka liczył sobie skazaniec... Za cóż z taką obojętnością, wesołością niemal, wita zbliżający się kres – chłodną, posępną śmierć?...
Nie dziw – przecie tylekroć stawał w zapasy z tą śmiercią, tylekroć był jej świadkiem lub sprawcą; nie była mu więc obcą i przyjmował ją, jako dawną znajomą, nie przygotowując się zgoła na jej spotkanie. Cóż bowiem niosła mu niespodzianego lub niepokojącego? Czy martwić się zbliżaniem drugiego? A może i nic „tam“ nie będzie, jakaś nicość, rozproszenie istoty? Przychodziły mu takie myśli, ale mimo uszu je puszczał, był obojętny i spokojny. Wszy­stko, co go otaczało, wydawało mu się nawet spojrzenia niegodne, ogromnie śmieszne i niedorzeczne; nie wiedział prawie, czego od niego chcą ci ludzie, tak słabi zazwyczaj, a dziś tak zuchwali wobec pokonanego.
Po obu stronach ulicy tłoczyła się ciżba narodu, zgromadzonego w stolicy z powodu nadchodzącej uroczystości. Wszyscy z ciekawością patrzeli na skazańców, odprowadzając ich wzrokiem lub krokami. Na twarzach wielu malowała się zgroza i odraza, na innych zaś litość i współczucie. Często w tłumie odzywały się jęki i szlochania.
Największy tłok był dokoła pierwszego ze straceńców; był to mąż wieku równego Dyzmie, ale – większą widocznie znękany katuszą – więcej się chylił ku ziemi. Krzyż przygniatał mu barki i pętał stopy, a kilkakroć nawet o ziemię go obalił. Mimo to ów męczennik niósł brzemię swe z taką godnością, jakby cały świat na krzyżu tym się wspierał. Choć twarz miał zwalaną od pyłu i potu, a obrzękłą i posiniałą od ran i razów, to jednak czarująca uroda jego rysów przykuwała oczy pospólstwa.
Pociągnięty powszechnem zaciekawieniem, zatrzymał Dyzma wzrok na współtowarzyszu. I dziwo! w duszę jego, tego zatwardziałego złoczyńcy wstępować poczęły nieznane mu dotąd uczucia. Zadrgała w nim litość. Człowiek ten poruszył w nim serce – po raz pierwszy w życiu.... On, który już zgóry śmierci był przeznaczony i którego raczej dobić należało, niż żałować. I cóż go łączyło (myślał Dyzma) z tym człowiekiem, że on właśnie stanowił dlań wyjątek z pośród tych, których li tylko za bydło rzeźnicze uważał? Nie umiał sobie tego wytłumaczyć... Wiedział jedynie, że mąż ów jest mu oddawna znajomy, niby zażyły druh jego dzieciństwa – atoli, gdzie go widział i wśród jakich okoliczności, nie mógł sobie przypomnieć. Bił się z myślami, chcąc sobie rzecz całą uświadomić, z drugiej zaś strony chcąc przemóc w sobie to niezwykłe i tak z nim sprzeczne uczucie litości i czci dla obcego, a przytem sponiewieranego człowieka... Atoli te uczucia właśnie nad nim przemagały.
Tymczasem, w miarę zbliżania się na miejsce kaźni, wzrastała wśród motłochu wrzawa coraz to większa. Dały się wyróżnić jakby dwa stronnictwa.
Jedni mieli na ustach złorzeczenia i szyderstwa:
– Fałszywy prorok! niedoszły król! cudotwórca! Galilejczyk! Oto ten, co bluźnił pismu i Jehowie! Niech go aniołowie z krzyża zdejmą!
Te i podobne wyzwiska pochodziły przeważnie od uczonych w piśmie i świątników przybytku jerozolimskiego. Podjudzana przez nich hałastra usiłowała rzucić się z zaciśniętemi pięściami na skazańca i jedynie zbrojna postawa straży piłatowej trzymała ich w pewnej odległości.
Natomiast gdzieindziej gromadka białogłów lub dziatwy, niekiedy i mężczyzn, przyklękała na drodze, rozdzierając z żalu szaty lub bijąc się w piersi i wołając:
– Jezusie, synu Boży, zlituj się nad nami!
Mąż zatrzymywał się od czasu do czasu, o ile mu pozwolono, i obdarzał wszystkich łaskawem spojrzeniem; niekiedy złożył dłoń na kędzierzawej główce któregoś z chłopiąt, to znów uścisnął dłoń starcowi, a płaczącym niewiastom rzucał słowa pocieszenia.
Dyzmę zastanowił ów widok niezwykły: nie mógł pojąć, czemu taki zwykły śmiertelnik w najokropniejszem poniżeniu budził tyle zajęcia wśród tłuszczy, nawykłej już do krwawych widowisk, w których broczyły krwią największe znakomitości kraju. Głosy przekleństw i narzekania uderzały o jego ucho i rozeznać ich nie umiał. Całe to zajście w raz z zachodzącym w duszy jego przewrotom – był to dla niego zbiór jakichś tajemnic, niedocieczonych zagadek. Nie usiłował ich rozwiązać; zdawało mu się, że jest to wynik nieugiętego jakiegoś przeznaczenia, którego wszędzie zwykł był się dopatrywać i w które tylko jedynie wierzył.
Około południa stanęli na szczycie wzgórza. Stanowił on nagą skalistą płaszczyznę, zrzadka przyodzianą w kępki zeschłych macierzanek lub skarłowaciałych oliwek. Roztaczał się stąd widok rozległy. Stolica iskrzyła się w blaskach słonecznych i marzyła cicho o świetności swej wiekowej. Hen daleko, aż po pałac namiestnika widać było ciągnące ludu mrowie. Zdało się, że co żyło w mieście i w Judei poruszyło się w oczekiwaniu chwili jakiejś doniosłej, by być widzami jakiejś wielkiej, ważnej, wielce ich obchodzącej sprawy...
Dyzma powlókł oczyma po okolicy i po otaczających go ludziach. Na wszystko to ostatni raz już spozierał; pewno chciał wyryć to sobie w pamięci – raz na zawsze.
Wśród tego oczy jego spoczęły i na zagadkowym skazańcu. Otaczali go szeregowi zastępu pretorjańskiego, zdzierali zeń szaty, bijąc go przytem dzidami i harapami po głowie i plecach. Jeden z katów zadał mu cios tak dotkliwie, że nieszczęsny upadł na ziemię, krwią się zalewając.
Dyzma zawrzał oburzeniem, a razem ze współczuciem zbudziła się w nim jakaś nadprzyrodzona siła. Zerwał pęta, rozepchnął osłupiałych i nic nie przeczuwających strażników, poczem dobiegłszy do omdlałego podniósł go z ziemi i gąbką octową zwilżył mu spiekłe wargi. Gdy był tem zajęty i gdy z dziwnem przejęciem wpatrywał się w zbolałą a mimo to jasną twarz nieznajomego, otoczyli go znów żołnierze i skrępowali. Nie opierał się i nie starał się uciekać, jeno oczy i myśl przykuł do nieszczęśliwego, który właśnie otworzył powieki, tak iż wzrok jego zetknął się ze wzrokiem Dyzmy. Dyzma nie rozumiał co się z nim dzieje. Czuł jakąś radość i błogość; zdawało mu się, że jest jeszcze niewinnem dziecięciem, na które patrzy z miłością i przywiązaniem kochająca matka. W sercu jego zakipiało pełno myśli i popędów, dawno już wystygłych... Ów zatwardziały złoczyńca począł płakać jak dziecię.


...z dziwnem przejęciem wpatrywał się w zbolałą twarz...

W stanie takim nie odczuwał nawet jak zdarto zeń odzienie i ostremi gwoźdźmi przybijano go do drzewa sromoty. Boi dal mu się we znaki dopiero wtedy, gdy podniesiono krzyż wgórę. Wówczas przejęły go targające kurcze, iż począł wić się i szamotać a na usta cisnęły się już wyrazy bluźniercze. Jednak odchyliwszy wbok oblicze zetknął się znowu z łagodnem i słodkiem wejrzeniem towarzysza męczarni. I słyszał jak mąż ów przemawiał do niewiasty i młodzieńca, stojących pod krzyżem i płaczących. Słowa to były pocieszenia i ufności w miłosierdzie Boże, a głos przemawiającego był tak prosty i szczery, jaki słyszy się tylko z ust ludzi, brzydzących się kłamstwem i zbrodnią. Dyzmie przemknęło się przez myśl:
– Niepodobna, by mąż ten miał być zbrodniarzem. On sprawiedliwy i cierpi bez winy...
Ale dlaczego cierpi? Dlaczego? Za co go skazano?
Zaświtała mu myśl w głowie:
– Pewno dlatego, żem ja wiele przewinił... pewno za mnie pokutuje i za tych wszystkich, którzy poniżej wkrąg tu stoją a pełni są obłudy, grzechu i podłości... Bo czemże się różnią oni, którzy niewinnego zabijają, ode mnie... zbójcy? A on im płaci za to miłością i przebaczeniem. Któż on jest, iż daje przebaczenie... iż ułaskawia zbrodniarzy?... Możniejszy on-ci być musi od pretora, który mnie pojmał i skazał... Bo ja czuję i mam niezbite przekonanie, że on ma władzę przebaczać..., ale czy zechce mnie przebaczyć?...
I w serce zbójcy wstępować poczęła skrucha; teraz uświadomił sobie całą nikczemność swego życia i zazdrościć począł pięknego życia współukrzyżowanemu.
Tymczasem wśród tłuszczy rozlegały się wciąż śmiechy i naigrawania, a często i przekleństwa. Dołączył się do tych urągowisk i ów skazaniec, co wisiał po prawej stronie. Nie mógł zdzierżeć Dyzma, a z ust wyrwała mu się przygana:
– Przecz i ty, nikczemniku, szydzisz z męża cnotliwego? Ażali nie wiesz, że on bez winy to ponosi, na co myśmy i ci oto wszyscy zasłużyli przez złość swoją?
I zwrócił się do zelżonego, mówiąc z pokorą wielką:
Panie! nie pamiętaj występków moich i miej na mnie wzgląd, gdy wnijdziesz do królestwa Swego... Albowiem ja wierzę, żeś Ty jest Bóg i Sędzia nasz!
A w zamian za to doszła do uszu jego błoga odpowiedź, niby pieśń rozkosznie dzwoniąca:
Zaprawdę, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju!
I jako dalszy ciąg pieśni tej zabrzmiały w duszy nawróconego rozbójnika dźwięki przemiłe i pokrzepiające. Zdawało mu się, że widzi orszaki duchów czystych, niosących pienie ponad zawoje chmur, ozłoconych przedzachodniem słońcem. Na czele tego orszaku widział dwa cienie znajome, przyzywające go dłońmi i wołające:
– Synu nasz!...
Wtedy przypomniał sobie ojca i matkę, przypomniał opowieść ich, w dzieciństwie zasłyszaną, o niebiańskich gościach i cudownem swem uleczeniu... Zrozumiał wtenczas, kim był ów mąż niewinnie Ukrzyżowany...
...I ocknął się z widzeń i spojrzał na Pana swego. Lecz on już wydał ostatnie tchnienie – głowę zwiesił na ramię i pozostał tak nieruchomy...
W tejże chwili w strzęsła się ziemia cała, niby ze strachu i boleści. Na cały okrąg świata spadła nawała duszącej, okropnej ciemności...
Ale jasno już było i błogo w duszy Dyzmy. Nie czuła bolów, niepokoju i trwogi...
Oto wchodziła do raju...

Irkuck 1918.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.