Rob-Roy/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XIII.
Okrutne serce miał pełne zdrady,
Kto zbójczy oręż trucizną uzbroił;
Lecz okrutniejsze, kto kiélich biesiady
Śmiertelnym jadem napoił.
Bezimienny.

Chcę ci właśnie powinszować panie Osbaldyston, — rzekła Djana takim tonem, jakby miała istotne prawo czynić mi wyrzuty, — przewyższyłeś nas wszystkich. — Nie spodziewałam się nigdy, abyś tyle dokazać potrafił. Dzień wczorajszy miał być tylko dniem próby, czy możesz należeć do cechu Osbaldystonów; a tu jak słyszę, znalazłeś się po mistrzowsku.
— Tak, Miss Vernon, wyznaję, żem grubo przewinił, i tyle tylko za sobą powiedzieć mogę, że pewne wieści, które doszły uszu moich, pozbawiły mię prawie władzy myślenia; jednak czuję, że postępek mój trudno jest uspawiedliwić.
— Nie słusznie się oskarżasz, — rzekł znowu niemiłosierny sędzia; — w jeden wieczór okazałeś na raz wszystkie przymioty, które pojedyńczo braci twoich odznaczają: słodycz i dobroć Rashleigha, trzeźwość Percego, zimną odwagę Thornkliffa, cierpliwość Johna; — wszystkie te mówię przymioty, rozwinął w oka mgnieniu jeden i ten sam pan Frank Osbaldyston, wybrawszy czas i miejsce z tą przezornością, któraby samemu nawet mądremu Wilfredowi zaszczyt przyniosła.
— Ależ zlituj się nademną, Miss Vernon! — zawołałem, — cierpliwie wysłuchawszy tych srogich lecz zasłużonych wyrzutów, może dla tego, że z jéj ust wychodziły; — przebacz mi, — że za wymówkę nie wstrzemięźliwości, któréj dopuściłem się pierwszy raz w życiu, przywiodę ci codzienne krewnych moich przykłady. — Daleki jestem, abym je chciał usprawiedliwiać; lecz nie powiedziałże sam Szekspir, że dobre wino jest czarodziejskim napojem, którego potędze żaden żywy człowiek oprzeć się nie może?
— To prawda, — ale przypomnij sobie panie Franku, że słowa te włożył Szekspir w usta najobrzydliwszéj poczwary ze wszystkich, jakie jego pióro odmalowało. — Mogłabym jeszcze przytoczyć na zbicie twojéj cytacyi, odpowiedź nieszczęśliwego Cassio daną kusicielowi; — ale nie chcę wdawać się w próżne spory; powiem tylko, że jest tu jedna przynajmniéj osoba, która szczerze nad tém boleje, iż młodzieniec tak pięknych nadziei, chce być uczestnikiem hańbiących zbytków, jakich mieszkańcy domu tego codziennie sobie pozwalają.
— Upadłem raz, to prawda; ale Miss Vernon może być pewną, że nadto się brzydzę tak obmierzłym nałogiem, abym miał upaść powtórnie.
— Postanowienie to, jest godném twego rozsądku; — ale przystąpmy do rzeczy; — uderzona tém, co mi o tobie doniesiono, zapomniałem na chwilę o sobie, — chociaż obejście się twoje ze mną w czasie obiadu, okazało mi widocznie, że musiano ci powiedzieć o mnie coś krzywdzącego i poniżającego; — mogęż się zapytać, o co mię oskarżono?
Zapytanie to tak nagłe, bez żadnego wstępu i przygotowania, — wyrzeczone tonem, jakiegoby użył mężczyzna żądający tłomaczenia w sposób grzeczny, ale nie cierpiący odmówienia; zmieszała mię tembardziéj, że przypominając sobie wszystko, co mi Rashleigh powiedział, czułem, iż położenie Djany zasługiwało raczéj na litość moją jak na gniéw dziecinny; i że trudnoby mi było powtórzyć dwuznaczne słowa Rashleigha wtenczas nawet, gdybym nic sobie nie miał do wyrzucenia. — Wahanie się moje nie uszło uwagi Miss Vernon. — Spodzjewam się, — rzekła, — że pan Osbaldyston nie zaprzeczy, iż mam prawo żądać objaśnienia o tém co zaszło. — Nie mając nikogo, coby za mną przemówił zmuszona jestem mówić sama za sobą.
Usiłowałem usprawiedliwić moje postępowanie przy stole, już to stanem zdrowia, już niepomyślnemi wiadomościami, jkie z Londynu odebrałem. Z anielską cierpliwością, ale z uśmiechem niedowierzania, wysłuchała moich niezgrabnych wymówek. — A teraz panie Frank, — rzekła, — po długim i dość nudnym prologu, zechciéj podnieść zasłonę ukazać to, co widziéć pragnę; — czyli jaśniéj mówiąc, powtórz mi coś usłyszał od Rashleigha, pierwszego maszynisty, i skrytego działacza wszystkiego, co się w Osbaldyston-Hallu dzieje.
— Gdyby nawet Rashleigh odkrył mi niektóre szczegóły o kuzynce swojéj; na jakież imię zasługuje ten, co zdradza powierzoną sobie tajemnicę jednego sprzymierzeńca przed drugim? wszakżeś mi powiedziała, że Rashleigh jest zawsze sprzymierzeńcem pani, lubo przestał być jéj przyjacielem.
— Dość już tych żartów panie Franku. Rashleigh nie może, nie powinien, nie ma prawa nic takiego mówić o Djanie Vernon, czegoby nie śmiał w oczy jéj powtórzyć. — Że są między nami tajemnice, to pewna; ale tych nie mógł panu powierzyć, — zresztą takowe wcale się nie odnoszą do mojéj osoby.
W trakcie téj rozmowy odzyskawszy przytomność umysłu, postanowiłem nie zdradzić w niczem zaufania Rashleigha; — uważałem za podłość powtarzać przyjacielskie zwierzenia, zwłaszcza, że te zamiast korzyści, przynieśćby mogły zmartwienie mojéj pięknéj kuzynce; — odpowiedziałem więc poważnie, — żeśmy wprawdzie rozmawiali z Rashleighem o stryju moim i jego rodzinie; lecz, że nic takiego nie słyszałem, coby na umyśle moim nie korzystne względem niéj wrażenie pozostawić mogło; i spodziewam się, iż przestanie na tém ogólnem zaręczeniu, nie wymagając, abym z obrazą jéj delikatności, rozbierał szczegóły poufałéj gawędki dwóch mężczyzn.
Aż się z krzesła porwała usłyszawszy te słowa, — i zawołała z uniesieniem. — Na nic się panu nie przydadzą te wykręty, — ja żądam wyraźnéj odpowiedzi. — Twarz jéj pokrył żywy rumieniec; oczy zaiskrzyły się gniewem. — Żądam objaśnienia, — mówiła daléj, — jakiego kobiéta niegodnie oczerniona, słusznie żądać może od każdego mężczyzny, któremu honor jest miły, jakiego sierota opuszczona od przyjaciół, pozbawiona wszelkiéj opieki, dopomnieć się ma prawo od szczęśliwszéj istoty, w imie tego Boga, którego niedościgłe wyroki skazały pierwszą na ciągłe cierpienia; — drugą, pomyślnym obdarzyły losem; — nie możesz odmówić mi tego, — inaczéj, — dodała, — podnosząc oczy z najżywszém wzruszeniem, — odniesiesz zasłużoną karę, jeżeli jest sprawiedliwość na tym, lub na tamtym świecie.
Wzruszony do żywego tak uroczystém zaklęciem, uważałem sobie za obowiązek odłożyć zbytnią delikatność na stronę, i opowiedziéć jéj pokrótce główne szczegóły mójéj rozmowy z Rashleighem.
Jak tylko mówić zacząłem, usiadła spokojnie; a ilekroć zastanawiałem się, szukając najmniéj drażliwych wyrażeń, powtarzała mi zawsze; — Daléj, daléj, — pierwsze słowo najlepsze, bo prawdziwe, — nie myśl wcale o mnie; mów jak do osoby obojętnéj, którą to wcale nie obchodzi.
Przyciśniony w tak naglący sposób, wybąkałem nakoniec to, co mi Rashleigh powiedział o układzie rodzinnym, przeznaczającym rękę Djany jednemu z Osbaldystonów, i o trudności wyboru między nimi. Chciałem na tém zakończyć; ale ze zwykłą sobie przenikliwością, odkryła, że coś jeszcze zataiłem, a nawet zdawała się domyślać, czegom nie domówił.
— Wszystko to tak, — rzekła, — ale Rashleigh musiał panu jeszcze coś więcéj powiedziéć; coś tak naprzykład, co szczególniéj dotycze jego włąsnéj osoby.
— Tak, — powiedział mi, — że gdyby nie miał odrazy kopać dołki pod bratem, postarałby się, aby w skutku zaszłéj zmiany w przyszłem jego powołaniu, imie Rashleigh zajęło próżne miejsce w dyspensie, zamiast imienia Thornkliff.
— Czy być może? — Więc raczył się do tego stopnia poniżyć? — O! za wiele honoru dla pokornéj jego sługi Djany Vernon, — i ona téż zapewne doznałaby najżywszych uniesień radości, gdyby tylko ta zmiana nastąpić mogła?
— Jeżeli mam prawdę powiedziéć, dał mi uczuć coś podobnego; a nawat dodał, że...
— Co? niech wszystko usłyszę.
Że on sam zerwał ścisłość wzajemnych związków, jedynie przez bojaźń, by się nie zamieniły zwolna w uczucia niezgodne z jego przeznaczeniem na sługę kościoła.
— Wielce jestem obowiązana, — rzekła Djana z uśmiechem: — lecz w każdym rysie ślicznéj jéj twarzy malowały się najżywszy gniew wzgarda. Zamilkła na chwilę, — potém dodała spokcjnie, — wszystko coś pi powiedział, spodziewałam się usłyszéć; bo wszystko, wyjąwszy jednę okoliczność, jest prawdą; — ale jak między truciznami, są tak zjadliwe, iż kropla wystarcza na zarażenie całego źródła, tak w zwierzeniu się Rashleigha jest jeden fałsz tylko, lecz zdolny zatruć całą ową bajeczną studnię, w któréj prawda założyła mieszkanie. — Jest to bezczelna potwarz, że znając dobrze Rashleigha na nieszczęście moje, choć na chwilę pomyśléć mogłam, aby z nim losy moje połączyć. Nie! — zawołała ze drżeniem objawiającem mimowolną zgrozę, — raczéj umrzeć, jak być żoną Rashleigha! — Strzelec, pijak, masztalerz, bokser, niedołęga, sto kroć więcéj od niego warci a klasztor więzienie, grób nawet, pożądańsze od nich wszystkich razem.
Miły i melancholiczny dźwięk jéj głosu, odpowiadał osobliwszemu i zajmującemu jej położeniu. — W kwiecie młodości i wdzięków, zostawiona saméj sobie, bez doświadczenia, bez przyjaciółki, przy któréj pomoc i opiekę znaleśćby mogła, bez téj nawet obrony, którą same prawidła oświeconéj społeczności zaręczają płci pięknéj.... O Treshamie! zaledwo mógłbyś nazwać przenośnią, gdybym ci powiedział, że myśląc o tém wszystkiém, mało mi serce nie pękło! — Jakiś szczególny wyraz powagi w jéj odrazie ku wyszukanéj grzeczności; — wyraz szlachetnéj dumy w pogardzie obłudy; — niezachwianego męstwa wśród otaczających niebezpieczeństw zajmował duszę moją litością i podziwieniem. — Zdawała mi się królową opuszczoną od poddanych, pozbawioną władzy, lecz i tak jeszcze gardzącą formami towarzyskiego życia, jakby zaprowadzonemi tylko dla osób niższego rzędu; polegającą śmiało, w trudném swém położeniu, na sprawiedliwości nieba, i niewzruszonéj stałości własnego charakteru.
Chciałem wysłowić uczucia, które mię przejmowały, lecz zaledwo otworzyłem usta, przerwała mi natychmiast:
— Mówiłam panu nie raz żartem, że nie lubię pięknych grzeczności; — dziś bez żartu powiadam, że nie chcę litości a próżném użalaniem się pogardzam; — co miałam znieść, zniosłam; co jeszcze cierpieć przyjdzie, — wyciérpię, jeśli siły dozwolą, — słowa politowania nie ulżą więźniowi ciężaru, który dźwigać musi na rękach i nogach, — jeden człowiek, co mógł mi dopomódz, lecz wolał raczéj pogrążyć mię w nędzy, jest... Rashleigh Osbaldyston. — Tak! był czas, kiedy mogłam się doń przywiązać; ale wielki Boże! cel dla którego pozyskał zaufanie słabéj, i opuszczonéj od wszystkich istoty; do którego zmierzał stale ciągle, bez chwili spoczynku, bez litości i sumienia, obracając w truciznę pokarm, który umysłowi memu udzielał... O dobroczynna Opatrzności! w cóżbym się obróciła w tém, i w przyszłém życiu, gdybym kierowana twą ręką, nie uszła sideł téj poczwary.
Uderzony obrazem piekielnéj obłudy, którą mi te słowa odkryły, porwałem się do szpady sam nie wiedząc, co czynię, i biegłem utopić ją we krwi Rashleigha; — gdy na pół żywa, i rzucając wejrzenie, w którém bojaźń zajęła miejsce gniewu i pogardy, miss Vernon rzuciła się ku drzwiom sali.
— Stój, — zawołała, — stój! Jakkolwiek zapał twój jest sprawiedliwy, nie znasz ani połowy tajemnic tego straszliwego więzienia. — Rzuciła niespokojném okiem naokoło siebie, potem dodała cichym głosem: — jest urok, który życie jego zasłania; zadając mu śmierć, naraziłbyś na niebezpieczeństwo wiele osób — gdyby nie to, ta sama, acz mdła ręka, w godzinie oznaczonéj przez sprawiedliwość nieba, zdołałaby pomścić mą krzywdę; powiedziałam ci, że nie chcę litości, dodam jeszcze, że nie potrzebuję mściciela.
Kończąc te słowa, wróciła na miejsce: usiedliśmy znowu, i przez czas niejaki milczeliśmy oboje; miss Vernon chciała zapewne ochłonąć z gwałtownego wzruszenia, a ja zastanawiałem się nad jéj mową, i wyznałem przed sobą to, co w piérwszym zapale gniéwu nie przyszło mi na myśl, — że nie miałem żadnego prawa przyjmować na siebie roli jéj rycerza. Nareszcie Djana odzyskawszy spokojność, rozpoczęła znowu rozmowę.
Wspomniałam panu o tajemnicy przywiązanéj do życia Rasleigha, równie ważnéj jak niebezpiecznéj; — jakkolwiek jest podłym: jakkolwiek mu nie tajno, że nim pogardzam, jednak nie mogę — nie śmiém otwartą wypowiedzieć mu wojnę. I ty panie Osbaldyston, w postępowaniu z nim zachowaj ostrożność; — przeciw jego podejściom walcz, ale rozsądkiem nie gwałtownością, a nadewszystko, unikaj scen podobnych do wczorajszéj, bo te mogłyby mu nadać niebezpieczną nad panem przewagę. Chciałam cię o tém ostrzedz, i to miało być celem dzisiejszéj rozmowy; ale zaufanie moje znacznie się posunęło za granice jakie mu naznaczyłam.
— Zaręczyłem jéj, że nadużyć je nie jestem zdolny.
— Wcale o tém nie wątpię, — rzekła, — jest cóś takiego w twarzy pana i całym układzie, co ufność obudzą. Bądźmy przyjaciółmi; nie masz powodu lękać się, — dodała z uśmiéchem i rumieniąc się nieco, ale śmiało, i bez zająknienia, — aby przyjaźń między nami, jak mówi nasz poeta, była tylko maską innego uczucia. Tak ze sposobu myślenia, jak i postępowania, należę więcéj do płci waszéj, pośród któréj odebrałem wychowanie, jak do mojéj; — przytém nieszczęsny habit wisi nademną prawie od kolébki, i muszę go wdziać w końcu; — bo łatwo uwierzysz, że spełnienie jedynego warunku, który mię od klasztoru, oswobodzić może, ani na moment nie postało w mojéj myśli; — ale ponieważ chwila ostateczna nie nadeszła jeszcze, będę używać wolności mojéj jak tylko można najdłużéj. — A teraz, kiedy już sens zawiły Dantego wyjaśniony, pośpieszaj za myśliwymi na borsuki, ja zaś zostanę w domu; — głowa tak mocno mię rozbolała, że nie mogę brać udziału w téj zabawie.
Wyszedłszy z biblioteki, nie udałem się za myśliwymi. — Czułem, iż samotna przechadzka, potrzebna mi jest dla zebrania myśli przed spotkaniem Rashleigha, którego podłą i zbrodniczą duszę tak uderzającym ujrzałem obrazie. — Z zimną krwią ułożony zamiar przewodniczenia w naukach sierocie znakomitego rodu, i tak bliskiéj krewnéj, jedynie w zdradzieckiéj myśli uwiedzenia jéj w końcu; zamiar, — opowiedziany przez samą omylonéj zbrodni ofiarę, z całą mocą cnotliwego uniesienia, — wydał mi się stokroć okropniejszym nad wszystkie wyuzdanéj namiętności przykład. Trudno mi było zejść się z Rashleighem i nie dać mu poznać wzgardy i nienawiści, które mnie oburzały; a jednak pokryć je nakazywało mi tajemnicze zwierzenie się Djany, i ta uwaga, że nie miałem prawa być jéj mścicielem.
Postanowiłem więc mieć się na baczności przeciw obłudzie i podejściom Rashleigha, póki razem będziemy; a jak tylko do Londynu odjedzie, uwiadomić o charakterze jego, Owena, aby ostrzeżony o niebezpieczeństwie, czuwał nad interesami mego ojca. — Chciwość i pycha, pomyślałem, dla duszy takiéj jak Rashleigha, więcéj zapewne mają powabów, aniżeli chwilowa i występna rozkosz. — Stałość w przedsięwzięciach, obok władzy udawania wszelkich godnych uwielbienia przymiotów, zjednają mu niezawodnie to zaufanie, którego nadużyć mógłby, za nic ważąc prawidła dobréj wiary i wdzięczności. — Zamiar ten był nieco przytrudny, zwłaszcza w okolicznościach w których się podówczas znajdowałem, gdzie ostrzeżenie z mojéj strony mogło być uznane jako zawiść ku temu, co miał po mnie odziedziczyć względy mojego ojca. — Osądziłem atoli za konieczny obowiązek, napisanie listu do Owena, zostawiając rozsądkowi jego i przezorności, jak ma korzystać z wiernego obrazu serca i umysłu Rashleigha. Jakoż napisawszy list takowy, odesłałem na pocztę przy piérwszéj sposobności.
Kiedym po raz piérwszy od owéj chwili ujrzał Rashleigha, uważałem, iż podobnie jak i ja unikał zbytniego zbliżenia się ku mnie, a nadewszystko jakiéjkolwiek do sprzéczki pobudki; — domyślał się zapewne, że zwierzenie się Djany, nie było dlań pochlébne; — lubo nie mógł wiedzieć, że mi odkryła jego haniebne przeciw niéj zamysły. Ztąd rozmowy nasze o rzeczach obojętnych i nic nieznacznych, nosiły cechę obustronnéj nieufności. Na szczęście Rashleigh bawił w Osbaldyston-Hallu tylko dni kilka, w ciągu których dwie szczególnie okoliczności zajęły moją, uwagę: pierwszą, była niepojęta szybkość, z jaką bystrym i czynnym umysłem obejmował i porządkował główne zasady nowego zawodu; — popisywał się niekiedy z postępami, jakie w nim uczynił; — chcąc zapewne okazać, że ciężar który zrzuciłem dla tego, iż siły moje przechodził, jest lekkim i łatwym dla niego. Ale trudniéj mi było pojąć drugą okoliczność, że mimo zarzutów jakie miss Vernon Rashleighowi czyniła, spędzała z nim częstokroć długie chwile sam na sam; chociaż w obec rodziny, nie widać było między niemi większéj jak zwykle ścisłości.
Gdy nadszedł dzień odjazdu Rashleigha, ojciec rozstał się z nim obojętnie — bracia, z źle pokrytą radością, jak dzieci, które się wyrwały z pod rózgi nauczyciela, a jawnie wesołości, okazać nie śmieją — ja nakoniec z zimną grzecznością. — Kiedy się zbliżył do miss Vernon i chciał ją pożegnać, cofnęła się, rzucając nań wejrzenie najwyższéj pogardy, lecz obok tego, podając mu zdaleka rękę, rzekła:
— Bądź zdrów Rashleighu! niech ci Bóg nagrodzi za dobro, któreś mi udzielił, a przebaczy złe, któreś zamierzał wyświadczyć.
— Amen! moja kuzynko, — odpowiedział nabożnym tonem seminarysty St. Omer, — szczęśliwy ten, którego dobre chęci wydały pożądane owoce, a złe myśli zwiędły przy samym rozkwicie!
Te były ostatnie jego słowa.
— Co za doskonały obraz obłudy! — rzekła miss Vernon, jak tylko drzwi się za nim zamknęły, — jak mały częstokroć przedział odgranicza to, czém powinniśmy gardzić, od tego, co zasługuje na uwielbienie.
Pisałem do ojca mego przez Rashleigha, i kilka słów do Owena, oprócz listu, o którym namieniłem, a który ostrożność doradziła powierzyć innéj drodze. — Zapewne sobie wyobrażasz, — że i ojcu i przyjacielowi, przedstawiałem uwagi o mojém położeniu, z którego żadnéj innéj korzyści spodziewać się nie mogłem, nad wprawę w myśliwstwie, a w którém dłużéj pozostając, zapomniećbym musiał wszelkich użytecznych wiadomości. Sądzisz, — że nie należało mi taić odrazy i tęsknoty, jakich doznawałem w towarzystwie osób oddanych próżniackiemu życiu i poniżającym namiętnościom, — że obowiązkiem moim było użalać się na niewstrzemięźliwość rodziny, wśród któréj gościłem, — na niechęć z jaką stryj mój przyjmował wymawianie się moje od trunków, — bo ta uwaga zwłaszcza, obudziłaby niezawodnie troskliwość ojca mego, który brzydził się pijaństwem, otworzyłaby mi podwoje więzienia i skróciła czas, a przynajmniéj zmieniła miejsce wygnania — jeżeli tak mniemasz Treshamie, mylisz się, bo niewspomniałem ani słowa o tych wszystkich nieprzyzwoitościach, i gdyby Osbaldyston-Hall był tém samem co Ateny, otoczony całym blaskiem naukowéj sławy, napełniony mędrcami, bohaterami i poetami, nie okazałbym mniejszéj chęci opuszczenia jego posępnych murów.
Jeśli czujesz jeszcze w sobie cokolwiek młodzieńczego ognia, łatwo się domyślisz przyczyny. — Nadzwyczajne wdzięki Djany, o których ona tylko zdawała się nie wiedziéć; — jéj romantyczne i tajemnicze życie, — jéj niebezpieczeństwa i śmiałość, z jaką się na nie zapatrywała; — jéj układ może mniéj płci pięknéj przyzwoity, który jednak w oczach moich był najwymowniejszym dowodem czystości téj duszy, a nadewszystko widoczne i pochlebne pierwszeństwo, jakiemi nad innymi zamku mieszkańcami okazywała; zajmowały mię niewypowiedzianie, wzbudzały ciekawość, działały na wyobraźnią, i dogadzały mojéj próżności. Nie śmiałem wyznać przed sobą, jak mocne wrażenie uczyniły na sercu mojém piękność i przymioty miss Vernon: nie chciałem się zastanawiać, że cała myśl moja nią jedynie była zajęta. Razemeśmy czytali, razem używali przechadzki, wszystkie zabawy i zatrudnienia nasze były wspólne; — przerwane nauki z Rashleighem, miss Vernon rozpoczęła pod przewodnictwem nauczyciela, którego zamiary były czyściejsze, lubo może zdolności nie tak znakomite.
Jakoż w rzeczy saméj nie byłem wstanie wykładać jéj owych głębokich i uczonych przedmiotów, nad któremi przy Rashleighu pracować zaczęła, a które wydawały mi się potrzebnemi raczéj duchownemu, jak młodéj i pięknéj kobiécie. — Pojąć nawet nie mogę, w jakiéj myśli chciał ją wprowadzić w ten ciemny labirynt, który podobało się uczonym nazwać filozofiją; — albo uczyć pewniejszych wprawdzie, lecz zarówno niestosownych nauk: matematyki i astronomii. Chyba żądał tym sposobem zatrzeć w umyśle Djany różnicę powołania i zatrudnień dwom płciom oddzielnym właściwych, i przyzwyczaić ją nieznacznie do owych zręcznych rozumowań, przez które zczasem mógłby nadać haniebnym zamiarom swoim barwę prawości. W tym duchu zapewne, lubo mniéj zdradliwie, ośmielał ją Rashleigh, aby lekceważyła prawidła przyzwoitości, które nakształt czujnéj straży, otaczają zewsząd płeć piękną. Wprawdzie pozbawiona wszelkich z kobiétami stosunków, miss Vernon nie mogła miéć dostatecznéj o tych prawidłach wiadomości; — wrodzona jednak skromność i rozsądek, nie dozwoliłyby jéj przybrać ten układ zbyt śmiały i otwarty, który za pierwszém mojém z nią spotkaniem tak dziwnym mi się wydał; gdyby jéj nie wmówiono, — że pogarda form uświęconych zwyczajem, jest oznaką wyższości, cechą szlachetnéj i czystéj duszy. Nie bez celu zapewne ten podły jéj przewodnik usiłował zniszczyć owe zapory, któremi skromność cnotę osłoniła.
Oprócz znacznych postępów, które miss Vernon, przez nader bystre pojęcie swoje, w naukach umysłowych uczyniła, posiadała jeszcze niepospolitą znajomość języków, i literatury nowożytnéj i starożytnéj. — Gdyby nie było dowiedzioną prawdą, że wyższe talenta tém daléj zachodzą, im mniéj mają postronnéj pomocy, zaledwoby pojąć można, — jakim sposobem Djana w tak krótkim czasie — nabyć mogła tylu wiadomości, które, obok zupełnego jéj w pożyciu towarzyskiem niedoświadczenia, tém większe wzbudzały podziwienie. Zdawało się, iż dla niéj nic nie jest obce, wyjąwszy to, co najwięcéj znać była powinna. Ale ta sama właśnie sprzeczność, nadawała zdaniem mojém szczególny jakiś pociąg wszystkiemu, co mówiła lub czyniła; bo niepodobna było przewidziéć, czy pierwsze jéj słowo lub czyn objawią najbystrzejszy dowcip, lub największą prostotę. Każdy więc łatwo oceni, na jakie niebezpieczeństwo narażał się młodzieniec z tak bujną jak moja wyobraźnią, przebywając ciągle w towarzystwie tyle przyjemnéj i zachwycającéj istoty.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.