Resztki życia/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu II
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu II jako ePub Pobierz Cały tekst tomu II jako PDF Pobierz Cały tekst tomu II jako MOBI
Indeks stron
V.
W


Wieczór był gdy p. Joachim z młodym Żelizą wyszli od panny Podkomorzanki, a okolica tak była piękna oblana srebrzystem światłem xiężycowem, niebo tak wypogodzone, powietrze tak łagodne, taka cisza w powietrzu, że oba mając się już pożegnać, zawołali prawie razem, iż zamknąć się w domu teraz byłoby grzechem.
— Wieszże co Oktawie, — rzekł pan Joachim, — chodźmy ulicą za miasteczko ku młynom, użyjemy powietrza i nocy, a rozmarzeni i tak rozmową, pogawędzim jeszcze, w młodéj jak twoja duszy zawsze jest coś do wylania.
— Najchętniéj, — odparł Żelizo, — tem bardziéj że nocne rozmowy wydają mi się zawsze piękniejszemi od dziennych w których człowiek onieśmielonym się czuje, byle cokolwiek miał nieśmiałości.
Wyszli więc powolnie mijając dworki piasczystą drogą która daléj brzozami i wierzbami wysadzona wiodła ku stawowi i młynom. Wieczór przyświecał im blaskiem xiężyca i gwieździstego nieba.
— Szczęśliwy twój wiek, — odezwał się westchnąwszy pan Joachim, dozwala ci wszystkiego lepiéj od nas starych używać, pierwsze wrażenia są zawsze silniejsze, gorętsze i milsze, potem, ty wierzysz we wszystko, w świata pogodę i w ludzi, w poezją i piękność, my już wiemy że to wszystko garść popiołu, kropla błota...
— Z teorji wiem, że tak bywa na starość, rzekł Oktaw, — ale sądzę iż człowiek młodym się może uchować do zgrzybiałości i śmierci. Świat ma dwie strony to pewna, lecz jednéj z nich wolno nie widziéć, szata to z łachmana i purpury zszyta... a ja postanowiłem na purpurę tylko patrzéć.
— Jakżeby to było szczęśliwie, gdybyśmy mogli nie wiedziéć na co patrzeć nie chcemy, ale niestety! tak nie jest; przychodzi chwila boleśnego odczarowania, uronienia ostatniéj nadziei, złamania deski rozbitka i fala go unosi... Świat wówczas staje się czem jest dla mnie, widowiskiem nieciekawem, smutnem, w którem poza bielidłem i barwizną widzę marszczki i zżółkłą skórę...
— Więc pan nie kochasz świata?
— I owszem kocham go jeszcze i spodziewam się po bratersku miłować go do śmierci, kocham go ale nie jestem w nim zakochany, a to wielka różnica. Inna jest owa miłość młodzieńcza w któréj blaskach wszystko się wydaje złote i różowe, inna chrześćjańska miłość z politowaniem złączona, do któréj pobudka nie piękność i poezja świata, ale jego nędza i boleści. Ja go kocham jak Łazarza, ty jak Apollina jeszcze... tobie jeszcze świat strojny i wesół, dla mnie ubogi i biedny.
— A jednak, si muove! — zawołał Oktaw składając ręce, — strona piękna i poetyczna świata, jest jego twarzą prawdziwą, czarna obliczem fałszywem tylko! poezja jest życia prawdą, proza zmyśleniem... Jakże żyć w tych łańcuchach rzeczywistości, nie dźwigając się na wyżyny! Wszystko co uszlachetnia, co uskrzydla, co do Boga przybliża, jest poezją; poezją niebo i aniołowie, przyszłe życie i nieśmiertelność, możnaż bez tego wytrwać i nie zostać zwierzęciem? Starość co przybliża do grobu powinna owszem z ciała odzierać, a uduchownić człowieka.
— Tymczasem dzieje się przeciwnie! — rzekł pan Joachim. — Nie sądź, — rzekł, — żebym ja nie pragnął poezji i w duszy jéj nie miał jeszcze; ta jest wielka różnica między nami, że z ciebie płynie ona w świat który ozłaca, we mnie zamiera, że ja jéj żądam i nie znajduję, a dla ciebie ona wszędzie.
Po tysiącu zawadach w poszukiwaniu poezji życia, nie znalazłszy jéj nigdzie, gdy każda istota w końcu zawiodła ułomnością, obnażyła kalectwo, myśmy tak wprawni do poznawania ujemnéj strony ludzi, że za nią druga nam znika.....
— Zawsze to dowód osłabienia, znużenie w upadku, — rzekł Oktaw.
— Życzę ci, byś ich nigdy nie doznał!
— Naprzykład, — przerwał młodszy, — daruj mi pan, że tak dziwne zadam pytanie, gdzież skazę i ułomność upatrzyć pan potrafisz w téj anielskiéj istocie, jaką jest panna Adela, która zdaje się ideałem z niebios zdmuchniętym...
Pan Joachim chwilę zamilkł zatrzymując oddech w sobie, tak go ten wystrzał zmieszał, i tęskno odpowiedział:
— Ideał rzeczywiście, lecz to tylko chwila w jéj życiu, kwiat młodości który uwiędnie, każdy z nas ma promienne swe perihelium, ale dla jednych ono trwa mgnienie oka, dla drugich lata całe, dla nikogo podobno do końca, chyba los szczęśliwy koniec przyspieszy. Ideał pozostanie li tem czem jest, nie zczerni go ziemia, nie obrucze zetknięcie z ludźmi, nie pochwyci nędza lub namiętność?.... Ale pozwól nawzajem zrobić sobie uwagę kochany Oktawie, że gorąco, może nazbyt żywo mówisz o tym ideale. Byłżebyś?... nie chcę dokończyć.....
— Nie wstydzę się ani waham wyznać co czuję, — odparł Oktaw. — jestem w uwielbieniu i extazie przed panną Adelą.
— Piękne to uczucie, — rzekł pan Joachim, ale...
— Chcesz pan powiedziéć niebezpieczne?
— Prawie zgadłeś, od uwielbienia do tego co ludzie nazywają miłością, mniéj niż pół kroku.....
— A daléj?...
— Spytaj innych co to uczucie niesie z sobą! Niepokój, boje, tęsknotę, obezwładnienie, sił upadek...
— Jabym rzekł przeciwnie: ono ożywia, opromienia, unosi, oczyszcza, zdolnym czyni do ofiary. Taką jest miłość samolubna jaką ją pan odmalowałeś, malowali ją w ten sposób starożytni, bo inaczéj nie pojmowali; chrześćjańska nic nie pragnie prócz poświęcić się cierpieć i podnieść tak wysoko, by na cześć samemu zasłużyć!
— W młodem sercu, to gość niebezpieczny!
— Pożądany, panie, bo je wypełnia i ubiela...
— To prawie wyznanie że się kochasz?
— Nie, nie! po stokroć nie, wyraz zużyty i lichy, ale czczę i padam przed panną Adelą.
Słysząc te z ogniem wymówione wyrazy, pan Joachim smutnie się zamyślił.
— To uwielbienie, ta cześć, — dodał Oktaw, — nie łączy się u mnie z żadną myślą w przyszłości, z żadną śmieszną nadzieją, z żadną zazdrością. — Słońce wszak świeci wszystkim...
Uśmiechnął się na te słowa starszy i nic nie odpowiedział, a chwila była milczenia i rozmowa przerwaną została...
— Byłeś pan z niemi często, — spytał wreszcie pan Joachim, — poznałeś lepiéj naszego nowego gościa, wielbisz go, ale jakżebyś mi go opisał? ja prawie jéj nie znam.
— Otóż właśnie że znając ją, a raczéj czując doskonale jaką jest, opisać jéj nie potrafię, ani się o to pokusić nawet mogę... Opisz mi pan promień słońca, tchnienie wiosny, śpiew słowika, powiew wiatru niosący wonie kwieciste?...
Zresztą ażeby ocenić, trzeba porównać, a jam nic jeszcze nie spotkał na ziemi cobym mógł przy niéj postawić! Znasz pan tę postać tak cudną, ten wdzięk który ją otacza, ten głos, to wejrzenie, tę całość, w któréj nic a nic nie razi, nic nie ma niedokończonego, niedoskonałego, żadnego fałszywego tonu co się w pospolitych tworach prawie wszędzie spotyka; temu obrazowi postaci, odpowiada dusza pełna świeżości dziecinnéj i dojrzałości dziwnéj, umysł naiwny a wykształcony, nie spowity niczem narzuconem, nie rzucający się na niemożliwe, z przedziwnym instynktem ku wszystkiemu pięknemu, ku wszelkiéj prawdzie i dobru... Co za poezja w niéj! co za poezja!
— Gorących pan farb użyłeś na jéj odmalowanie, ale powiedzże mi, — uśmiechając się rzekł pan Joachim, — również spokojny i pan siebie opuścisz Kaniowce, jakeś tu przyjechał? to uczucie nowe nie spali cię i nie zamąci przyszłości?
— Nie! — odparł śmiało Oktaw, — ja jéj nie kocham, to coś innego, to pokorna extaza przed najpiękniejszym tworem Bożym, którego nie uznaję się godnym... pan mnie masz za wielkiego zuchwalca!!
— Młodość ma odwagę Tytanów, bo nie wie, że niebo wysoko i wdrapać się nań przez Pelion nawet i Ossę... niepodobna... Dajmy pokój temu, kochany Oktawie, twojem niebem jest jeszcze nauka, którą ci zdobywać potrzeba, o innem będziesz miał czas marzyć, gdy swobodniéj po pracy oddychać zaczniesz. — Pomnij tylko to jedno słowo i radę starego przyjaciela, który przeżył wiele i przecierpiał tyle, że już wie coś z życia tajemnic. Szczęścia we dwoje niema na świecie i być nie może, bo niema dwóch istot tak dla siebie stworzonych idealnie, któreby świat w swoich objęciach zamknąć mogły... Szczęście człowieka to pokój sumienia, a potem, to noce jak dzisiejsza pogodne i xiężycowe, to dnie jasne, to xięgi, to kwiaty, to muzyka, to sztuka... to czyste przyjemności które my mało cenim i depczemy jak kwiaty, choć w ich kielichu silne gnieciem lekarstwo. — Po pracy tylko umysłowéj, po nasyceniu widokiem natury, owocem sztuki, tworzeniem kto po temu ma siły, przesytu i kwasu nie doznajemy. Jasne chwile życia bez zgryzot i goryczy na dnie są te, w których uczuciem lub myślą się podnosim. Poezja natury, xiążki, sztuki, myśli, lepszą jest niż ciągniona ze świata, ludzi i stosunków społecznych. Tu zawsze zawód nas czeka.
— Więc nie żyć z ludźmi i nie kochać? — porwał się Oktaw gorąco, — z martwą kartą, z milczącem morzem, z zimnym posągiem lub kołyszącą do snu muzyką?
— Patrz jaka to noc! — jaka noc! — odparł nie chcąc mu odpowiadać starszy, co za obraz, jaka cisza urocza!.. Jak tu xiężyc odbija się srebrzysto w fałdach wód, jak tam trzciny szumią pieśnią tęskną, jak lasy zdala jéj wtorują, jaki błogi spokój rozlany wszędzie... Spójrz w górę co to za niebo! jak gwiazdy iskrzą się i mrugają, a tam u dołu gdyby łodzie z żaglami białemi mkną maluchne obłoczki przejrzyste..... Niewiele takich nocy ma krótkie życie człowieka, w nich natura wypowiada mu tajemnice i matka serdeczna przychyla się ku niemu szepcząc słowa pociechy! Jutro? któż wie? burza, mgła, obłoki zczernią i zmienią ten dziś tak uroczy obraz, że rzekłbyś był nieśmiertelnym.
Milczmy, patrzmy i módlmy się, kochany Oktawie, bo żadne i najwymowniejsze słowo ludzkie nie warte tego co śpiewa dziś ten wieczór letni... Nie czujeszże myśli, które w ciebie płyną! nie spotęgowuje cię to milczenie nocy i nie magnetyzuje ta uciecha, nie rośniesz i nie olbrzymiejesz? Takie godziny zesłane są człowiekowi by go natchnęły i wsparły, by mu karm dały na długie dni szare i tęskne... to godzina, w któréj się powinien modlić wraz z ziemią, bo nad nią z ciemności i głębi niebios zwrócona jest twarz Boża.
Któżby się nie uczuł lepszy? komu nie przyjdą najczystsze wspomnienia do duszy wśród tego obrazu, który pociąga tylko co czyste i pogodne jest w duszy!
Jestli tu fałszywa nuta? jestli rys zbyteczny w téj czarownéj całości?
Oktaw wysłuchał w milczeniu, ale znać było że poezja nocy nie zaćmiła w nim żywszego obrazu wypiętnowanego w sercu, ona służyła za tło tylko zjawisku niebieskiemu. Nie pojął on uniesienia pana Joachima jak on sam może go nie zrozumiał biorąc za naturalne to co w nim było pobudzone innem uczuciem wywołującem extazę, pobudzającem do uwielbień!
I siedli na obalonéj kłodzie przysłuchując się krzykowi ptastwa, szumowi młyna, szelestom trzcin i dalekiéj pieśni pastuszéj, którą wiatr nosił po polach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.