Resztki życia/Tom I/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu I
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu I jako ePub Pobierz Cały tekst tomu I jako PDF Pobierz Cały tekst tomu I jako MOBI
Indeks stron
XVIII.
P


Przechadzając się w milczeniu po starym ogrodzie, stanęli właśnie nad sadzawką któréj kamienne ocembrowanie pokryło się mchami zielonemi, gdy na drugiéj stronie jéj ukazał się młody Żelizo z xiążką w ręku.
Podkomorzanka uśmiechnęła mu się życzliwie, a chłopak tak się widokiem nowéj dla siebie postaci panny Adeli zdumiał i onieśmielił, że mu jego Frank wypadł z ręki...
Doznał on silniéj tylko może i nie broniąc mu się tego samego co pan Joachim wrażenia, ale w niem groźniejsze ono być mogło, bo siła dziewiczego wzroku objęła go zwycięzko nie pojmującego nawet niebezpieczeństwa, nie myślącego się jéj zasłaniać. Adela patrzała nań z naiwną ciekawością dziecięcia, Szambelan, Referendarz, panna Petronella, pogonili za jéj wzrokiem z niechęcią.
— To osobliwsza rzecz, — mruknął Szambelan, — że się dziś wszyscy spotykamy!
Prawie toż samo postrzeżenie uczyniła panna Petronella Podkomorzance, ale po cichu i ostrożnie, Referendarz się zżymnął.
— To bardzo szczęśliwie, — odpowiedziała chłodno zagadniona, — przynajmniéj wyczerpiemy odrazu ciekawość i będziemy spokojni.
— Albo ją pobudzimy jeszcze więcej, — dodała Petronella, — zwłaszcza dla pana Żelizy to spotkanie może być niebezpiecznem kiedy i starsi szaleją, — szepnęła z ukosa spozierając na pana Joachima który szedł już ze wzrokiem jak winowajca w ziemię spuszczonym.
Posunęli się daléj, a biedny Żelizo pozostał wkuty przy sadzawce nieśmiejąc im towarzyszyć i wzrok tylko posłał za cudnem zjawiskiem czując się szczęśliwym że Adela raz ku niemu jeszcze ciekawą główkę zwróciła.
Przebiegłszy ogród chciał daléj prowadzić ich pan Wędżygolski ku lasowi utrzymując że okaże gdzieś wejście potajemne do lochów którem wycieczki robiono z klasztoru, ale nikt nie był ciekawy, a pan Joachim doradził zwrócić się nazad i póki jeszcze słońce było na niebie, spojrzéć z pagórka na okolicę i miasteczko.
Tak téż uczyniono; — w istocie widok ztąd był uroczo piękny i rozległy..... poza mieściną malowniczo rozrzuconą wśród sadów widać było kraj pagórkowaty, lasy, stawy, wioski, dwory które cudny tworzyły krajobraz ginący w sinych mgłach oddalenia.
Adela która nie odstępując prawie choréj babki mało w życiu widziała świata, zachwycona była tą okolicą tak szeroką, urozmaiconą i piękną. Dziecinnie objawiła swą radość, cisnąc się do ciotki, śmiejąc i wskazując jéj wioski i domy które tamta po imieniu nazywała. W téj chwili wszystkim ciekawym badaczom wydało się to dziewcze pospolitem dziewczęciem wsi, tyle w niem było naiwności i prostoty, ale gdy zapomniawszy o świadkach przemówiła poetycznym językiem młodości w którym już była dojrzałość cierpienia — zdumieli się wszyscy jakby do nich kamienny posąg przemówił.
— Matko moja, — zawołała po chwili, — jakże to ślicznym Pan Bóg ten świat nam stworzył, a jakim smutnym i tęsknym... co to za wesele zdaje się go oblewać gdy nań tak człek patrzy z góry, z wysoka, — a co tam smutku i żałoby pod tą zielenią i złotem!!
— Dziecię moje, — westchnęła Podkomorzanka, — kto świat chce widziéć zawsze wesołym i wielkim, zawsze nań z góry patrzéć powinien..... a skrzydła przypiąć i uleciéć wyżéj nadeń modlitwą i myślami.
— Ot już plotą trzy po trzy! — ruszając ramionami mruknęła panna Petronella.
— Słyszysz asińdźka jak ona mówi! — zakrzyknął Szambelan, — co za wyrazy! jaka myśl!
Stara panna ruszyła ramionami, Referendarz odchrząknął aby nie dać o sobie zapomniéć, i miał już coś dodać o politycznem stanowisku, gdy mu przeszkodziła popędliwa Podkomorzanka.
— Patrzmy, — rzekła, — nasycajmy się i dziękujmy, rzadko podobna chwila w życiu się trafia..... natura się dla nas ustroiła, a my możeśmy usposobieni lepiéj, by pojąć jéj dzisiejszą piękność..... Wszystko jest chwilą tylko, uniesienie, uwielbienie, modlitwa, promień słońca i — życie całe.....
Adela cała była oczyma na tym obrazie którego barwy już powolnie blednąć zaczynały i szarzeć, pierś jéj podnosiła się zwolna i powieka jakby łzą nabrzmiała — wielka tęsknota natury przemówiła do jéj duszy smutkiem wiekuistego pragnienia.
— Tam, — rzekła wskazując w dal siniejącą na płomienistem niebie, — tam..... cóż to za biały dworek, mały jak makowe ziarnko w tym pasie drzew ciemnych jaśnieje...
— Dziecię moje, serce twoje przeczuło..... nie mylę się, to..... Ohrów.
— Tak! jam go odgadła!— zawołała Adela, — postrzegłam go sercem nim rozeznałam oczyma; ta kolebka mojéj młodości tak już daleko odemnie w tak niepochwyconych mgłach przeszłości. Teraz widzę... to Ohrów! a nad nim unosi się święty duch mojéj przybranéj matki..... Patrz ciociu, błysnęło słońce i oblało mój kątek jakby deszczem jasności... na pożegnanie... Ten wierzchołek drzewa... a! znam go, to stary świerk pod oknami naszemi, te zaokrąglone kląby, te lipy gdzie stała ławka moja i był mój ogródek dziecinny, tam daléj ta plamka jaśniejsza to stawek za grobelką w ogrodzie... A oto krzyż na rozdrożu piaszczystem gdzieśmy na przechadzki chodziły.
Dni moje jasne, szczęśliwe dni moje, — zawołało dziewczę połykając łzy, — czyż nigdy a nigdy nawet mi we śnie nie powrócicie? nigdyż duch mego anioła stróża co mnie na swych wykołysał kolanach nie zjawi się już przy mnie nawet w ciężkich chwilach? więc na zawsze zapadły podwoje za pierwszą xięgę żywota któréj wrażenia zlały się jak tysiące gwiazd w jeden pas złotolity?..... Bywaj mi zdrowa spokojna młodości, ciche lata dumania, witaj sieroctwo i cierpienie i dolo nieznana..... a!
I zakryła sobie oczy zapłakane pochylając się ku Podkomorzance nie mniéj od niéj rozczulonéj i wzruszonéj.
Wszyscy słuchacze o których Adela na chwilę była zapomniała, stanęli zdziwieni tym wybuchem tak w ich życiu niezwyczajnym i głęboką obnażającym boleść, nikt nawet stara panna nie śmiał ust skrzywić do uśmiechu, przerażenie jakieś malowało się na twarzach pytająco ku sobie poobracanych.
— Bóg z tobą, — odezwała się panna Podkomorzanka — uspokój się moja droga, jesteś przy mnie i nie sama na świecie... serce to będzie się starało nienagrodzone osłodzić ci straty...
— O! ja o tem wiem, — zawołała Adela, ale pozwól mi pożałować przeszłości, ja wierzę w jutro, a wczorajszych dni płakać muszę, bo mi serce wzbiera łzami, bo mi się dziecinnie wymodlić płaczem potrzeba... Ale ot... rzekła nagle ocierając oczy i strojąc twarz uśmiechem, — oto już jestem wesoła, — spokojna, i..... twoja na zawsze.
To mówiąc rzuciła się w objęcia ciotki, która ją uścisnęła w milczeniu.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.