Resztki życia/Tom I/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu I
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu I jako ePub Pobierz Cały tekst tomu I jako PDF Pobierz Cały tekst tomu I jako MOBI
Indeks stron
XVII.
N


Nazajutrz po przybyciu Adeli, pilno było wszystkim odwiedzić Podkomorzankę, spodziewano się wreszcie że ona z tą swoją nową wychowanicą gdzieś wyjedzie i pokaże się, ale cały dzień upłynął, a dom stał zamknięty. Wzbudziło to w końcu trochę niechęci ze strony panny Petronelli, która sama tam pójść nie mogła, a gorzéj od drugich poinformowaną być nie lubiła. Szambelan zniepokojony porzuciwszy tokarnię, błąkał się napróżno około zaklętego domostwa.
Wieczorem spodziewano się, że wedle zwyczaju Podkomorzanka w ganku pić będzie herbatę, ale i to chybiło, bo ją podano w ogródku zewsząd zakrytym. Referendarz którego siostra silnie namawiała aby się udał osobiście do sąsiadów, uznał nieprzyzwoitem okazać ciekawość i poszedł na probostwo, co spowodowało chwilowe rozdrażnienie między nim a starą panną.
Pan Joachim wymknął się dnia tego w las z fuzją po obiedzie i późno do domku powrócił kiedy go się już Szambelan nie spodziewał, pojąć nie mogąc co się z nim stało, i wszystkich kątów pytając o niego. Niepokój był wielki.
Trzeciego dnia z rana przepadł lekki deszczyk letni, odświeżył powietrze i wieczór po nim zwiastował się prześliczny; ku zachodowi powiał wiatr chłodnawy, a wszyscy kto żyw korzystając z pory, powysuwali się na przechadzkę, bo w domu trudno było usiedziéć. Może w tem mieli i rachuby trochę która nie omyliła gdyż około szóstéj panna Podkomorzanka z Adelą i służącą wyszły ze dworku i skierowały się uliczką ku pojezuickiemu klasztorowi.
Szambelan czatował już w oknie od godziny ubrany, mało powiedziéć, ustrojony, odświeżony, pachnący ambrą, z laską którą sobie sam wytoczył i nowym kapeluszem, a postrzegłszy je idące skoczył żywo by dogonić. Pani Farfurska z oburzeniem widząc ten pośpiech, klątwą i rzuceniem drzwi go pożegnała, na co on nie zważając wcale, poleciał wślad za podkomorzanką któréj dotąd jeszcze ani razu w przechadzkach nie towarzyszył. Zwykle dopełniał tego obowiązku pan Joachim z xiędzem Herderskim lub Malutkiewiczem.
Posłyszawszy za sobą spieszne kroki, odwróciła się Podkomorzanka ze śmiechem i powitała Szambelana którego się domyśliła zawczasu.
— Dokądże to tak spiesznie! — spytała, czy na probostwo?
Szambelan na te słowa stanął, zgiął się we dwoje i z uśmiechem oczki chciwe wlepił w śliczną twarzyczkę Adeli, tak że odpowiadając Podkomorzance zdawał się mówić do jéj siostrzenicy!
— Nie, pani dobrodziéjko, idę na przechadzkę użyć miłego powietrza... może panie pozwolą mi sobie towarzyszyć? Raczy mnie pani zaprezentować? — dodał ciszéj.
— Ale wstydźże się Szambelanie, — odparła ciotka, — w twoim wieku się prezentować, ja chyba tobie przedstawię..... Moja kochana kuzynka, a od kilku dni przybrana córka, Adela Mrocka..... pan Szambelan Wędżygolski.
Adelka któréj pierwszy raz w życiu trafiło się tak naiwnie śmieszną do porcellanowéj figurki podobną postać napotkać, o mało nie parsknęła śmiechem i spojrzała na ciotkę aby się od niego powstrzymać.
— Jeśli mi panie towarzyszyć sobie dozwolą, — dodał żywo staruszek, — pokażę lepiéj niż ktokolwiek te mury ciekawe i miejsca pełne pamiątek, i będę mógł opowiedziéć.
— Dobrze, bierzemy cię za cicerona, kochany Szambelanie, — rzekła Podkomorzanka, — twoje towarzystwo nas nie skompromituje...
Ale gdy tych słów domawiali, z drugiéj strony choć wolniéj nieco i mierzonemi kroki przystąpił Referendarz wystrojony także, w świeżéj peruce, z gazetami w kieszeni.
— Niosłem pani dobrodziéjce — począł, spojrzał na Adelę i osłupiał, słowa mu na ustach stężały, wnet się jednak opamiętał.
— Moja siostrzenica... — poczęła uśmiechając się nie bez lekkiego szyderstwa Podkomorzanka, — pan Referendarz.....
Drugi ten oryginał mniéj na pozór śmieszny, może tem był pocieszniejszy od pierwszego, że się miał istotnie za eleganta dobrego tonu, a był podobny do kupczyka z norymbergskiego magazynu.
— Niosłem pani dobrodziéjce, — dokończył, — gazety świeże.
— Serdeczne dzięki panu, — odpowiedziała stara panna, — zapewne w nich coś ciekawego być musi.
— Dla pospolitych czytelników, na oko, nic tu niema, ale dla tych co klucz mają nowin politycznych i zagłębiać się lubią..... są rzeczy! są bardzo ważne rzeczy! Poseł austrjacki w Paryżu nie był na obiedzie, który dawał poseł pruski, niby dla słabości... w istocie dla cale innych przyczyn... Pasza Rumelji, który jak wiadomo.....
Już się mieli zawracać w uliczkę wiodącą ku murom, gdy panna Petronella niby wracająca od Żelizów, nadbiegła po klucz do brata. Był to maleńki wybieg dla przypatrzenia się Adeli naciskiem tych coraz nowych osób zmieszanéj, zaciekawionéj może, zarumienionéj jak wiśnia i nieśmiało spuszczającéj oczy. Podkomorzanka rozumniejsza co to wszystko znaczy, o mało się w głos nie śmiała i żywo ruszała ramionami.
— Co to za błogosławieństwo Boże, — odezwała się nareszcie, — mieć ładną siostrzenicę, jeszcze jak mieszkam w Kaniowcach nigdy na przechadzkę nie wychodziłam w gronie tak licznem!
I śmiejąc się przedstawiła raz jeszcze Adelę pannie Petronelli któréj oczy mimowolne wyrażały podziwienie. Jeszcze się upamiętać nie miała czasu i skłamać, znać było że ją Adela olśniła i wzbudziła te same uczucie co w mężczyznach otaczających.
— Idziemy więc, a kto łaskaw z nami, — dodała po chwili ruszając się Podkomorzanka.
— A to może bym i ja poszła! — mruknęła rzucając spiesznie oczyma na brata przybyła — a WPan panie Referendarzu?
— I ja — jeśli wolno.
— I ja! — nie dając o sobie zapomnieć rzekł Szambelan.
To mówiąc puścili się wązką uliczką po dwoje, przodem Podkomorzanka z panną Petronellą która się ciągle oglądała, daléj losu trafem czy starą sztuką Adela z Szambelanem który się do niéj uśmiechał od ucha do ucha rozciągając usta, i tuż Referendarz do parkanu przyciśnięty, bo mu godność jego nie dozwalała zostać samemu jednemu w odwodzie.
Gdy po urywanéj i nic nie znaczącéj rozmowie wyszli na plac szeroki z którego cały kościół, klasztor i gruzy i drzewa oświecone silnym blaskiem zachodzącego słońca ukazały się ich oczom, Adela która pierwszy raz w życiu cudny ten obraz ujrzała, klasnęła w ręce nie tając podziwienia i radości.
— A! moja ciociu! jakże to śliczne! jakież to wspaniałe!
Podkomorzanka odwróciła się i pocałowała ją w czoło.
— A jakie smutne! — dodała — a jak zbliska ciekawe, zobaczysz...
— Ja to paniom wszystko pokażę, — rzekł Szambelan, — bo znam doskonale każdy kątek... wiem nawet mnóstwo o tem historji, ręczę że nikt lepiéj objaśnić nie potrafi.
Referendarz cały zajęty tem żeby z tyłu nie zostać, skorzystał z chwili i niespokojny podsunął się ku Podkomorzance zajmując miejsce na które go wzrokiem oddawna siostra powoływała.
Zaczęli iść ku górze gdy na ławce ukazał się im pan Joachim, który tamtędy powracając z polowania, spoczywał wśród ulubionéj ciszy; ale postrzegłszy zbliżające się panie i orszak ich zwycięzki, pomiarkował znać że może być wzięty za ciekawego jak inni natręta i szybko wsunął się w gąszcze cmentarne..... Postrzegła go jednak Podkomorzanka i odgadła.
— Cóż to za dzik z tego poczciwego pana Joachima, — rzekła, — ręczę że się boi aby go nie posądzono o zbytnią ciekawość i uciekł przed nami, a jednak on by to nam najlepiéj mógł pokazać klasztor i kościół.
— Panie Joachimie! hu! hu! panie Joachimie, — począł nawoływać z całego serca chcąc się przysłużyć i figla Szambelanowi spłatać Referendarz — hu! hu! panie Joachimie!
Tak natrętnemu i hucznemu wołaniu niepodobna się było oprzeć, okazywało ono że go postrzeżono, a nie mógł się pan Joachim tłumaczyć że go nie słyszał, bo Referendarz krzyczał ogromnie, nierad więc musiał się zawrócić nazad i stanąć na górze myśliwy ze swą strzelbą, torbą i psem wiernym, które go uniewinniały, bo nawet para kuropatw wisiała u troków.
— A czy to pięknie tak od nas uciekać? — poczęła z daleka Podkomorzanka, — właśnie gdy los szczęśliwy zdarzył że pan nam pokazać możesz ruiny które znasz najlepiéj.
— A już! — podchwycił urażony Szambelan.
— Przepraszam panią, — zbliżając się powoli, odezwał się zagadniony — postrzegłszy panie, nie śmiałem się im przedstawić w tym stroju i być natrętnym.
— Pan bo się zawsze i wszystkiego niepotrzebnie boisz, — odpowiedziała panna Petronella z przekąsem, — szczególniéj nas kobiet nieszczęśliwych.
W téj chwili wzrok pana Joachima zobojętniały i smutny padł na Adelę, która czarne oczy trzymała weń wlepione oddawna z ciekawością i zajęciem, — wejrzenia ich spotkały się i biedny sierota uczuł jakby śmiertelny dreszcz przebiegający po ciele.
Pierwszy raz w życiu doznawał wrażenia którego nie był panem, zawróciło mu się w głowie, zaniemiał, zmięszał się, uląkł by nie paść bo czuł że nogi się pod nim zachwiały. Mimo usilności by pokryć stan ten przykry, utaić go nie mógł przed oczyma widzów, wszyscy dostrzegli pomięszanie. Adela spuściła oczy z niepokojem i wstydem... i chwila objawienia minęła.
Jaka jest często siła wzroku ludzkiego kiedy ten pada i spotyka drugie wejrzenie sympatyczne z którem się godzi i żeni — tego słowo nie wypowié — jest w tem jedna z niezbadanych tajemnic życia; często dosyć spojrzenia by dwoje ludzi powiązać i złączyć wspomnieniem na wieki. Pan Joachim uczuł się jakby odrodzony, zmieniony, odmłodniały, ożywił się, uśmiechnął, poczuł że ten wzrok jeden mógłby go powrócić do życia, że za to jedno wejrzenie, nic nad nie więcéj nie pragnąc, gotówby zostać niewolnikiem. Ale to było spojrzenie niewinnego dziecięcia, a on miał córkę starszą może od niéj, pomyślał i wstyd oblał mu twarz za tę płochość, za dziwactwo którego przypuszczenia darować już sobie nie mógł.
Ze wzgardą spojrzał sam w siebie, opamiętał się, ochłonął i unikając wejrzenia na Adelę która z ciekawością dziecinną badała przybysza, zbliżył się do Podkomorzanki.
Stanęli właśnie we wrotach głównego wchodu na którego poobijanych z tynku słupach, stały dotąd odrapane i mchem porosłe dwa posągi kamienne Ś. Stanisława Kostki z dziecięciem Jezus i Ludwika Gonzagi z lilją w ręku. Wysokie drzewa szumiały jakby pacierzem nad głowami świętych, co jeszcze pilnowali rozbitego przybytku. Na cmentarzu na który weszli, pełno było zielsk bujnych, a wśród nich kilka wązkich ścieżek wskazywały drogi któremi chodzono do opustoszałych gmachów. Wprost ogromne drzwi wśród ozdobnych wyrzynań kamiennych wiodły do wielkiego i wspaniałego kościoła dziś kilką staremi zamkniętego tarcicami, które usłużny Szambelan i Referendarz dla dam podnieść pospieszyli.
Wnętrze świątyni w ruinie było wspanialsze może niż kiedy, stała jeszcze całą i świetną — zniszczenie uczyniło ją męczennicą i oblokło aureolą boleści, — światło padające z góry zdawało się z niebios siać na nią błogosławieństwy. Gdzieniegdzie wśród potężnych słupów które dzieliły nawy, wisiał jeszcze szczątek łuku złamany, pokryty malowniczo zielonemi trawami, a światła zachodzącego słońca dziwnie się rozbiegły wieszając po kapitelach pilastrów i zakątkach kaplic, przerzynając przez okna i wyłomy złotemi pasy i smugi.
Niektóre z bocznych kapliczek pokrywało jeszcze sklepienie całe, gipsy i anioły poczepiane u stropów, a wśród cieniów ich gdzieniegdzie wypadła cegła i za nią całe muru kawały ukazywały niebo jasne i wypogodzone.
U słupów stały jeszcze framugi ołtarzów, mensy rozbite, sarkofagi zburzone; — widne były napisy, cyfry, godła, malowania spłukane i napół zatarte. Głównéj nawy ciężkie sklepienie padło oddawna i rozbiło łuki podziemiów grobowych, także w środku kościoła czarna przepaść dozwalała oku spuścić się w głąb tajemną na któréj dnie ze śmieciami razem walały się szczątki trumien, kości białe i powywracane czaszki z których wróble piły swobodnie wodę deszczową.
Gdy przechadzający się stanęli nad tą czarną otchłanią zamyśleni, Adela mimowolnie przyklękła i poczęła się modlić za dusze pogrzebionych w tem miejscu, ale zaledwie się schyliła brzeg sklepienia, się zachwiał, zachrzęszczał i gdy z okrzykiem uskakiwano na bok, kilkanaście cegieł runęły do grobów.....
Wszyscy się niezmiernie przelękli i szybko odeszli od miejsca tego, jedna Adela najmniéj była zmięszana, przepraszając tylko że swą nieostrożnością innych nabawiła strachu. Na Podkomorzance zwykle odważnéj, takie to zrobiło wrażenie, że chciała wychodzić natychmiast, i ledwie ją uspokojono zapewnieniem że nigdzie więcéj najmniejszego niema niebezpieczeństwa.
Pozostawało jeszcze do obejrzenia mnóstwo ciekawych rzeczy. Bokiem już i powoli, gdyż Szambelan niezmiernie się stał ostrożnym nie tając z obawą o życie, przeszli do ogromnéj zakrystji któréj sklepienie dotąd całe się uchowało. Na niem piękne malowanie al fresco, zachowane jakby cudem świeżo i bez uszkodzenia, wyobrażało Wniebowzięcie Najświętszéj Panny. Cały strop lazurowy okryty był przejrzystą ledwie dostrzeżoną chmurą aniołów, wpośrodku dziewica Boża ze złożonemi na piersiach rękami ulatywała swobodna, lekka i zdawała się zawieszona w powietrzu tak naturalnie jak złocisty obłoczek kadzidła wstępujący do nieba.
Referendarz który się miał za wielkiego znawcę malarstwa, kazał koniecznie patrzyć przez palce w trąbkę zwinięte, i uczynił ważną uwagę że ze wszystkich kątów obraz się równie dobrze wydawał.
Skończywszy oglądanie kościoła który wielkie na nich uczynił wrażenie, podróżni weszli w ogromne mury klasztorne i nieskończonéj długości otaczające je korytarze i krużganki. Wśród nich miejscami rosła murawa, leżały kupy gruzów i śmieciska, gdzieniegdzie puściły się drzewka w szczelinach muru zasiane i bujno zieleniały cisnąc się gałęźmi przez szpary ku słońcu. Do kurytarzy przytykały puste cele z powybijanemi oknami, refektarz na którego ścianie szary ślad ogromnego krucyfixu pozostał, i kilka innych sal, których przeznaczenie dziś trudno było odgadnąć. — Te gmachy opustoszałe wśród których biegały szczury, świergotały wróble i uganiały się kuny i łasice, smutkiem przejmowały serce...; tyle pracy, tyle życia zmienionych w kupę gruzu milczącą.
Szambelan usiłujący się popisać ze swą erudycją podaniową, zniecierpliwiony milczeniem, tu już otworzył usta chcąc okazać swą znajomość miejscowości i tradycji, i począł opowiadać wymownie o celach w których zamurowywano zakonników za przewinienia, dodając że w jednéj z takich izb kości tylko i łańcuchy znaleziono..... które ludzie nie starzy widzieli jeszcze...
Dodał że Jezuici uciekając pospiesznie, mieli, wedle podania, ogromne skarby zakopać gdzieś w lochach, o czem tak pewnie wiedziano, że na odszukanie ich wyznaczona była komisja, że jakiś braciszek który z zawiązanemi oczyma używany był do przenoszenia kosztowności, prowadził komissarzy... ale dotąd nic nie odkryto.
Słuchali téj historji Szambelana jedni z uśmiechem, drudzy z zaostrzoną ciekawością, ale że jemu znać samemu nie zbyt się musiała zdawać prawdopodobną, co chwila ją słowem honoru i uczciwości potwierdzał.
Szli daléj — a napisy łacińskie wpół starte, porozbijane godła zakonu, wschody połamane i walające się szczątki ołtarzów więcéj im mówiły nad paplaninę Szambelana. Gdy wreszcie z tych wilgotnych, długich a ciemnych murów i sklepień wyszli do ogrodu i cmentarza, wszystkim się pod czystem niebem lżej i weseléj zrobiło.
Między kościołem a parkanem opasującym go, była stara rola Boża pełna jeszcze nie zupełnie zniszczonych grobowców; chwasty, ziela i drzewa okryły mogiły pomiędzy któremi ścieżki nie ludzie ale zwierzęta porobiły..... Wśród traw wyglądały szare głazy z rzewnemi gdzieniegdzie napisy, które jak mówi Święty Augustyn, więcéj dla żywych potrzebne były niż zmarłych, ale dziś i żywym obojętne.
Szambelan o grobach téż silił się opowiadać równie ciekawe jak o klasztorze legendy, nabyte pono za pośrednictwem pani Farfurskiéj od miejscowych ludzi. Według niego w jednym z mauzoleów bezimiennych pochowani być mieli siedmiu szlachty rozsiekanych pod kościołem na sejmiku; rodzonych siedmiu braci, na których rodzina wygasła; — daléj była mogiła siedmnastoletniéj dziewicy, według Szambelana zmarłéj z miłości ku ciotecznemu bratu, z bardzo tragicznemi okolicznościami; u nóg jéj miał być grób narzeczonego.
Nie wiem jak długo stałoby mu wątku na tę kronikę grobową, bo znał w istocie doskonale wszystkie kwiaty poezji rozwinięte na tych gruzach, gdyby panna Podkomorzanka pomodliwszy się po cichu nie zażądała przejść do pojezuickiego ogrodu.
Była to dziś przechadzka miejska dość źle utrzymana, ale pełna cieniu i w piękne drzewa bogata! ulice z kasztanów i świerków, stare włoskie orzechy, zarośla ciemne wśród których gdzieniegdzie szlachetniejszy krzew przeglądał, — poprzerzynane były ścieżkami wijącemi się w różne strony. Drzewa nie obcinane od dawna i bujnie rozrosłe tworzyły jakby las dziwnie piękny bo z najrozmaitszych złożony roślin i najrozmaitszym pokryty liściem.
Wśród niego stały jeszcze szczątki pomników dawnych i ślady pobożności, kapliczki opustoszone, altana z krzyżem, posąg Świętego Ignacego bez rąk i głowy, kompas kamienny do którego już dawno nie dochodziło słońce...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.