Resztki życia/Tom I/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu I
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu I jako ePub Pobierz Cały tekst tomu I jako PDF Pobierz Cały tekst tomu I jako MOBI
Indeks stron
XVI.
W


W takiem usposobieniu upłynęły p. Joachimowi kilka lat wygnania spędzonych w Kaniowcach; przywykł do swojéj doli samotnika, uspokoił się powoli zupełnie, nie przewidywał już by tu co pokojowi jego zagrażać mogło. Ludzie któremi był otoczony, zdawali mu się życzliwi, towarzystwo ich miłe a nienatrętne, miasteczko wygodne — na resztki życia, czegóż więcéj mógł pragnąć? Bibljoteka po-jezuicko-pisarska dostarczała pokarmu do syta, miał grosz na pierwsze i skromne potrzeby wystarczający... gdy chciał samotności, gdy zażądał ludzi, i spokojnie czekał końca.
Czasem tylko po tem ołowianem niebie jesiennem przelatywały jak chmury wspomnienia żony, matki i dziecięcia ku któremu ciągnęło serce ojcowskie nieznające pociech rodzicielskich.
Stosunek ten z dziecięciem był dziwny i nieledwie upokarzający; — wychowana tak że ojca zrozumieć nie mogła, że prawie wyparła się swojego pochodzenia, córka unikała go i zapomniała, on do niéj odezwać się nie mógł. Ożenienie wwiodło ją w te sfery w których on przebywać nie lubił, w któreby się mógł wcisnąć tylko okupując upokorzeniem. Mąż jéj albo z nią żył za granicą, lub mieszkał w Warszawie, przyjeżdżali na wieś bardzo rzadko, bawili w swem kółku przywożąc z sobą przyjaciół cudzoziemców i męty różnego rodzaju z wielkiego świata, kuzynków podejrzanych, pieczeniarzy, pochlebców, a przed tą sfrancuziałą czeredą która frak i buty wprzód widzi niż człowieka, sądząc o głowie z przedziału we włosach, mógłże się pan Joachim pokazać? Mąż Eweliny nigdy o nim nie wspominał, ona zapomniała prawie że miała ojca — biedny Wielica mógłże własnemu się dziecku narzucać, miałże z swą suknią szarą stanąć w przedpokoju córki na pośmiech herbownéj zgrai lokajów?
Ilekroć Ewelina przybywała na wieś, drżał oczekując ażali w jéj sercu nie obudzi się jakie uczucie, czy się do niego nie odezwie, nie zgłosi choćby dla przyzwoitości, ale prócz pary listów które były ceremonjalne i chłodne, nigdy nic go nie pocieszyło, a hrabia Tylman tak się obawiał aby kto u niego tego ojca (jak się wyrażał), nie spotkał, że przybywając na wieś, umyślnem otaczał się milczeniem. Ojciec ten był dlań w istocie ze swą prostotą i powierzchownością surową, wielce kompromitującym.
Ewelina nie miała może nawet złego serca, ale to było dziecko tego świata w którym wszystko ulega obowiązkom przyzwoitości, gdzie zbrodnia prędzéj się przebacza niżeli śmieszność, a ojciec jak dowiódł pan hrabia, był zupełnie śmiesznym i co gorzéj, śmiesznym po polsku i po szlachecku, co go nie dozwalało nazwać excentrycznym i jako excentryka tolerować.
— Co za ton! — mówił zięć ruszając ramionami — jakie manjery, moja droga — jaka pewność siebie szokująca przy niezgrabstwie i gburowatości! To wieśniak naddunajski któregoby w Paryżu za biletami pokazywać można. Wierzę chętnie że to jest bardzo uczciwy człowiek, uczony, rozumny, głęboki, ale nasz ekonom jest podobno także uczciwy, mój były preceptor X... także rozumny, a obu ich jednak w towarzystwo nasze wprowadzać nie myślę.
Przyznajcie kochani czytelnicy, żeście nieraz podobne dowodzenia o nieznośnych szlagach słyszeli? Ci wielcy panowie (chciałem powiedziéć wielcy panicze, bo panów dawno niema, i tyle nam po nich zostało) nigdy człowieka nie osądzą inaczéj jak z powierzchowności, a największe bohaterstwo dla nich nie zapłaci zielonych rękawiczek włożonych nie w porze lub herezji przeciw modzie. Należy to do cech świata którego oni są częścią żeby te drobnostki podnosić do najwyższéj potęgi, a istotnéj wielkości, prawdziwego brudu ani cnoty, występku ani heroizmu za niemi nie widziéć.
Ilekroć wspomnienie córki przyszło mu na myśl, pan Joachim smutniał i stawał się dziki, unikał ludzi, zamykał ale nie wyspowiadał nikomu z tego co go bolało. Gdy mu list od niéj przyniesiono, bladł nie śmiejąc go otworzyć, wiedząc że jest blizko, drgał nadzieją poprawy dziecięcia, myśląc że go choć ukradkiem odwiedzi, — ale śliczna Ewelinka raz napisawszy ceremonjalnych słów kilka, już się miała za zupełnie czystą i wolną od innych obowiązków dziecięcia, a hrabia strzegł się czemkolwiek przypomnieć jéj ojca. — Jego też własny podobno żył gdzieś także w kącie na wygnaniu dawno się nie pokazując światu, a obowiązki synowskie ograniczały się równie późno i jak z łaski wypłacaną mu pensyjką, którą on z jakąś francuzicą przeżywał.
Trzeba przyznać mieszkańcom Kaniowiec że chociaż dobrze wiedzieli o tym smutnym stosunku ojca i córki, nigdy nikt słowem ni przymówką najlżejszą nie zranił serca pana Joachima, szanując wielką jego boleść ojcowską, a choć Szambelan i panna Petronella bardzo nieraz ciekawi byli dowiedzieć się coś od niego, oni nawet nie śmieli się odezwać ni spytać.
Śliczna hrabina gdy jéj czasem wypadło przejeżdżać przez Kaniowce, gdzieby już ojca w żaden sposób pominąć nie wstępując nie mogła, zawsze półtorej mili drogi nakładała i wolała najgorszą groblę i mosty dziurawe, niż twarz ojca spokojną, któraby dla jéj sumienia była wyrzutem, a dla hrabiego małżonka upokarzającem przypomnieniem pokrewieństwa z szaraczkami.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.