Resztki życia/Tom I/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu I
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu I jako ePub Pobierz Cały tekst tomu I jako PDF Pobierz Cały tekst tomu I jako MOBI
Indeks stron
XIX.
S


Słońce już zapadło za dalekie lasy gdy towarzystwo nasze powoli zaczęło się spuszczać ze wzgórza ku miasteczku; ale milczące i jakby zmieszane tem wystąpieniem Adeli któréj rozdrażnienie różne wrażenie uczyniło na przytomnych.
Panna Petronella uspokoić się nie mogła tak ją korciło opowiedziéć komuś tę komedję panny Adeli któréj zimnem sercem swem zrozumieć nie umiała; Referendarz szedł zamyślony znajdując całą tę historję dosyć nieprzyzwoitą przy świadkach; Szambelan aby ją sobie wytłumaczyć dopełniał w myśli całym melodramatem jakimś w przeszłości i okropnościami romansowemi, w ostatku pan Joachim bolał serdecznie czując że łzy się nie kłamią, że poczciwe tylko serce żalem poczciwéj przeszłości wybuchnąć może. Podniosło to jego współczucie dla sieroty, i uwielbienie jego dla tęsknego dziewczęcia.
Podkomorzanka wreszcie wracała jakby złamana ciężarem tych głośnych wyznań, osmucona i nieufna czy dziecię zbolałe pocieszyć i ukołysać potrafi.
W milczeniu prawie doszli do drożyny między sadami i ulicy miasteczka, gdy na zawrocie do domu ciotka wstrzymała się nagle, i ujęła Adelę za rękę.
— Dziecię moje, — rzekła, — chodźmy do świętego starca aby cię pobłogosławił, ujrzysz tam jak boleść, ubóstwo i osierocenie znosić potrzeba, to ci doda męztwa i rozpromieni..... Nicem ci jeszcze nie mówiła o Żelizie.....
Na wspomnienie tego imienia Referendarz spojrzał ku siostrze i oboje pospieszyli pożegnać Podkomorzankę znać nie chcąc jéj w téj wycieczce towarzyszyć. Szambelan ochłonąwszy z zapału uznał także za potrzebne powrócić dla uniewinnienia się w domu, i sam tylko pan Joachim którego Podkomorzanka wstrzymała, pozostał z niemi.
— Widzę że nas wszyscy opuszczają, — rzekła do niego, — pan pewnie nie masz nic pilnego i mógłbyś nam towarzyszyć..... Będziesz naszą strażą...
Pan Joachim skłonił się w milczeniu, a już szatan nadziei ułudnych cisnął go urokiem tych czarnych oczów w krainę marzeń... już mu miło było pozostać i serce uderzyło radośnie gdy chwilę zyskał niespodzianą. Adela uśmiechnęła się doń z podziękowaniem i współczuciem jakiemś. Trudno to wytłumaczyć dlaczego nań inaczéj jak na drugich, poufaléj, miléj spoglądała, dlaczego odwracała się doń mówiąc jakby szukała potwierdzenia, pan Joachim bowiem prawie się dotąd nie odzywał i nie dał jéj poznać chyba wyrazem smutnéj, bratersko cierpiącéj twarzy.
— Nic jeszcze nie wiesz o Żelizie, — mówiła daléj Podkomorzanka, — jest to ojciec tego młodego człowieka któregośmy spotkali na przechadzce w ogrodzie... nieszczęśliwy paralityk oddawna nie powstający z łoża, który dzieci kilkoro stracił, ubóstwo cierpi, chorobę znosi i prawdziwie na świętego wygląda... Zresztą zobaczysz go i osądzisz co warto błogosławieństwo jego ręki...
W popijarskim kościołku dzwon się odezwał na Anioł Pański zdaleka i wszyscy umilkli wchodząc pod ocieniony ganek dworku Żelizy. W pierwszéj izbie ciemno tu było jeszcze, ale z drugiéj błyskało światło od łoża chorego i szmer jednostajny jakby czytanie modlitwy słyszéć się dawał.
Na progu stanąwszy spostrzegli starca z siwą długą brodą siedzącego na łożu, z różańcem na szyi i krzyżykiem ściśnionym w wychudłych dłoniach, z oczyma podniesionemi do góry, przy którym z jednéj strony modliła się klęcząc żona, z drugiéj syn głośno czytający modlitwę... Na przeciw na ołtarzyku domowym paliła się lampa przed obrazem, a świeca z umbrelką stała przed młodym chłopakiem który głosem wyraźnym i czystym wymawiał powoli słowa modlitwy za umarłych.
Jakże to pięknie kościół wybrał tę chwilę zmroku o zachodzie słońca święcąc ją tym co zaszli jak słonko na drugi świat? jak dobrze ona przystała do wieczornych pacierzy, do potrzeby duszy która o téj godzinie, krąży około wspomnień za umarłemi i wzdycha do przeszłości?
Gdy ostatnie „wieczne odpoczywanie“ wyszeptał, starzec który dawno widział przybyłych, ale dla nikogo nigdy nie zwykł był przerywać modlitwy, zwrócił się ku Podkomorzance... Młody Żelizo zarumieniony cały usunął się z xiążką pospiesznie, matka jego pobiegła na spotkanie swéj dobrodziejki, wszyscy gorącemi od ciekawości oczyma ścigali Adelę... Nawet starzec przymrużywszy powieki długo i z zajęciem począł się wpatrywać w piękne dziewczę na którego powiekach znowu łza jakaś świeciła...
— Ojcze Żelizo, — odezwała się przybyła, — przyprowadzam wam dziecko moje abyś je na nowe życie pobłogosławił..... to wnuczka naszéj staruszki z Ohrowa..... sierotka, ale od kilku dni córka moja przybrana..... Tyś tu nasz Kaniowiecki patriarcha, zmówże paciorek na intencję tego aniołka aby mu życie zbyt ciężkim na ramiona nie spadło kamieniem.
Żelizo nic nie mówiąc długo patrzał na zarumienione dziewczę i szeptał ręce trzymając jak do pacierza złożone, siwa tylko głowa jego poruszała się jakby w takt niepochwyconéj dla otaczających modlitwy; nareszcie krzyż zakreślił nad pochyloną głową Adeli i usta się jego spokojnym rozpogodziły uśmiechem.
— Błogosławię, — rzekł, — i z serca, nigdy mi może w życiu tak lekko, tak miło nie było modlić się jak dzisiaj za nią. To modły co idą ciężko i walczyć muszą by były przyjęte, dusza czuje że im tam gdzieś zapierają wrota; te poleciały jak ptaki i pewnie ich Bóg wysłuchał. Niechże ci się śmieje życie, — dodał, — i aniołowie prowadzą unosząc po nad drogi skaliste, do spokoju w tem i przyszłem życiu. Amen.
— A! a! — rzekł zamilkłszy chwilę, — znałem ja staruszkę z Ohrowa w dawne czasy, gdy jeszcze po świeciem się włóczył, święta to była pani, i co ona wychowała poczciwe być musi.
— Wystawże sobie mój kochany Żelizo, — dodała Podkomorzanka, — że mnie to Bóg dał szczęście, Adelkę po babuni odziedziczyć! nieprawdaż że mam prawo cieszyć się i być dumną?
W czasie téj rozmowy żona paralityka i syn stojący na uboczu, oka nie spuszczali z przybyłéj, chłopak przysunął jéj krzesło, staruszka troskliwie je otarła, a oboje pięknéj jéj twarzy jaśniejącéj piękniejszą jeszcze duszą napatrzéć się nie mogli.
— O, — odezwała się Żelizowa, — myśmy to już o tem szczęściu pani wiedzieli, bo całe miasteczko trzeci dzień nie mówi tylko o pannie Adeli, a co się naskakali koło dworku żeby ją choć przez okno zobaczyć.
— No! to już dziś są zaspokojeni, — zawołała Podkomorzanka, — umyślnie wyprowadziłam ją na przechadzkę, aby dłuższą tajemniczością choroby nie nabawić panny Petronelli i Szambelana.
Pan Joachim się uśmiechnął.
— Darujże im pani, kto nie ciekawy? a jeszcze w tak głuchym kątku, gdzie tak rzadko obcą twarz widziéć możemy.
— No! przyznaj się i WPan do grzechu panie Joachimie, — i ty Brutusie spiskowałeś pewnie pod mojemi oknami?
— Otóż nie pani! przyznałbym się gdyby tak było, chwalić nie mogę bo kłamać nie potrafię..... Jam już, pani droga, i nie ciekawy i nie tak wesół jak Szambelan..... Wstyd mi powiedziéć, alem do dziś dnia wcale nie pragnął podglądnąć tajemnicy......
— Doprawdy! — kiwając głową rzekła Podkomorzanka — wierzę, ale się dziwuję...
— A ja, — poważnie zawołał stary Żelizo, — przyznaję, że z niecierpliwością wyglądałem żeby mi pani przywieść raczyła nową naszą sąsiadkę..... widok młodości starym oczom potrzebny, odświeża nas, rozwesela, umacnia jak powietrze wiosenne....
Gdy tak rozmawiają, Adela z ciekawością dziecięcia poczęła się rozpatrywać w izdebce na któréj ścianach malowało się całe niemal życie, myśli i nadzieje starca, wzrok jéj zatrzymał się dłużéj nieco na ołtarzyku kwiatami świeżemi ubranym, na świętych obrazkach, na staréj szabli i świątecznem ubraniu co do trumny służyć miało, na zeschłéj palmie kwietniowéj i opylonym wianku ostatniego żniwa. Wszędzie widać było wielkie a skrzętne ubóstwo człowieka co się z niem pogodzić i żyć umiał. Stara Żelizowa zdawała się jéj myśli zgadywać, przysiadła się do niéj i po cichu rzekła:
— Widzisz pani jak nam tu dobrze, cicho i spokojnie, Bogu i dobrym ludziom winniśmy osłodę w nieszczęściu co i własne i cudze serca poznać nam dało... Cóż życzyć więcéj? chyba wytrwania i chwili kiedy nasz syn dorośnie do pracy aby się nią dobrodziejom wywdzięczył, a z nami mógł być ciągle razem..... Bo to jeszcze jeden jedyny ciężki kęs do zgryzienia, że go ledwie zrzadka i nakrótko widywać możemy.
— Ale za to, — odezwała się Podkomorzanka, — ilekroć go widzicie to coraz dorodniejszym i pełniejszym siły i przyszłości..... Jabym go teraz nie poznała tak zmężniał i spoważniał.
— Już téż czas, — rzekł stary, — nam ubogim niema co długo w pieluchach się wylegać i dziecinić, naglą obowiązki, woła życie do roboty, musiemy wstawać rano...
— I kłaść się spać wcześnie, kochany Żelizo, — przerwała Podkomorzanka, — dobrze ci to przypomnieć kiedy starym obyczajem budzisz się o świcie, więc dobranoc...
Wstali by odejść wszyscy, ale stary nierad był temu widocznie, nie mógł się on napatrzéć Adeli i pożegnał ją prosząc by go najczęściéj odwiedzała.
— Dla was to nie zabawa siedziéć u łóżka paralityka, ale jemu jałmużną weselsza twarz i słowo..... pamiętajcie o tem pani moja, odwiedźcie nas czasem, Pan Bóg i to policzy, bo tam u niego nic nie ginie...
Toż powtórzyła odprowadzając ich Żelizowa, a oczy młodego chłopca wymownie świadczyły, że dlatego tylko nie mówił, iż się nie ośmielił ust otworzyć.
Na Adeli ten domek szpitalny głębokie uczynił wrażenie, wyszła z niego przejęta i zadumana.
— Mój Boże, — odezwała się pocichu do ciotki, — maleńkie miasteczko wasze, a co w niem ludzi różnych, ile twarzy rozmaitych i cierpienia!
— Gdzież go niema? — rzekł pan Joachim powoli, — pani widzisz dotąd tylko to co jest na powierzchni, a w głębi mnóstwo jeszcze ukrytego dla niéj zostało, to może co najciekawsze i co najboleśniejsze.
Na małą skalę cały świat; gdy go pani poznasz lepiéj, dostrzeżesz dopiero, ile w jego głębi kryje się jeszcze dziejów i cierpień ukrytych..... Ale to zawsze taż sama historja człowieka co się spodziewa, uśmiecha, zawodzi, boleje, zamiera i kona.
Zbliżyli się do okrągłego ganku Podkomorzanki i pan Joachim chciał pożegnać panie, gdy ciotka ujęła go za rękę z właściwą sobie rubasznością.
— Czego? po co się pan spieszysz? w domu nie masz nikogo, nikt cię nie czeka, zostań z nami na herbacie, strzelbę i torbę można tu złożyć bezpiecznie gdzie w kątku, a pogadalibyśmy jeszcze.
Oczy Adeli zwróciły się wtórząc prośbie Podkomorzanki i pan Joachim oprzeć się im nie umiał, pozostał więc na cały wieczór u sąsiadki.
Czuł on niedorzeczność jaką popełniał, wiedział dobrze że doznawszy wrażenia które mu się niebezpieczeństwem wydawało nie bez przyczyny, należało powtórzenia go unikać, a jednak oprzeć się nie potrafił wzrokowi który go ciągnął ku Adeli. Wyrzucał to sobie jak płochość i nieopatrzność, niepokoił własném postępowaniem i poradzić nie umiał.
Podkomorzanka była w najlepszym humorze, i wkrótce rozmowa skierowana od miasteczkowych plotek, na rozleglejsze pole ogólnych uwag o ludziach, świecie i życiu, stała się żywą i zajmującą... Adela z razu nieśmiała dała się w nią wprowadzić i czynny brała udział okazując czem była w głębi, oczarowując do reszty pana Joachima, który z bijącem sercem późno w noc do swego dworku powrócił.




Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.