Resztki życia/Tom I/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu I
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu I jako ePub Pobierz Cały tekst tomu I jako PDF Pobierz Cały tekst tomu I jako MOBI
Indeks stron
XX.
T


Tu dopiero gdy znowu się ujrzał wśród zwykłych mu przedmiotów, w tym kątku co długie jednostajne widział lata spędzone na dumaniu tęsknem i jałowéj pracy, pan Joachim postrzegł, porównając dzisiejszego siebie, do tego którego był przywykł spotykać, jak daleko jednego dnia wrażenie pochwyciło go i uniosło. Sam siebie nie poznawał dzisiaj, to co go otaczało inaczéj mu się wydawało, świadcząc o zmienionym stanie duszy, i stanął przestraszony drogą którą ubiegł w kilku godzinach.
— A! stary głupcze, — rzekł z ironicznym uśmiechem kładąc rękę na sercu, — czyż jeszcze chce ci się nowych boleści i jesiennych kwiatów gdy mróz grobowy lada dzień ci ma zawitać! Wzrok jednego dziecięcia, uśmiech młodéj twarzyczki znowu cię unosi do raju z któregoś został wygnany... po to by anioł z mieczem ognistym jeszcze raz cię z niego wypędził. Co za szaleństwo! zuchwałość, śmieszność, upadek. Twoje życie się skończyło, tamto ledwie rozpoczyna, raz jeden spotkałeś jéj wejrzenie, a już głowa się pali i pierś bucha — nie jestże to obłąkanie, nie jestli szał niedarowany nikomu, a mniéj niż komu tobie, co dożywasz resztek twych kaleką bezsilnym...
Tak mówił do siebie Joachim i rzuciwszy w kąt torbę i strzelbę, chodził wielkiemi krokami po pokoju nie mogąc się uspokoić. Chwilami owładywało nim wrażenie i puszczał się marzyć, to znów stygł, wzdrygał, szydził nielitościwie z siebie i przerażał stanem duszy. Z téj walki nieméj przywykły do cierpienia, wyniósł jako zdobycz postanowienie unikania domu Podkomorzanki i bliższych stosunków. Był to w istocie jeden środek zaradczy przeciwko chorobie która może do zbytku groźną wydała się panu Joachimowi. Ale on tak był przywykł do spokojnego życia i zdrętwienia od lat wielu, że maluczkie uderzenie serca już mu się strasznem wydać musiało.
Dobrze już było późno gdy znużony zapragnął odpocząć i wedle zwyczaju swego wziął xiążkę by się czytaniem ostudzić, ale najniespodzianiéj otworzyły się drzwi powoli i przez nie w kaftaniku pikowym wsunął się oglądając dokoła Wędżygolski.
— Wiem że późno i że asindziejowi przeszkadzam, — rzekł poufale sąsiad badając wyrazu twarzy Wielicy — ale przychodzę tylko na chwileczkę maluteńką z bardzo ciekawą nowiną. Otóż mówiłem z wielkim nieznajomym.
— A! — nieprzytomnie odezwał się pan Joachim.
— Jak mnie widzisz, prawda, — dodał Szambelan, — żem go prawie zmusił do rozmowy i wziąłem jak charty zająca... Rzecz się tak miała: gdym pożegnał państwa udałem się wprost do domu, ale jakby przeczuciem nie poszedłem ulicą, tylko bokiem poza ogrodami...
— Ludzie złośliwi powiadają, że tamtędy przechadza się Anusia stolarczanka... szepnął uśmiechając się pan Joachim.
— Zachciałeś asindziéj... ani mi to w głowie. Idę tedy, aż poza sobą słyszę wiatrem ktoś pędzi, ścieżynka wązka, oglądam się, mój nieznajomy... w tejże chwili myśl mi przychodzi żeby mu się lepiéj przypatrzéć i taki przecie zaczepić. Widzę że zwalnia kroku, ja także, idziemy jak dwa żołnierze noga za nogą, nareszcie wymierzyłem tak, że tam gdzie się musiał do swego dworku zawrócić, zastępuję mu i życzę — dobrego wieczoru. Nie było sposobu uniknąć mnie... Schrzypłym dosyć głosem, rzuciwszy na mnie ostre i przeszywające wejrzenie, oddał mi ukłon i chciał iść daléj. Ale, stara sztuka, biorę go niemal za kołnierz. — Cóż to pan z nikim się już poznać nie zechcesz? — Przyparty do muru, widząc że mnie nie uniknie, wyprostował się, nasrożył. — Nie rozumiem, — rzekł, jak można kogo chcieć przymusić aby żył z ludźmi kiedy mu się to niepodoba? Na co ja państwu i nacoście państwo dla mnie? Każdy z nas dosyć już zna ludzi by ich nie pragnął i nie był ciekawy... dajmyż sobie pokój...
— Cóż, i na tem koniec? — spytał Wielica.
— Na ten raz, koniec, — odparł Szambelan ocierając chustką pot z uznojonego czoła, ale ja to mam za początek tylko. Wyraźnie oryginał który chce by go szturmem zdobyto...
— Ale czy wart, panie Szambelanie?
— Zawsze warto dojść co to jest i dobadać kto tu między nas wszedł nieproszonym gościem, któż wie co to za jeden? Powiadam asindziejowi figura niepospolita, ale twarz w ruinach, czoło poorane w bruzdy całe, oczy wpadłe, policzki wybladłe, usta sine, na całem obliczu ślady jakiejś okropnéj przeszłości..... W wejrzeniu niewysłowiony niepokój, a gdy na mnie skierował je, aż mróz przeszedł po ciele, zdawał się dobywać wnętrzności.
— Teraz, — mówił daléj Szambelan, — nie koniec na tem, dojdę jego tajemnicy, dośledzę co za jeden i co tu robić myśli, inaczéj nie moglibyśmy być spokojni w takiem sąsiedztwie. Ale no, a panna Adela, — uśmiechnął się rozpromieniając, — prawda że cudo! ha?
— Ładna dzieweczka, — odpowiedział chłodno spuszczając oczy jak winowajca pan Joachim — nic więcéj.
— Co asindziejowi! — krzyknął stary zrywając się z krzesełka — ładna dzieweczka! żartujesz czy drogi pytasz! A toż to anioł wcielony! ja aż się czuję odmłodzonym żem tylko na nią popatrzał, cóż to się z asindziejem dziać musi coś miał szczęście z nią cały wieczór przepędzić. Wszak tak? już i to wiemy, nic się nie utai... Ale ostrożnie panie Joachimie żeby się nie wplątali, Podkomorzanka może mieć projekta..... ani się postrzeżesz jak zaszłapiesz.
Trochę wprawniejsze nad Szambelańskie oko byłoby dojrzało w panu Joachimie pomieszanie jakie te wyrazy na nim sprawiły, choć usiłował źle udanym śmiechem pokryć niepokój i odparł szybko.
— Zmiłuj się pan, co za dzikie myśli! nacóż ja się komu przydać mogę? stary i ubogi! pomyśl sam.
— Już ja to myślałem, — rzekł Wędżygolski, — stary jeszcze nie, tylko dobrowolnie się starzysz, — ubogi... no! to stosunkowe, a Adela słyszę nie ma nic i wątpię żeby jak ludzie chcą, Podkomorzanka jéj wszystko zapisać miała, familja nie pozwoli... Któż to wié co kobietom po głowach chodzi?? potrzeba być ostrożnym koło ognia żeby się nie upiec.
— Z nas dwóch, kochany Szambelanie, podobno panu to niż mnie straszniejsze, bo się grzać lubisz, a ja moje zimno znosić przywykłem.
— A zaraz przymówki, no, to dajmy pokój! — skończył stary, — ale nie zaprzeczysz że dziewczyna anioł! Zakocha się w niéj Referendarz niechybnie, młody Żelizo to niema co i mówić, ja naturalnie, i poczekawszy asindziéj... dopieroż to będą komedje... Ale ja bzdurzę, a tu dobrze czas spać..... spokojnéj nocy.
To mówiąc pikową kurtkę nałożył czapeczkę na uszy, zatulił usta chustką bojąc się kataru, i dobrze opatrując drogę powoli posunął do domu.




Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.