Rózia — róża i aptekarz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Rózia — róża i aptekarz
Podtytuł Fragment z dziejów serca pana Tadeusza
Pochodzenie „Kolce“, 1877, nr 12
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca Aleksander Pajewski
Data wydania 1877
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


RÓZIA — RÓŻA I APTEKARZ,
fragment z dziejów serca pana Tadeusza.





Pan Tadeusz w czasie kiedy go znałem miał lat dwadzieścia. Pełnił obowiązki sekretarza przy sekretarzu od gorzelni, czytywał poezje, gonił wichry na koniu, co lat ośmnaście w artyleryi wysłużył i kochał się na zabój w dorodnej pannie, która żartowała z niego, z jego konia i uczuć... Ona żartowała z niego... a niewiedziała o tem, że ten młody człowiek, to uczucie i ten koń, stanowili razem nierozdzielną całość — a przepraszam... dopełnieniem bowiem tej całości był kundel biały w czarne łaty — pies nie tyle piękny ile wierny, przywiązany.
Uczucie pana Tadeusza było silne jak koń, koń był tak wypasiony jak uczucie, a pan Tadeusz ze swem uczuciem był wiernym jak pies (chociaż był cały czarny i nie miał ani jednej łaty dla odmiany).
Młody człowiek nosił długie włosy i miał minę pełną melancholji.
Bóstwo jego myśli, piękna panna Róża mówiła, że pan Tadeusz wygląda jak młoda wrona, a pan Tadeusz brał to za objaw miłości, i jeszcze dłuższe włosy zapuszczał, byleby tylko do młodej wrony był podobnym bardziej.
— Lubi ona widać ten rodzaj ptastwa, myślał, i to dla mnie wystarcza, gdyby chciała starałbym się być podobnym do sowy, gila, bociana nawet. Zresztą wszystko mi to jedno, mój pryncypał szydzi z uczucia i nazywa mnie warjatem, ona mówi że mam minę młodej wrony, a pomimo to jednak ja i Rózię kocham i pryncypała szanuję.
Czasem zdarzało się memu przyjacielowi Tadeuszowi, iż czynił pomyłki niewinne zresztą.
Nieraz zadumany brał pryncypała za Rózię i patrzył w niego jak w obraz, a czasem rozmawiając z Rózią, sądził, że ma do czynienia z pryncypałem.
Były to niewinne figle, które miłość zwykła płatać swoim ofiarom, a któż z nas nie był ofiarą miłości. Kto nie padł przeszyty strzałą rzuconą z czarnych lub szafirowych źrenic?
Pan Tadeusz mieszkał w małem miasteczku — Rózia zaś w małym dworku pod lasem, wśród łąk woniejących i pól pokrytych złotemi kłosami. Siedmiowiorstowa przestrzeń dzieliła te dwa młode serca. Wysłużony ranżer artyleryjski ciężkim galopem, trzy razy na tydzień przebiegał tę drogę... trzydzieści siedm razy potykał się na grobelce, ściągnięty mundsztukiem i spięty ostrogami, szedł ceremonjalnym marszem przed oknami dworku, a czasem rycersko przeskakiwał mały płotek, przyczem zwykle tak stękał żałośnie, jakby czuł że w tym skoku może wszystkie cztery wysłużone nogi połamać...
Była wiosna.
Ogródek w Kozich-Rożkach już się zaczął zielenić, drzewa puszczały pączki, a w głowie młodzieńca było jeszcze bardziej niż w ogródku zielono.
Stał on oparty o klon stary i patrzył w zachwyceniu, jak Rózia z siostrą w kapelusikach słomkowych pracowały nad urządzeniem klombów w ogródku.
Ładny to był obrazek... niby wstęp do rozkosznej sielanki miłości, lub do elegji rozpaczy i zwątpienia...
Różnie bywa na świecie, gdzie jest ogródek, ładna panna i młodzian do młodej wrony podobny, tam można się wszystkiego spodziewać.
Tym razem jednak nie stało się nic nadzwyczajnego, młodzieniec pomagał pannom kopać, a kopał z takim zapałem, jakby sądził, że w wilgotnej ziemi ogródka leży kosztowny skarb wzajemności ukryty.
— Wiesz Maniu, rzekła Rózia, jakby to było ślicznie gdyby w środku tego klombu zasadzić krzak białej róży.
— A zkąd jej dostać, my przecież białych róż nie mamy.
— Będziecie panie miały, rzekł Tadzio z powagą.
— Zkąd?
— Niewiem.
— Kiedy?
— Jutro.
— Jutro?
— Raniutko o czwartej.
— Pan żartuje?
— Nie zwykłem żartować w rzeczach serjo, rzekł Tadzio usiłując nadać swoim słowom ton uroczystej powagi.
Dziewczęta śmiały się i żartowały z niego, lecz on milczał uparcie, a na wszystkie pytania jakiemi go obsypywały, miał tylko jedną odpowiedź:
— Róża będzie.
Wszyscy poszli spać, uciszyło się już we dworku, a blady księżyc wyglądając z za chmur, widział młodego człowieka podobnego do wrony, jak szedł krokiem uroczystym, po błotnistej grobli wiodącej do miasteczka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Są chwile w życiu ludzkiem w których (jak mówi Jacek Soplica) trzeba zarżnąć cielę zasad na ofiarę miłości, zarżnąć je nożem poświęcenia.
Aptekarz w miasteczku miał prześliczne róże na dziedzińcu, w klombie przed samemi oknami rósł krzak przepyszny, obrzucony co lato mnóstwem białych bukietów.
Ten krzak trzeba było ukraść...
W śród cieniów nocy, tej opiekunki kotów i złodziei zbliżał się ku parkanowi Tadzio z bochenkiem chleba pod pachą, i zaczynał wstępne układy z psami broniącemi przystępu do spiżarni zdrowia miasta X.
Psy są to bardzo zacne stworzenia, zwłaszcza chlebem można im trafić do przekonania. W pół godziny później Tadzio wydrapał z ziemi krzak róży, a jeszcze później niósł go w kierunku Kozich-Rożków, przyniosłszy zaś wkopał w środek klombu i usnął dumny z dokonanego dzieła.
Rózia była w zachwyceniu, tajemnicze zjawienie się róży, podniosło Tadzia w jej oczach jeżeli nie do wysokości czarownika to bardzo blisko tego i tryumfujący młodzieniec w nagrodę za tak miły podarek otrzymał serdeczne uściśnienie ręki, którą również serdecznie, a może serdeczniej jeszcze ucałował.
Był to pierwszy krok na dobrej drodze uczyniony. Po śniadaniu Tadzio wsiadł na swego weterana, spiął go ostrogami i ciężkim galopem pomknął przez grobelkę, na której, na pociechę ludzkości karku nie skręcił...
Gdy wjeżdżał do miasteczka, aptekarz zobaczywszy go z okna zawołał:
— Panie Tadeuszu!
— Słucham pana.
— Śliczne infusum, wiesz pan co się stało, żeby ich kwas karbolowy!...
— Co takiego?
— Złodziejstwo bezczelne... dochodzi do czegoś strasznego, wyobraź pan sobie jakie mi infusum urządzili złodzieje.
— Konie panu skradli?
— Nie.
— Więc zboże?
— Nie.
— Więc materjały jakie?
— Gorzej panie! gorzej, różę mi skradli z klombu, żeby ich kwas pruski ogarnął...
— A mój Boże! co za szkoda.
— I co mnie najgorzej gniewa, to że nie mogę wpaść na trop złoczyńcy.
Tadzio zrobił minę bardzo tajemniczą i szepnął:
— Czy pan dobrodziej zauważył że doktór nasz bardzo lubi kwiaty.
— Acha! ten tani recepciarz! co do wszystkich lekarstw przepisuje syropus simplex, jakby droższych nie było, ten fabrykant nieboszczyków! protektor stolarzy!
— Nie wiem panie, ale zdaje mi się...
— A to panieńska skórka! żeby go kwas pruski, chodźmy do niego, panie Tadeuszu! chodźmy do niego do ogrodu, ale jeżeli poznam moją różę, to mu dam taki miętowy pastylek, że go będzie paliło jak po krotonowym olejku!..
Poszedł Tadzio z aptekarzem do ogrodu doktora, obejrzeli kilkadziesiąt krzaków róż ale chociaż szanownemu farmaceucie zdawało się, że poznaje swoją własność, jednak z drugiej strony pamiętał o tem że krzaki róż są bardzo do siebie podobne i że omylić się łatwo.
— Poczekam aż zakwitną, mówił, a tego fabrykanta nieboszczyków może sumienie ruszy i będzie droższe lekarstwa zapisywał!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W Kozich-Rożkach, krzak białej róży pokrył się ślicznemi kwiatami, nie jeden z tych kwiatów zdobił główkę Rózi, a serce pana Tadeusza gorzało miłością jak zwykle. Klemens Junosza.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.