Prostaczek/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Prostaczek
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I. Jako przeor klasztoru Najśw. Panny z Góry i jego siostra spotkali Hurona.

Pewnego dnia, św. Dunstan, Irlandczyk z pochodzenia a święty z zawodu, wyruszył z Irlandyi na małej górce, i, płynąc ku wybrzeżom Francyi, przybył, z pomocą tego wehikułu, do zatoki Saint-Malo. Znalazłszy się na brzegu, pobłogosławił górę, która skłoniła mu się uniżenie, i wróciła do Irlandyi tą samą drogą.

Dunstan założył w tych stronach mały klasztorek, i dał mu nazwę Góry, którą to nazwę nosi dziś jeszcze, jak każdemu wiadomo.
W r. 1679, 15 lipca wieczorem, X. de Kerkabon, przeor Najśw. Panny z Góry, przechadzał się nad morzem z panną de Kerkabon, swoją siostrą, kosztując świeżego powietrza. Przeor, już nieco w wieku, był to zacny kapłan, zażywający miłości u sąsiadów, jak wprzódy zażywał jej u sąsiadek. Wielkie poważanie zjednało mu w okolicy zwłaszcza to, iż był, w całej prowincyi, jedyną duchowną osobą, której, po wieczerzy z kolegami, nie trzeba było odnosić do łóżka. Dość był bity w teologii; kiedy zaś znużył się św. Augustynem, szukał wytchnienia u Rabelego; toteż, wszyscy go chwalili.
Panna de Kerkabon, dotąd, mimo szczerej ochoty w tej mierze, niezamężna, wyglądała, w czterdziestej piątej wiośnie, wcale świeżo. Z natury była dobra i tkliwa: lubiła dobre życie i była nabożna.
Przeor, spoglądając na morze, rzekł: „Ach, tak, w tem właśnie miejscu wsiadł na okręt biedny nasz brat, wraz z drogą bratową, panią de Kerkabon, swoją żoną. Było to w 1669; fregata nazywała się Jaskółka; jechał zaciągnąć się do wojska w Kanadzie. Gdyby nie to że go zabito, moglibyśmy mieć nadzieję ujrzenia go jeszcze.
— Czy wierzysz, rzekła panna Kerkabon, że bratową zjedli Irokezi, jak nam oznajmiono? — Hm, oczywiście: gdyby jej nie zjedli, byłaby wróciła… Będę ją opłakiwał całe życie… Była to urocza kobieta; brat zaś, przy swoich talentach, byłby zrobił wielki los“.
Tak roztkliwiając się oboje, ujrzeli niewielki okręcik wpływający w zatokę: byli to Anglicy, którzy wieźli na sprzedaż płody swego kraju. Wysiedli na ląd, nie zwracając uwagi na X. przeora ani na jego siostrę, bardzo dotkniętą tym brakiem względów.
Zgoła inaczej zachował się pewien młody człowiek bardzo zręcznej postaci, który skoczył jednym susem poprzez głowy towarzyszy i znalazł się tuż nawprost panienki. Skinął jej głową, nie będąc włożony w ceremoniał ukłonów. Fizyognomia jego oraz strój zwróciły uwagę przeora i jego siostry. Miał gołą głowę i gołe łydki, na nogach lekkie sandały, długie włosy zaplecione w warkocze; obcisły kaftan uwydatniał smukłą i gibką kibić; wyraz twarzy był dziarski i łagodny zarazem. W jednej ręce miał buteleczkę wódki Barbadyjskiej[1], w drugiej sakwę, a w niej kubek i parę wybornych sucharów. Mówił po francusku dość zrozumiale. Poczęstował wódką pannę de Kerkabon i przeora; napił się z nimi, dał im golnąć raz jeszcze, a wszystko z taką naturalnością i prostotą iż oboje byli zachwyceni. Ofiarowali mu swoje usługi, pytając kim jest i dokąd się udaje. Odparł iż sam nie wie, że jest z natury ciekawy, że chciał poprostu obejrzeć wybrzeża Francyi, i że, dokonawszy tego, wraca.
Przeor, wnosząc z akcentu że nie jest Anglikiem, pozwolił sobie zapytać młodzieńca z jakiego kraju pochodzi. „Jestem Huronem“[2], odparł.
Panna de Kerkabon, zdumiona i zachwycona uprzejmościami jakich doznała ze strony Hurona, zaprosiła go na wieczerzę. Nie dał się prosić dwa razy, zaczem, wszyscy troje ruszyli w stronę opactwa.
Pulchna i przysadzista panienka przyglądała się chłopcu małemi oczkami, i mówiła raz po raz do brata: „Co za płeć u tego chłopca: krew z mlekiem!… Cóż za piękna cera, jak na Hurona! — Tak, tak“, odpowiadał przeor. Zasypywała wędrowca pytaniami, on zaś odpowiadał na wszystko nader bystro.
Wieść o bytności Hurona na plebanii rozeszła się niebawem. Śmietanka z całej parafii ściągnęła tam na wieczerzę. Przybył X. de Saint-Yves z siostrą, bardzo ładną i doskonale ułożoną młodą bretonką; przybył delegat, poborca, wszyscy z żonami. Posadzono cudzoziemca między panną de Kerkabon a panną de Saint-Yves. Wszyscy patrzyli nań z podziwem, wszyscy równocześnie zasypywali go pytaniami; Huron nie przejmował się tem, zdawałoby się iż wziął sobie za zasadę godło milorda Bolingbroke[3]: Nihil admirari. W końcu, zmęczony tym zgiełkiem, odezwał się nader łagodnie a dość stanowczo zarazem: „Moi państwo, w moim kraju jest zwyczaj mówić kolejno, jeden po drugim: w jaki sposób mam odpowiadać, kiedy niepodobna mi was zrozumieć?“ Rozsądek zawsze przywodzi ludzi na chwilę do zastanowienia: zapanowała wielka cisza. P. delegat, który zawsze przyczepiał się do cudzoziemców skoro ich zdybał w jakim domu, i który był największym pytaczem w całej okolicy, rzekł otwierając gębę na pół łokcia: „Czy wolno mi spytać o pańskie nazwisko. — Zwano mnie zawsze Prostaczkiem, odparł; a potwierdzono mi to imię w Anglii, ponieważ zawsze mówię poprostu co myślę, tak samo jak robię wszystko co chcę.
— W jaki sposób, urodziwszy się Huronem, mógł pan przybyć do Anglii? — Zawieziono mnie tam: dostałem się raz w bitwie do niewoli Anglików, po dość uporczywej obronie; Anglicy, którzy cenią dzielność, ponieważ sami są dzielni i ponieważ są równie zacni ludzie jak my, ofiarowali mi, iż mogę albo wrócić do rodziny, albo jechać do Anglii: wybrałem to ostatnie, ponieważ, z natury, namiętnie lubię podróżować.
— Ależ, panie, rzekł p. delegat z namaszczeniem, w jaki sposób mogłeś opuścić tak ojca, matkę?… — Bo też nie znałem nigdy ojca ani też matki“, odparł cudzoziemiec. Towarzystwo rozczuliło się, wszyscy powtarzali: „Ani ojca ani matki! — Zastąpimy mu ich, rzekła gospodyni domu do brata przeora… Jaki ten pan Huron jest sympatyczny!“… Huron podziękował jej ze szlachetnem i dumnem wylaniem, i dał do zrozumienia że nie trzeba mu niczego.
— Uważam, mości Prostaczku, rzekł poważny delegat, że pan mówisz po francusku lepiej niż przystało na Hurona? — Francuz pewien, któregośmy, jeszcze za mego dzieciństwa, wzięli do niewoli, i dla którego powziąłem serdeczną przyjaźń, nauczył mnie swego języka: uczę się bardzo szybko, gdy chcę się czegoś nauczyć… Przybywszy do Plymouth, spotkałem jednego z owych zbiegów, których nazywacie, nie wiem dla czego, hugonotami; dzięki niemu uczyniłem dalsze postępy w znajomości waszego języka; z chwilą zaś gdy mogłem się wyrażać zrozumiale, przybyłem zobaczyć wasz kraj. Francuzi dosyć mi się podobają… o ile nie zadają zbyt wiele pytań“.
Mimo tej delikatne] przestrogi, X. de Saint-Yves zapytał, który język podoba mu się bardziej: huroński, angielski czy francuski. „Oczywiście huroński, odparł Prostaczek. — Czy podobna? wykrzyknęła panna de Kerkabon… Zawsze sądziłam, że francuski język jest najpiękniejszy ze wszystkich, po dolnobretońskim“.
Dopieroż zaczęto na wyprzódki, zasypywać Prostaczka pytaniami, jak się mówi po hurońsku tytoń; odpowiadał taya; jak się mówi jeść; odpowiadał essenten. Parma de Kerkabon pragnęła koniecznie wiedzieć, jak się mówi kochać; odpowiedział trovander[4], i dowodził, nie bez pozorów słuszności, że wszystkie te słowa w niczem nie ustępują francuskim lub angielskim. Trovander wydało się wszystkim biesiadnikom nader wdzięczne.
X. przeor miał w bibliotece gramatykę hurońską, którą mu dał w upominku wielebny O. Sagar Theodat[5], słynny misyonarz; wstał tedy na chwilę, aby zajrzeć do niej. Wrócił aż zdyszany z rozczulenia i radości: sprawdził iż Prostaczek jest prawdziwym Huronem. Wszczęła się mała dysputa o różnorodności języków; wszyscy się zgodzili, iż, gdyby nie przygoda z wieżą Babel, cała ziemia mówiłaby po francusku.
Lubiący pytania delegat, który, aż dotąd, miał lekką nieufność do przybysza, powziął dla niego głęboki szacunek: odzywał się doń grzeczniej niż wprzódy, na czem Prostaczek się nie poznał.
Panna de Saint-Yves bardzo była ciekawa, jak się objawia miłość w kraju Huronów. „Pełniąc zacne uczynki, odparł, aby się przypodobać osobom pokrewnym duchem“. Wszyscy biesiadnicy przyklasnęli ze zdumieniem. Panna de Saint-Yves zapłoniła się, i była bardzo rada. Panna de Kerkabon zaczerwieniła się również, ale nie była tak rada; czuła się nieco dotknięta, że dworność nie była dla niej; ale była tak poczciwa z natury, iż sympatya jej dla Hurona nie osłabła. Spytała go, wielce łaskawie, ile miał kochanek w Huronii. „Tylko jedną, rzekł Prostaczek: była nią panna Abakaba, serdeczna przyjaciółka mojej drogiej karmicielki: trzcina nie jest prostsza, gronostaj bielszy, owieczki są mniej łagodne, orły mniej dumne, a jelenie nie tak lekkie, jak była Abakaba. Ścigała, jednego dnia, zające w okolicy, blizko pięćdziesiąt mil od naszego domostwa; pewien źle wychowany Algonkin[6], mieszkający o sto mil dalej, zabrał jej zająca; dowiedziałem się o tem, pobiegłem, powaliłem Algonkina ciosem maczugi, i przywiodłem go, ze spętanemi rękami i nogami, do stóp mej ukochanej. Krewni Abakaby chcieli go zjeść; ale ja nigdy nie smakowałem w takich biesiadach; wróciłem mu wolność, czem pozyskałem sobie jego przyjaźń. Abakaba była tak wzruszona moim postępkiem, iż przełożyła mnie nad wszystkich zalotników. Kochałaby mnie jeszcze, gdyby nie to że zjadł ją niedźwiedź. Skarałem niedźwiedzia; długo nosiłem jego skórę; ale to mnie nie pocieszyło“.
Słysząc to, panna de Saint-Yves uczuła tajemną przyjemność iż Prostaczek miał tylko jedną kochankę i że Abakaby niema już na świecie; ale nie zdawała sobie sprawy z przyczyn swego zadowolenia. Cały stół patrzył na Prostaczka; chwalono go wielce, iż nie pozwolił towarzyszom zjeść Algonkina.
Okrutny delegat, który nie mógł powściągnąć swego szału pytań, zagadnął wreszcie Hurona o to jaką religię wyznaje: anglikańską, gallikańską czy hugonocką. „Moją, odparł, tak jak wy swoją. — Och! och! wykrzyknęła dobra Kerkabońcia, ci niegodziwi Anglicy nie pomyśleli nawet o tem aby go ochrzcić! — Bożeż ty mój! mówiła panna de Saint-Yves, jak to być może aby Huroni nie byli katolikami? czy wielebni ojcowie jezuici nie nawrócili ich wszystkich?“ — Prostaczek upewnił, iż, w jego ojczyźnie, nie nawraca się nikogo; że nigdy prawdziwy Huron nie zmienił przekonań, i że nawet niema w ich języku wyrazu któryby oznaczał niestałość. Te ostatnie słowa nadzwyczaj spodobały się pannie de Saint-Yves.
„Ochrzcimy go! ochrzcimy go! mówiła Kerkabońcia do przeora. Tobie, bracie, przypadnie ten zaszczyt; ja chcę koniecznie być chrzestną matką, X. de Saint-Yves będzie go trzymał do chrztu: wspaniała ceremonia! W całej Dolnobretanii będą mówić o tem; cóż to za honor dla nas“. Cała kompania zawtórowała gospodyni; biesiadnicy krzyczeli: „Ochrzcimy go!“ Prostaczek odparł, iż w Anglii pozwala się ludziom żyć wedle ich ochoty; oświadczył iż propozycya nie przypada mu zgoła do smaku i że prawo Huronów warte jest conajmniej tyleż co prawo dolnobretońskie; wreszcie dodał, iż odjeżdża nazajutrz. Dokończono jego butelczyny z wódką barbadyjską i każdy udał się na spoczynek.


Przypisy

  1. Wódka, jaką wyrabiają mieszkańcy wysp Antylskich.
  2. Huroni, mieszkańcy Kanady.
  3. Bolingbroke (1678—1751) mąż stanu i pisarz angielski. Jako myśliciel był prekursorem Woltera i Encyklopedystów.
  4. Wszystkie te słowa są w istocie hurońskie. (Przyp. Woltera.)
  5. Sagar Theodat, misyonarz z XVII w., który podjął nawrócenie Huronów.
  6. Algonkinowie, mieszkańcy północnej Kanady.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.