Pretendent z Ameryki/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ IX

Earl udał się z Waszyngtonem w celu spełnienia swojej żałosnej misji. Idąc rozmawiali.
— Oczywiście.
— Co takiego, pułkowniku!
— Aż siedem ich było w hotelu! Aktorki. I wszystkie się spaliły! naturalnie.
— Wszystkie spaliły się?
— A, nie, one ocalały! zawsze tak bywa. Ale żadna z nich nigdy nie myśli o ratowaniu klejnotów.
— To dziwne.
— Dziwne? To najdziwniejsza rzecz na świecie! Doświadczenie nie uczy je niczego. Uczyć się potrafią tylko z książki. W pewnych wypadkach wygląda to na fatalizm. Weźmy panią Taką - a - taką, która gra w sztuce z grzmotami i piorunami. Jest sławna — umie się znaleźć, a wszystko dzięki temu, że się paliła w hotelach.
— W jaki sposób wpływa to na jej sławę?
— W żaden; ale czyni popularnem jej nazwisko. Ludzie chcą, żeby grała, bo nazwisko jej jest popularne, a dlaczego popularne — nie wiedzą, bo zapomnieli! Dawniej była na najniższym szczeblu drabiny — brała 30 dolarów tygodniowo — i sama troszczyła się o swoje łachy.
— Łachy?
— No, tak; to co ją robi pociągającą i zgrabną. Taka „pali się” w hotelu i traci 30.000 dolarów plus klejnoty...
— Ona? skąd ona to ma?
— A Pan Bóg ją wie! dostała je pewnie od zakochanych smarkaczy i stetryczałych staruszków! Wszystkie gazety są tego pełne! Upomina się o wyższą gażę i dostaje ją. Potem „spala się” znowu, traci wszystkie klejnoty. To tak ją podpiera, że zaczyna błyszczeć na scenie.
— No, jeżeli pożar hotelu jest jedyną rzeczą, od której zależy zyskanie sławy, to przyznaję, jest to bardzio niepewny sposób utrzymania reputacji.
— Ale nie dla niej. Nie, nigdy! Ponieważ taka ma szczęście. Wrodzone szczęście — powiadam! Za każdym razem jak się hotel pali, już ona tam jest! Jest tam, a jeżeli nie ona, to jej klejnoty! Tego nie objaśnisz w inny sposób, jak tylko zwykłem szczęściem!
— Nigdy nie słyszałem o czemś podobnem. Musiała stracić parę garncy klejnotów.
— Garncy? Ależ straciła kilka korcy! Doszło do tego, że hotele niechętnie ją przyjmują. Mają przesąd. Boją się pożaru. Podnoszą taksę asekuracyjną. Ostatnio interesy jej się popsuły, ale ten pożar postawi ją na nogi: straciła 60.000 dolarów.
— To chyba warjatka. Gdybym miał w djamentach 60.000 dolarów, nie zostawiłbym ich w hotelu.
— Ani ja. Ale tego nie nauczysz aktorki. Ta „paliła się” trzydzieści pięć razy. A jeżeli dzisiaj spali się hotel w San Frisko, ona tam będzie. Zapamiętaj moje słowa. Skończona oślica. Mówią, że rozsiała klejnoty po wszystkich hotelach.
Przybywszy na miejsce katastrofy, nieszczęśliwy earl rzucił spojrzenie na melancholijne pogorzelisko i odwrócił oblicze, wzruszone smutnym widokiem.
— To prawda, Hawkins, niepodobna rozpoznać. Żaden z tych pięciu nie może być poznany przez najbliższych przyjaciół. Wybieraj sam. Ja nie mogę.
— Ale którego mam...
— Weź pierwszego z brzegu, który lepszy.
Oficerowie zapewnili earla — znali go, gdyż cały Waszyngton go znał — że pozycja, w jakiej znaleziono te ciała wyklucza przypuszczenie, żeby jedno z nich mogło być ciałem szlachetnego kuzyna. Pokazali mu miejsce, z którego według gazet miał skoczyć w ogień. Potem pokazali mu miejsce, gdzie młodzieniec mógł zginąć, jeżeli udusił się dymem w swoim pokoju, i wreszcie trzecie, oddalone od tamtych, gdzie mógł również zginąć, gdyby próbował się ratować. Stary pułkownik otarł łzę i powiedział do Hawkinsa:
— Wygląda na to, że było coś proroczego w moich obawach. Tak, chodzi o popioły. Czy nie zechciałbyś wejść do groserni i przynieść jeszcze parę koszyków?
Z szacunkiem napełnili kosze popiołem, z każdego ze wskazanych miejsc i zanieśli do domu, aby się zastanowić nad najlepszym sposobem odesłania ich do Anglji i wyzyskania możności „wystawienia z honorami”. Uwaga, zrobiona przez pułkownika, przez wzgląd na wysokie stanowisko zmarłego.
Postawili kosze na stole izby, która była niegdyś czytelnią, bawialnią i pracownią, obecnie zaś salą recepcyjną — i zeszli do antykwarni, aby się przekonać, czy nie znajdą tam kawałka angielskiej flagi, która umożliwiłaby, by ciało spoczęło z należytym przepychem. W chwilę później lady Rossmore wróciła z miasta i spojrzała na kosze; właśnie Jimmy przecięła jej pole widzenia. Zniecierpliwiła się i zawołała:
— I co ci jeszcze przyjdzie do głowy? Pocóż, na Boga, poustawiałaś na stole w bawialni te kosze z popiołem?!
— Z popiołem? — Podeszła bliżej. Klasnęła rękoma ze zdumienia. — Nigdy nie widzieć nic podobnego.
— To nie tyś to zrobiła?
— Kto? Ja?... Massa Polly, ja pierwszy raz rzucić na to okiem. To chyba Danek postawić, Danek zawsze robić na złość Jimmy.
Ale nie zrobił tego i Danek, który, wezwany, wyparł się.
— To nie ja robić. Może kto robić. Może kot robić.
— Och! — dreszcz przebiegł lady Rossmore do szpiku kości. — Teraz rozumiem! Nie ruszać mi tego. To jego popioły!
— Jego, massa?
— Tak. Młodego massa Sellers z Anglji, który się spalił.
Została sama z popiołem, sama, zanim zdołała odetchnąć. Potem wyszła na poszukiwanie Mulberry Sellers, postanowiwszy skończyć krótko z tem co zamierza, mniejsza o to, co. „Bo — mówiła sobie — jak się rozczuli, gotów jest na każde dziwactwo!”
Odnalazła go. Znalazł flagę i niósł ją. Kiedy usłyszała, że ma zamiar „wystawić prochy z honorami” i zaprosić „przedstawicieli rządu i publiczność”, przycięła mu krótko. Mówiła:
— Twoje intencje są szlachetne — zawsze są szlachetne — chcesz oddać honory szczątkom i oczywiście nikt nie weźmie ci tego za złe, bo to był twój krewniak. Ale wybrałeś złą drogę, i sam się o tem przekonasz, jeśli zechcesz się upierać. Nie możesz krążyć koło popiołów i udawać smutnego i robić minę uroczystą, bo im bardziej będziesz uroczysty, tem mniej będzie w tem uroczystości. Każdy się na tem pozna. Tak byłoby z jednym koszem, a z trzema będzie trzykroć gorzej. A jeżeli nawet jeden żałobnik nie potrafi zachować się uroczyście, to czegóż wymagać od całej procesji?! a tu by naszło z 5000! Nie wiem, ale według mnie byłoby to prawie śmieszne! Tak mi się zdaje! Nie, Mulberry, on nie powinien być wystawiony z honorami. Popełniłbyś błąd. Wyrzeknij się tego projektu i pomyśl o czemś innem!
Więc się go wyrzekł. I to bynajmniej nie niechętnie. Kiedy się zastanowił i zrozumiał, że instynkt jej nie mylił. Postanowił czuwać przy zwłokach sam, lub z Hawkinsem. Nawet ta konieczność wydała się żonie wątpliwą, ale nie protestowała, gdyż było jasnem, iż miał prosty i uczciwy zamiar zrobić rzecz przyjazną i uczciwą w stosunku do tych biednych opuszczonych szczątków, które nie mogły na obczyźnie liczyć na niczyją życzliwość, z wyjątkiem jego. Rzucił flagę na kosz, umieścił kawałek krepy nad drzwiami i powiedział z zadowoleniem:
— Tak, teraz mu dobrze, lepiej w tych warunkach być mu nie może! Chyba — tak, musimy to zrobić. Trzeba zrobić to, co chciałoby się, żeby zrobiono dla ciebie! To mieć musi!
— Co takiego, najdroższy?
— Herb na katafalku!
Żona miała wrażenie, iż drzwi mieszkania nie byłyby w stanie niczego już znieść. Myśl o jeszcze jednej dekoracji drzwi nękała ją; wolałaby, by myśl ta nigdy nie przyszła do głowy jej mężowi. Powiedziała niepewnie:
— Przypuszczam, że takie honory wolno oddać tylko bliskim, bardzo bliskim krewnym...
— Słusznie, zupełnie słusznie, mylady! Masz najzupełniejszą słuszność! Ale niema bliższych krewnych, jak krewni przez uzurpację. Tego nie możemy uniknąć. Jesteśmy niewolnikami arystokratycznych przesądów i musimy się im poddać!
Tarcze herbowe były niepotrzebnie wspaniałe — każda wielkości dużej derki — i niepotrzebnie wyzywające, co dotyczy rozmaitości i zuchwałości barw, ale podobały się barbarzyńskim oczom earla, zadawalniały również jego zamiłowanie symetrji, nie zostawiając wolnego miejsca na froncie domu.
Lady Rossmore i jej córka brały udział w czuwaniu przy zwłokach do północy i pomagały dżentelmenom rozstrzygnąć sprawę, jak w dalszym ciągu należy postępować ze szczątkami. Rossmore uważał, że trzeba je odesłać do domu z komentarzem i odpowiednią rezolucją — niezwłocznie. Ale żona miała pewne zastrzeżenia. Powiedziała:
— Czy wyślesz wszystkie trzy kosze?
— O tak, wszystkie!
— Wszystkie naraz?
— Ojcu? Nie, nigdy! Pomyślcie o wrażeniu. Po kolei. Będę je wysyłał stopniowo.
— Czy to wywrze pożądany efekt, ojcze?
— Tak, córuchno. Pamiętaj, że ty jesteś młoda i elastyczna, ale on jest stary. Gdybym posłał mu wszystko odrazu, nie byłby w stanie tego przeżyć. Ale łagodnie — jeden po drugim w odpowiednich odstępach czasu — przyzwyczai się do tego do chwili, w której odbierze wszystkie. Zresztą bezpieczniej jest wysłać trzema okrętami. Na wypadek burzy i zatopienia.
— Niepodoba mi się ten projekt, ojcze! Gdybym była jego ojcem, to byłoby dla mnie straszne otrzymywać go tak... tak...
— Na raty, — poddał Hawkins poważnie, dumny, że może być pomocny.
— Tak, to byłoby straszne odbierać szczątki tak po trochu! Przez cały czas miałabym wrażenie, że wisi nademną niepewność... żeby na tak żałosną rzecz, jak pogrzeb, czekać, odwlekać, oczekiwać, niepokoić się...
— Ależ nic podobnego, dziecko! — powiedział earl pocieszająco. — Nic podobnego. Taki stary dżentelmen nie zniósłby długiej niepewności. Będą trzy pogrzeby!
Lady Rossmore spojrzała zdumiona, mówiąc:
— Więc w jaki sposób ma to być dla niego ulgą? Mylisz się, przypuszczam! Powinien być odrazu pochowany, oto moje przekonanie!
— I moje, — powiedział Hawkins.
— I moje również, — dorzuciła córka.
— Mylicie się wszyscy, — powiedział earl. Sami to przyznacie, pomyślawszy chwilkę. Tylko jeden z tych koszów zawiera jego zwłoki.
— A więc w takim razie, — powiedziała lady Rossmore, — sprawa jest zupełnie prosta. Trzeba pochować ten jeden kosz.
— Oczywiście! — dodała lady Gwendolina.
— Nie, to nie jest proste, — zawołał earl, — ponieważ nie wiemy, w którym koszu spoczywa. Wiemy, że jest w jednym z koszów, ale nie wiemy, w którym. Teraz, przypuszczam, przyznacie mi słuszność. Trzeba urządzić trzy pogrzeby — innej rady niema!
— Więc trzy mogiły, i trzy pomniki, i trzy napisy? — spytała córka.
— No tak — oczywiście — żeby być w porządku. Już ja w tem!
— To niemożliwe, ojcze! każdy z tych napisów opiewałby to samo nazwisko i ten sam fakt i mówił, że on jest w każdej i we wszystkich tych mogiłach, a to nie byłoby zgodne z prawdą!
Earl niezręcznie poruszył się w fotelu.
— Tak, — powiedział — to jest przeszkoda. To poważna przeszkoda. Teraz nie widzę wyjścia.
Przez chwilę panowało ogólne milczenie. Poczem Hawkins powiedział:
— Wydaje mi się, że gdybyśmy zmieszali te trzy wartości...
Earl pochwycił go za rękę i uścisnął z wdzięcznością.
— To ratuje sytuację! — powiedział. — Jeden okręt, jeden pogrzeb, jedna mogiła, jeden pomnik — to wspaniale pomyślane. Ten pomysł przynosi ci zaszczyt, majorze Hawkins, ratuje mię w trudnem położeniu i oszczędzi cierpienia biednemu staremu ojcu. Tak, pojedzie w jednym koszu.
— Kiedy? — spytała żona.
— Jutro, oczywiście!
— Jabym poczekała, Mulberry!
— Czekać? na co?
— Przecież nie chcesz złamać serca temu osieroconemu starcowi!
— Bóg wie, że tego nie chcę!
— A więc zaczekaj, aż przyśle po szczątki syna. Jeśli to zrobisz, nie będziesz miał na sumieniu, iż wymierzyłeś mu największy i najboleśniejszy cios, jaki może spotkać ojca — mówię o pewności, że syn jego umarł. Gdyż on nigdy nie upomni się o jego prochy...
— Dlaczego?
— Ponieważ wtedy dowiedziałby się prawdy i pozbyłby się jedynej cennej rzeczy, która mu pozostała, niepewności i głupiej nadziei, że może jego chłopiec się uratował, i kiedyś jeszcze go zobaczy!
— Ależ, Polly! dowie się z gazet, że syn się spalił!
— Nie pozwoli sobie wierzyć gazetom. Będzie walczył ze wszystkimi i wszystkiem, co mu mówi o śmierci syna. Będzie tę nadzieję pielęgnował i żył nią do śmierci. Ale jeżeli prochy zostaną wysłane i zjawią się przez oczyma tego nieszczęśliwego, omamionego starca...
— Dobry Boże, do tego nigdy nie dojdzie! Uchroniłaś mię od zbrodni, Polly, i zawsze będę cię za to błogosławił. Teraz wiemy, co robić. Z szacunkiem odniesiemy je z powrotem, a on nie dowie się nigdy...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.