Prawdziwa opowieść o synowej która zabiła starego ojca Jakóba

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Prawdziwa opowieść o synowej która zabiła starego ojca Jakóba
Wydawca S. Klepacki
Data wydania 1930
Druk „Wiktoria” Białystok
Miejsce wyd. Białystok
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Prawdziwa opowieść o synowej która zabiła starego ojca Jakóba (page 3 crop).jpg
Prawdziwa opowieść
o synowej,
która zabiła starego
ojca JAKÓBA.


Proszę posłuchać panowie panie
Czem czwarte boskie jest przykazanie
Czcij ojca twego i matkę swoją
Przeważnie gdy są starszy oboje.

Pewien staruszek zwał się Jakóbem
Stary jak grzybek miał sto lat z czubem
Przez pola lasy śpieszył do wioski
A był pobożny i sługa Boski.

Piękny młodzieniec starca dogania
Pana Jezusa pochwalił z rana
Na wieki wieków starzec odrzecze
I gorzka mu łza z oczu pociecze.

Dokąd idziecie ojcze mój drogi,
Pewno w tych latach bolą was nogi
Nietylko nogi lecz wszystkie kości.
Muszę żyć z Boskiej już opatrzności.

Nie mam nikogo prócz syna jednego,
Cały majątek zdałem na niego
Czy was odziewa i czy szanuje,
Czy łyżki strawy wam nie żałuje.

Trzęsie się starzec jak żywa ryba,
Pewnie mnie znacie młodzieńcze chyba
Syn mnie nie lubi śmierci mej żąda,
Niemiłosiernie na mnie spogląda.

Póki synowej w domu nie było,
Całe domostwo Boga chwaliło
Teraz synowa wielka kłótniarka,
Zginęła moja już gospodarka.

Syna buntuje koszuli nieda,
Pewnie się z tego nie wyspowiada

Bo gdyby prawdę księdzu wyznała
To rozgrzeszenia by niedostała.

Wymówiłem se ordynarję do śmierci
Nie dają nawet i jednej ćwierci,
Z własnego domu mnie wypędzają,
Kawałka chleba mnie odmawiają.

Pocoście zdali na syna mienie,
Lepiej by było mieć swoją ziemię.
Zabudowania byłby wasze,
Gotowaliby wam z mlekiem kaszę.

A teraz waszej śmierci czekają
Bo wasz majątek w swych rękach mają
I jeszcze gorzej będzie wam dziatku
Bo śmierć wam zrobią prędko w ostatku.

I zaczął płakać staruszek biedny,
Tegom się po nich nie spodziewał nigdy
Wszystko mi jedno bom już jest stary,
Niechciałbym zginąć od ludzkiej kary.

Wołałbym umrzeć gdzie moje łoże
I oddać duszę Tobie mój Boże,
Święty sakrament przyjąć od Ciebie
I mieszkać z Tobą na wieki w niebie.

Nie płacz staruszku, bo żal mi ciebie
Po twojej śmierci wezmę do siebie
I zaprowadzę do chwały Bożej,
A twoim dzieciom zrobi się gorzej.

Za twoję krzywdę Pan Bóg ich skara.
Wszystko się niszczy po śmierci zaraz,
Bóg im widzenia okaże swoje
Będą biedować razem oboje.

I znikł mu z oczu młodzieniec Święty,
A starzec został strachem przejęty
I szedł dalej przez pola, wioski,
Śpiewał ze skruchą pieśń do Matki Boskiej.


Z każdego domu chleba dawali,
Bo w całej wiosce wszyscy go znali
Wszyscy darzyli tego człowieka,
Może na starość i nas to czeka.

Powiada synowa do męża swojego
Trzeba pomyśleć nad śmiercią jego.
Zabierzmy ojca do swego domu,
Dla jakich przyczyn nie mów nikomu.

Ojcu schlebiali, wzięli do siebie,
Parę tygodni było jak w niebie.
Ludziom głosili, że ojciec chory,
Że nie pomogą mu już doktory.

Była to żona co mężem rządziła,
Jak Ewa w raju męża zdradziła
Zaprzęgaj mężu konia karego,
Trza do szpitala odwieźć starego.

Trzeba nam wywieźć ten gnój do licha
Niechaj w szpitalu ten stary zdycha.
Syn pocichu płakał ojca żałował,
Że zaraz umrze choć nie chorował.

Był wóz gotowy na nim poduszka
Na wóz wsadzili ojca staruszka
I posadzili go przyzwoicie,
Aby nie wiedział, że skończy życie.

Ledwo synowa za wieś zdążyła,
Zaraz poduszką ojca nakryła,
Siadła na głowie razem z poduszką
I zadusiła ojca staruszka.

Ojciec nie żyje, synowa rada
I tak do siebie sama powiada
Wrócę do domu będę płakała,
Będę przed ludźmi tak udawała.


Wraca do domu ludziom powiada
Ciało ojcowe w chałupie składa
Ludzie się schodzę mówią pacierze,
Synowa atoli oczyma strzyże.

I ledwo trumnę na wóz włożyli
Bydło ryknęło i psy zawyli,
Kary koniczek tylko zadrżał raz,
W zabudowania piorun trzasł.

Ludzie zlatują, patrzą dwa dziwy,
Ogień się pali starzec nieżywy
Wszystko spłonęło co tylko było.
Tylko staruszka oswobodziło

Razem konika z wozem karego,
Wieźli na cmentarz ojca starego
Że pewno umarł z ludzkiej przyczyny,
Dlatego cały był taki siny.

Wszystko opisać byłoby wiele,
Co ksiądz z ambony mówił w niedzielę.
Bez Sakramentów ciało chowacie.
Czy w swej parafji księdza nie macie.

Ja sam świadectwo o tem napiszę,
O tym staruszku co ja tu słyszę.
Jakaś fałszywa ma być tu zdrada,
Że bez spowiedzi chowacie dziada.

I przyjechali zaraz doktory.
Na jaką słabość ojciec był chory.
Zaduszonego starca uznali
Syna i synowę aresztowali.

Oj, pewno im tam dobrze nie było,
Gdy się morderstwo to wyjawiło,
Więzienie wieczne oni dostali.
Żebyście dzieci to pamiętali.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.