Pracownicy morza/Część pierwsza/Księga czwarta/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Hugo
Tytuł Pracownicy morza
Wydawca Bibljoteka Romansów i Powieści
Data wyd. 1929
Druk Grafia
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Tytuł orygin. Les Travailleurs de la mer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Krok za krokiem Wchodzi się w nieznane sfery.

Za to codziennie patrzał na dom les Bravées. Nie robił tego umyślnie, ale mu, chodzącemu w tamtę stronę, tak się jakoś zdarzało, iż zawsze wypadało iść ścieżką wzdłuż muru, przy ogrodzie Deruchetty.
Pewnego poranku, właśnie gdy się znajdował na owej ścieżce, posłyszał, jak jedna straganiarka, powracająca z Bravées mówiła do drugiej: panna Lethierry lubi seakale.
I w ogrodzie swoim zaraz zrobił grzędę na seakale. Jest to rodzaj kapusty szparagowego smaku.
Mur, otaczający ogród Lethierry’ego był bardzo niski i łatwo go było przeskoczyć, ale sama myśl o tem zdawała się przerażającą. Nikt jednak nie wzbraniał, gdy przechodził tamtędy, słyszeć tak, jak wszyscy słyszeli głosy osób rozmawiających w domu lub w ogrodzie. Gilliatt nie słuchał — ale słyszał. Raz usłyszał kłótnię dwóch służących Dulcynei i Gracji; były to proste domowe swary, ale uwięzły mu one w uchu, jak muzyka.
Drugim razem posłyszał głos, zupełnie niepodobny do innych, zdawało mu się, że to głos Deruchetty. — Uciekł.
Słowa głosem owym wymówione, pozostały mu nazawsze w pamięci; powtarzał je sobie co chwila. Były to wyrazy: Dajno mi miotłę.
Stopniowo ośmielał się. Miał nawet odwagę przystanąć. Raz zdarzyło się, że Deruchetta, której niepodobna było dojrzeć ze ścieżki, chociaż okno było otwarte, śpiewała przy fortepianie arję Bonny Dundee. Gilliatt zbladł, jak ściana, ale tyle miał mocy, że słuchał.
Nadeszła wiosna. Uroiło się raz Gilliattowi, że niebo stoi otworem, i że widzi, jak w niem Deruchet ta podlewa sałatę.
VWkrótce nietylko zatrzymywał się na drodze; ale wyrozumiawszy nawyknienia Deruchetty i rozkład czasu, czekał na nią. Ale się pilnował, by go nie spostrzeżono.
Powoli, podczas gdy krzaki okrywały się motyla mi i różami, Gilliatt nieruchomy i milczący po całych godzinach, ukryty za murem. zatrzymując w sobie oddech, przyzwyczaił się do widoku Deruchetty, przecha dzającej się po ogrodzie. Można przywyknąć i do trucizny.
Z kryjówki swojej słyszał ją często rozmawiającą z Lethierry’m pod cieniem grabowej altany, w której stała ławka. Słowa wyraźnie dochodziły do niego.
Jakżeż daleko zaszedł! Umiał już teraz czatować i podsłuchiwać. Niestety! serce ludzkie to stary szpieg!
Niedaleko, tuż przy ścieżce, widać było drugą ławkę; tam czasami siadywała Deruchetta.
Z kwiatów, które zbierała, odgadł jakie lubi wonie. Najwyżej cenić musiała woń powoju, potem gwoździków, potem kapryfolium, potem jaśminu. Róża stała dopiero na piątem miejscu. Na lilję patrzyła Deruchetta, lecz jej nie wąchała.
Według tego wyboru zapachów Gilliatt odtwarzał ją sobie w myśli, z każdym zapachem łącząc jakąś doskonałość.
Na samą myśl przemówienia do Deruchetty włosy mu powstawały na głowie.
Stara gałganiarka w interesach swego przemysłu przechodzące często uliczką przyległą domowi les Bravées, zmiarkowała może nabożeństwo Gilliatta do tego muru i szczególne upodobanie jego w tem pustem miejscu. Czy obecność tego mężczyzny przy tym murze poszeptywała jej jakie wnioski o mogącej być za murem kobiecie? Dostrzegłaż ową nić nie widzialną, idącą do niej od niego? Czy w swej żebraczej zgrzybiałości pozostała jeszcze dość młodą, by przypomnieć sobie dawne swe piękne lata? wiedziałaż jeszcze w zimie i nocy życia swego, co to jest jutrzenka? Nie wiemy; ale podobno pewnego razu, prze chodząc koło Gilliatta „stojącego na czatach” zwróciła ku niemu cały, jaki posiadała zasób uśmiechu, i szepnęła z cicha: to rozgrzewa.
Dosłyszał to Gilliatt, zastanowił się i sam także szepnął z wewnętrznem do siebie zapytaniem: rozgrzewa? Co ona przez to rozumie?
Bezwiednie powtarzał ten wyraz przez cały dzień, ale go nie zrozumiał.
Jednego wieczora, gdy siedział w oknie swego domu, pięć czy sześć dziewcząt przyszło zabawić się kąpielą w zatoce Houmet. Igrały sobie naiwnie w wodzie o sto kroków od niego. Gilliatt opuścił okno, gwałtownie je zamknąwszy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: Felicjan Faleński.