Popioły/Tom drugi/Rankiem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Popioły
Podtytuł Tom drugi
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Data wydania 1925
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Indeks stron
RANKIEM.

Jak z bicza strzelił, upłynął rok pobytu Rafała w Stokłosach. Jesień, jako gość, przepolował, zimę przetańczył, a na wiosnę gospodarował, już jako współrządca, w towarzystwie Trepki, a poniekąd i Krzysztofa. Zdrowie i kawalerski humor nie zawodziły go w tym czasie. Osobliwie zimową porą czuł się, jak w raju. Nie było tygodnia, żeby w okolicy nie wypadła zabawa, zabawa co się zowie, do białego dnia. Rafał by rozrywany, jako dobry tancerz, gładki kawaler i polerowany Warszawiak. To też tu i owdzie puszczał się w konkury, szukając dużego posagu. Przebierał, namyślał się, a tymczasem bawił, jak nigdy.
Trepka polubił go bardzo. Na wiosnę, w lecie i pod jesień, stopniowo oddawał mu gospodarstwo w Stokłosach. Sam kopał się coraz głębiej w swych książkach. Polowanie, leczenie chłopów i bydła, a peregrynacye od chałupy do chałupy — to były jego rozrywki. Młody Cedro zimę spędził z ojcem i siostrą we Lwowie, gdzie panna Mery w świat wchodziła. Trepka nadrwił się niemało z tego karnawałowania lwowskiego, choć w gruncie rzeczy rad był, że młody jego przyjaciel nie siedzi w Wiedniu. Tymczasem na jesieni r. 1805 Krzysztof, posłuszny woli ojca, znowu się udał do naddunajskiej stolicy. Trepka i Olbromski spędzali dni tej jesieni na koniu, z chartami, wieczory — na grze w szachy, albo na czytaniu.
Trepka wywierał duży wpływ na towarzysza. W rozmowach, w śmiechach, w drwinkach i uszczypliwościach jego siedziały szczególne żądła. Żeby nie doświadczać ich kłócia, Rafał począł zagłębiać się w myśli starego dziwaka i im bardziej w nie wchodził, tem większą znajdował satysfakcyę. Trepka był miłym człowiekiem, ciekawym na długą metę. Można z nim było rozmawiać o wszystkiem, o rzeczach najbardziej trudnych, nie włażących do głowy, aż do najbłahszych, a nawet do rubasznie tłustych. We wszystkiem był majster. Umiał tak oświetlać przedmioty i sprawy tego świata, że się wydawały zupełnie innemi, a tyle miał dowcipu, że nawet obcując bez przerwy, nie można go było zgruntować.
Po długich słotach, jakoś w końcu października rozwidnił się cieplejszy dzień. Mgła jesienna leżała na polach i na zwiędłych już liściastych lasach. Drogi były tak rozkisłe, że tylko konno, i to na zgrabnym koniu, można było przemknąć się wśród bagnisk. Obadwaj w długich butach, zachlastani aż do czapek, jechali wczesnym rankiem z zamiarem puszczenia chartów, gdyby się okazało, że na polach płaskowzgórza role obsiąkły. Mieli zamiar dotrzeć do gościńca, ciągnącego w stronę Tarnowa, a stamtąd boczną, leśną drożyną przerznąć się na owe pola przez lasy bukowe. Nieodwiedzana dróżka na glinastym gruncie w lesie była twardsza, ale jak lód ślizka.
Zimna, żałośliwa trawka ostro się zieleniła pod ciemnemi drzewami. Liście na bukach, na dębach i klonach były już ciemne, przemokłe, nasiąknięte zgniłą cieczą. Zwieszały się ku ziemi bezsilnie i z gnuśnym bezwładem. Gdy wiatr powiał z pól, leciały za. jego wolą, te chore liście, jedne już zarażone żółtą barwą śmierci, inne tknięte dopiero szarą bladaczką. Na ziemi, pod kopytami koni szemrały dawno spadłe. Cały las pełen był uczucia lęku i rozstania, rozłąki i żalu.
Trepka jechał przodem i nucił sobie nie komu starą, a ulubioną swoją i jedyną romancę:

»Kiedy twoje spotkam oczy,
Nim spostrzegę, żem widziany,
Już się na bok wzrok twój toczy
I martwe przebiega ściany...
A mnie wówczas z głębi duszy
Wszystkie czucia żal poruszy...«

Smutne, leśne milczenie, cichość płaszczyzn okrytych jesiennemi mgłami, ów posępny dzień domagały się niejako tej piosenki. I Rafał chętnie jej słuchał... Gdyby był Trepka przestał ją śpiewać dla siebie, samby ją zaczął nucić...
Wyjechali z leśnej drożyny na równinę i skierowali się w stronę gościńca. Charty, idące samopas, skoczyły w mgnieniu oka i poszły lotem w dół. Rzucili się za nimi w mgłę polną. Z nagła stanęli, jak wryci. Z tej mgły, na całej widzialnej długości gościńca wywalała się zwarta masa ludzka, połyskując tysiącem kolorów.
— Jakieś wojska... — wyszeptał Trepka, osadzając wierzchowca.
Po chwili pilnego wpatrywania się dodał:
— Ależ to nie Austryaki!...
Nozdrza jego drgały nerwowo i zmrużone oczy świeciły się dziko ze swoich szparek. Puścił wolno konia. Obadwaj jeźdźcy noga za nogą zbliżali się ku gościńcowi. Charty, wyciągnięte jak struny, szły całkiem w tamtą stronę, ale stanęły wnet. jakby ich nogi w ziemię wrosły. Z nastawionemi uszyma i wytkniętemi szyjami wietrzyły bez ruchu.
Porzuciwszy bagnisty gościniec szły obok niego po niwach nieregularnie wyciągniętemi kolumnami roty grenadyerów z ciężkimi karabinami na ramieniu, a tornistrami na plecach. Olbrzymie, proste, dwubarwne kity na ich kaszkietach kształtu wiadra, przewróconego dnem do góry, chwiały się jak las. Białe nogi w sukiennych kamaszach aż do kolan nurzały się miarowo w rzadkiej glinie. Za grenadyerami sunęły pułki jegrów, pozbawione kit u czapek tegoż kształtu, objuczone wielkimi tornistrami, ładownicami, manierkami i pałaszami. Bagnety ich tworzyły jak gdyby ruchliwe jezioro, które wśród chmur i mgły idzie w nieskończoność, kołysze się stalowemi falami w ciszy i milczeniu.
Tam i sam fale jeziora zataczały półkole, zwijały się wirem w miejscu, kłębiły dookoła jakiegoś środka. Nekanda domyślił się, że tam ugrzęzły działa. W istocie, przyzwyczaiwszy oczy, spostrzegli cały szereg armat zarzniętych w błocie. Około nich ujawili się artylerzyści w ciemnych, kusych fraczkach, wyżej kolan taplając w bajorze sukienne kamasze. Szerokie białe pasy, na krzyż przecinające ich piersi, były uciarane w bagnie, a wielkie czapy dotykały ziemi, gdy podkładając lewary, dźwigali z topieliska koła, łoża i przód kary ogony i jaszczyki. Zdala za piechotą i artyleryą ciągnęła bokiem konnica. Dragonerya ze strzelistemi kitami, ułani w czworograniastych czapkach, ozdobnym połyskujący strojem, wreszcie pułki białych kirasyerów na olbrzymich koniach. Wielkie ich czaka z włochatymi grzebieniami polśniewały. Zdawało się, że to żelazne legie rzymskich wojowników idą i idą falami bez końca z nieprzejrzanej nocnej mgły...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.