Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

lwowskiego, choć w gruncie rzeczy rad był, że młody jego przyjaciel nie siedzi w Wiedniu. Tymczasem na jesieni r. 1805 Krzysztof, posłuszny woli ojca, znowu się udał do naddunajskiej stolicy. Trepka i Olbromski spędzali dni tej jesieni na koniu, z chartami, wieczory — na grze w szachy, albo na czytaniu.
Trepka wywierał duży wpływ na towarzysza. W rozmowach, w śmiechach, w drwinkach i uszczypliwościach jego siedziały szczególne żądła. Żeby nie doświadczać ich kłócia, Rafał począł zagłębiać się w myśli starego dziwaka i im bardziej w nie wchodził, tem większą znajdował satysfakcyę. Trepka był miłym człowiekiem, ciekawym na długą metę. Można z nim było rozmawiać o wszystkiem, o rzeczach najbardzietrudnych, nie włażących do głowy, aż do najbłahszych, a nawet do rubasznie tłustych. We wszystkiem był majster. Umiał tak oświetlać przedmioty i sprawy tego świata, że się wydawały zupełnie innemi, a tyle miał dowcipu, że nawet obcując bez przerwy, nie można go było zgruntować.
Po długich słotach, jakoś w końcu października rozwidnił się cieplejszy dzień. Mgła jesienna leżała na polach i na zwiędłych już liściastych lasach. Drogi były tak rozkisłe, że tylko konno, i to na zgrabnym koniu, można było przemknąć się wśród bagnisk. Obadwaj w długich butach, zachlastani aż do czapek, jechali wczesnym rankiem z zamiarem puszczenia chartów, gdyby się okazało, że na polach płaskowzgórza role obsiąkły. Mieli zamiar dotrzeć do gościńca, ciągnącego w stronę Tarnowa, a stamtąd boczną, leśną drożyną przerznąć się na owe pola przez lasy bukowe.