Poezye Ludwika Kondratowicza/Tom VI/Rymy łacińskie Jana Kochanowskiego/Elegia III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
ELEGIA III.
(Księga I. Elegia 10).[1]

Quid deploratae produco tempora vitae?

Za cóż przedłużam opłakane chwile
I noszę bliznę na sercu tajemną?
Wprzód zmiękczę skały i góry przychylę,
Niż pani serca zżali się nade mną,

Póki nadzieje łechtały me zmysły,
Szedłem, gdzie losy pchnęły mię swą siłą;
Dziś złote widma pierzchnęły, rozprysły,
Niemasz nadzieje, to i żyć niemiło.
Cóż dłużej czekać? czy stępiały miecze?
Dla biednej piersi czyż topieli niema?
Starej miłości inak nie uleczę,
Kiedy nadzieja pierzchła przed oczyma.
Lecz wiarołomna! wara lżyć me prochy!
Nie czyń im krzywdy swojem urąganiem:
Choć przez cię zginął zapaleniec płochy,
I ty okrutna śladem pójdziesz za nim.
Gdy Kallirhoe na imię Bachowe
Była zabita ofiarnym bułatem,
Ten, za którego dała biedną głowę,
Nie był jej krewnym, ni siostrą, ni bratem,
Jeno kochankiem — choć wzgardzon boleśnie,
W swoich ofiarach nie oznaczał granic;
Sroga dziewica ujrzała zawcześnie
Jak wierne serce uważała za nic.
Przy trupie jego ofiara złowroga
Umiera z sercem przebitem żelazem.
Ja wcześnie umrę, lecz nie ciesz się, sroga!
Bośmy za jedno, i pomrzemy razem.
Gdy mię przeżyjesz, o biada ci, biada!
Będę cię dręczył z najmilszą rozkoszą:
Gdy zechcesz spocząć, moja mara blada
I dzikie widma ze snu cię wypłoszą;
Gdy czuwać będziesz, tuż przy tobie stanie
Szkielet kościsty, otoczony w ciemno;
Będę cię wzywał przez głośne wołanie,
I zaklnę ciebie, byś cierpiała ze mną.
Złorzeczyć będziesz, żem umarł przez ciebie,
Przeklniesz twe wdzięki, twą duszę skalaną,
Zadymisz piekłom ofiarę siarczaną,
By mego ducha przebłagać w Erebie.
Lecz zapozwana o haniebne zbrodnie,

Skłonisz twą głowę przed piekielną władzą;
Tam twoja miłość uwieńczy się godnie,
Tam wedle dzieła nagrodę podadzą.
Gdzie Danaidy, mężów morderczynie,
Bezdennej stągwi napełnić nie mogą,
Gdzie potępieniec Iksyon nie ginie
Wplecion do koła, choć cierpi tak srogo,
Gdzie Syzyf kamień ku górze podchwyta,
Co wciąż odpada z góry pochylonej,
Gdzie Tytyusza rozwlekłe jelita
Żarłoczne ptaki rwą swojemi szpony, —
Musisz w tę czarną dostać się krainę,
Pomnożyć liczbę potępieńczych cieni.
Ja, niezmazany, nurt Styksu przepłynę,
Dojdę pól świętych, gdzie żyją zbawieni,
Gdzie niema trudów, gdzie nie jęczą z płaczem,
Gdzie śpiew i taniec, gdzie w cichej ustroni
Serdeczna Safo przed czułym słuchaczem
Dźwięk miodo-płynny swojej lutnie roni.
Z czołem obwitem w wawrzynowe liście,
Tuż siedzi Orfej na lirze oparty;
Dalej Lukrecy pieje uroczyście,
Co się tak pięknie wsławił swemi karty;
Za nimi cieniów tysiące zebrane,
Których podobne i losy, i dusze:
Tutaj i dla mnie miejsce zgotowane,
Znam mą niewinność i dobrze jej tuszę.
Giń z mego serca, mądrości jałowa,
Co wierzysz w pogrzeb i ciała, i ducha!
Ja wierzę w przyszłość, bo jej święte słowa
Brzmią w ziemskiem życiu, jak dobra otucha.
Ilekroć zmrokiem szmer usłyszysz rzezki,
Lubo po grobowcu przemknie się cień chyży,
Wtedy zapewne dobry duch niebieski
Święty swój polot ku ziemi przybliży,
Hamuje dufność, osładza złe losy,
Strapionych ziemi dźwiga pod Niebiosy.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł W rzeczywistości utwór pochodzi z księgi II., pod numerem 10.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jan Kochanowski i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.