Poeta do czytelnika

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Artur Oppman
Tytuł Poeta do czytelnika
Pochodzenie Poezje tom I Stare Miasto
Data wydania 1926
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Zakł. Graf. „Nasza Drukarnia“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

POETA DO CZYTELNIKA.



Czytelniku! chcę ci się, jak przyjaciel, zwierzyć
Z najpierwszych i najszczerszych poetyckich przeżyć,
Chcę ci odsłonić kartę, wtedy jeszcze białą,
Nie zagarniętą sercem, co tęsknotą drżało,
Czekającą na słowa, z których pieśń utworzę,
Urodzoną z mogiły, zapatrzoną w zorzę,
I z serc wyławiającą promyki płonące,
Aby je cisnąć w ciemność — i przypomnieć słońce.

To takie dawne czasy! Miałem lat dwadzieścia
I nie lubiłem domów i ulic śródmieścia,
Była w nich dla mych oczu i dla duszy mojej
Jakaś szarość ponura, której pieśń się boi.
Wraża moc, taka obca i znienawidzona,
Wzięła ów środek miasta w tyrańskie ramiona
I stawała na przekór buntom purpurowym,
Spotykanym kozakiem, żandarmem, stójkowym.


Moskal wlazł tu z butami, jak na swe podwórko.
Otoczony konwojem przelatywał Hurko,
Trójką w „dartego orła”, płaszczem owinięty,
Rwał oberpolicmajster, jak puhacz nadęty;
Dął od rot przechodzących wichr północy mroźny,
Byle portupej-junkier szedł, jak Iwan Groźny,
Wszystko było na pozór martwe, zimne, suche —
A w ulicach krążyły szpiegi czujnouche.

Jakże inaczej obok, za wąskim przesmykiem
Uliczki, co mi była niebios przewodnikiem;
Ledwom myśl swą i kroki, przeczuciem wiedzione,
Skierował w tamtą, wówczas tak nieznaną stronę,
Ledwom tchu jej zaczerpnął, który zmarłe budzi,
I spojrzał w twarz jej ludzi, odczuł pierś tych ludzi, —
Stało się, jak z miłością, co błyskawicami
Ogarnia istność całą: Tu będę żył, z wami!

W dwudziestej pierwszej wiośnie życie jest zaborem:
Chłonąłem Stare Miasto rankiem i wieczorem,
Oglądałem przecknione, w różowościach świtu,
Półsenne, uwieńczone gwiazdami błękitu,
Zalane sinem srebrem księżycowych nocy,
Hałaśliwe, jak dzieci, smętne, jak prorocy,
Zacinające zęby, jak ktoś, kto się wścieka,
Lecz wściekłość na czas dusi... I czeka... i czeka...

A to były godziny i dni, całe lata,
Jakby koszmar, jak wizja dantejskiego świata!
Przeszłość leżąca w grobie, przyszłość czarna, pusta,
Spętane siły życia, okowane usta;

W cenzurze na Miodowej egzekucje codnia:
Orzeł — wiosna — swoboda, ścigane, jak zbrodnia,
Czerwone wykreślenie za przestępstwo pierwsze,
Drugie: precz z tym poetą!.. No, i pisz tu wiersze!

A jednak, czyż podobna zmienić własną duszę,
Gdy przepojona szczęściem woła: śpiewać muszę!
Czyż można kazać zmilknąć powołanej na to,
Aby rozświetlić życie, co jest kazamatą,
I w więzienie narodu beznadziejnie głuche
Rzucić choćby promyczek, obudzić otuchę
I, rozżarzając w sercach uśpione tęsknoty,
Zmuszonym do pełzania — pokazywać wzloty!

I ujrzałem treść pieśni w tej starej dzielnicy.
Jej ludzie? Spójrzcie na nich! To nie niewolnicy!
W każdym z nich, jak cudownej lampy błysk płonący,
żył wielkości narodu płomień gorejący.
Cisi to byli ludzie, nieznani nikomu, —
Ale, jak duch przeszłości w opuszczonym domu
Wspomina dawną świetność, gdzie pustka grobowa, —
Tak mieszkała w ich sercu chwała narodowa.

Popatrzcie: przy straganie, w sklepiku, w warsztacie,
Im śnią się z lat młodości pamiętne postacie,
Gdy chyli się na piersi łeb, siwizną biały,
Budzą ich skwiry orłów, dźwięki trąbek, strzały,
Obrazy od lat dawnych niewidzianych cudów,
Bój za wolność ojczyzny i za szczęście ludów,
I każdy jest z osobna i są wszyscy razem
Wcieleniem lotu w sławę, co już śpi pod głazem.


I tak z życia tych ludzi powstała ta książka.
Dziś się ona przedemną rozwija, jak wstążka,
Wyblakła, ale sercu droga i kochana,
Żywej do dziś młodości słońcem wyzłacana,
Jak staroświecki sztambuch, lat ubiegłych szczątek,
Pełna powiędłych kwiatów, wspomnień i pamiątek,
To przetykana łzami, to bujna zapałem —
I stwierdzająca wiarę, co się stała ciałem!

O, szczęśliwa młodości! dni dzisiejszych dziecię!
Nie zapomnij w swem szczęściu o tym starym świecie!
Poświęć mu choć westchnienie, choć uśmiech młodzieńczy,
Ty, która żyjesz w słońcu, w siedmiobarwnej tęczy,
Wolną ziemię pod nogą, wolne masz powietrze
I słyszysz wolne pieśni, lecące na wietrze, —
Młodości! w nowej chwały świętej aureoli,
Uśmiechnij się do cieniów tych ludzi niewoli!

A oni, w swoich grobach czekając tak długo
Na ten dzień, co jest przecież ich także zasługą,
Ockną się pokolenia walczące i mężne,
Jakby im znów zagrały bitw trąby mosiężne,
I pojrzawszy oczyma w mogile szczęsnemi,
Ku swojej wielkiej, wolnej, ich krwią zlanej ziemi,
Złożą ręce do Boga, jak w świątyni, w grobie
I będą o, Młodości! błogosławić tobie!

1926




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Oppman.