Podróż w czasie/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Podróż w czasie
Podtytuł Opowieść fantastyczna
Wydawca Bronisław Natanson
Data wydania 1899
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Feliks Wermiński
Tytuł orygin. The Time Machine
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.
Wyjaśnienie.

O ile mogłem zauważyć, na całym świecie był taki sam bujny rozkwit, jak w dolinie Tamizy. Z każdego pagórka, na jaki wszedłem, widziałem taką samą obfitość wspaniałych budowli, urozmaiconych do nieskończoności pod względem stylu i materyału; takie same kępy drzew wiecznie zielonych, takie same drzewa, obciążone kwieciem i paprocie wyolbrzymiałe w drzewa. Tu i owdzie błyszczała woda jak srebro, a dalej ląd podnosił się w faliste niebieskawe pagórki i zlewał się w pewnej odległości z błękitem nieba.
Szczegółem, który mnie teraz przed innemi zaciekawiał, były osobliwszego rodzaju studnie okrągłe; niektóre z nich, jak mi się zdawało, dosięgały znacznych głębokości. Jedna leżała przy ścieżce, wiodącej na wzgórze, tej samej, którą szedłem w pierwszej mojej wędrówce. Jak i inne, studnia ta była okuta bronzem, misternie wykończona i osłonięta niewielką kopułą od deszczu. Siedząc przy takiej studni i patrząc w czarną otchłań, nie dostrzegłem wcale odblasku wody, nie mogłem też spostrzedz światła odbijającego się od zapałki. Lecz we wszystkich słyszałem szczególniejszy łoskot, jakby odgłos wielkiej jakiej machiny; a po płomieniu zapałki poznałem, że w te szyby wpływał stały prąd powietrza. Później w gardziel jednej studni rzuciłem skrawek papieru: nie spadł spokojnie na dół, lecz zniknął szybko, porwany przez wlatujące w głąb powietrze.
Po pewnym czasie zauważyłem pewną łączność tych studni z wysokiemi wieżami, które tu i owdzie stały na pochyłościach wzgórzy; powietrze drgało nad niemi tak samo w ciągłem falowaniu jak nad wystawionemi na słońce brzegami wód w dzień upalny. Z zestawienia tych dwu okoliczności wyprowadziłem poważny wniosek o rozległym systemacie wentylacyi podziemnej, której prawdziwego znaczenia wszakże trudno się było domyślić. Z początku gotów byłem widzieć w tem pewien związek z urządzeniami sanitarnemi tego ludu. Wniosek taki nastręczał się sam przez się, był jednak zupełnie mylny.
Muszę to przyznać, że bardzo mało poznałem kanały, rury podziemne i środki komunikacyi, oraz inne udogodnienia w ciągu mego pobytu na tym realnym świecie. W niektórych wizyach Utopii, w widzeniach obiecywanej Przyszłości, które czytałem, jest sporo szczegółów o budowlach, instytucyach społecznych i t. p. Nie trudno o nie, gdy się ma świat cały w swojej tylko wyobraźni; ale są one wręcz nieprzystępne dla rzeczywistego podróżnika pośród takich rzeczywistości, jakie ja tutaj spotykałem. Wyobraźmy sobie opowiadanie o Londynie, jakie powiezie z sobą do swego plemienia Murzyn świeżo przybyły z Afryki środkowej! Czego on się dowie o towarzystwach kolei żelaznych, o ruchu społecznym, o drutach telefonowych i telegraficznych, o towarzystwach sprzedaży gruntu na raty, o urządzeniu poczt i t. p., chociaż nam samym nie braknie chyba dobrej woli do wytłómaczenia mu tego wszystkiego? A nawet z tego, co rzeczywiście poznał, czy też wiele się nauczą odeń lub bardzo mu uwierzą jego przyjaciele i ziomkowie, którzy podróży z nim razem nie odbyli? Pomyślcie teraz, jak wązki jest pas oddzielający Murzyna od Białego w czasach obecnych i jak szeroka była przepaść pomiędzy mną a ludźmi Złotego Wieku!
Byłem wrażliwy na wiele rzeczy niewidzialnych, które służyły ku mojej wygodzie; lecz, pomijając wrażenie ogólne organizacyi automatycznej, obawiam się, że bardzo niewiele tylko różnic będę mógł umysłom waszym pod rozpoznanie poddać.
Naprzykład, w kwestyi grzebania zmarłych, nie mogłem dostrzedz żadnych oznak krematoryów, ani też czegoś podobnego do grobów. Wpadałem na myśl, że może cmentarze (lub krematorya) są gdzieś poza obrębem moich poszukiwań. Pytanie to zadawałem sobie z całą rozwagą, a ciekawość moja w pierwszej chwili doznała zupełnego zawodu. Sprawa ta wprowadziła mnie w podziw, i byłem zmuszony do zrobienia dalszej uwagi, która mnie zdziwiła jeszcze bardziej: mianowicie, że wśród tego ludu nie było starców, ani kalek, ani złożonych niemocą.
Muszę przyznać, że niedługo się zadawalniałem najpierwszem owem mniemaniem o cywilizacyi automatycznej i ludzkości upadającej; a jednak nie byłem zdolny myśleć inaczej. Pozwólcie mi tu wyłożyć napotkane trudności.
Kilka większych pałaców, które poznałem, były tylko mieszkaniami, wielkiemi stołowniami i sypialniami. Ani mechanizmu, ani urządzenia jakiegobądź rodzaju, nie dostrzegłem. A przecież ludzie ci ubierali się w ładne tkaniny, które co pewien czas musiały być sprawiane na nowo, sandały ich zaś, jakkolwiek pozbawione ozdób, były misternemi okazami wyrobów metalowych. Te rzeczy musiały być gdzieś robione, a mały ludek nie objawiał ani cienia dążności wytwórczych: nie miał ani sklepów, ani pracowni przemysłowych ani też urządzeń, któreby wskazywały dowóz z zewnątrz. Cały swój czas spędzali ci ludzie na miłej zabawie, na kąpaniu się w rzece, na półżartobliwych romansach, na spożywaniu owoców i — na spaniu. Nie mogłem zgoła dopatrzyć, jaki bieg miały u nich sprawy ekonomiczne.
A teraz, co się tycze Machiny Czasu: ktoś, nie wiem kto, schował ją do pustego piedestału białego sfinksa. Po co? Nie dojdę tego nawet za cenę życia. Dalej, te studnie bezwodne, te dziwne kolumny. Czułem, że tracę wątek. — Czułem — jak to powiedzieć?.. Przypuśćcie, żeście znaleźli napis, w którym tu i owdzie są zdania w dobrej angielszczyźnie, a wśród nich umieszczone inne, składające się z wyrazów, z liter nawet, zupełnie wam nieznanych.
Tak mi się tedy przedstawiał świat z roku 802701.
W dniu owym przypadkowo pozyskałem przyjaciela osobliwszego rodzaju. Zdarzyło się, żem się przypatrywał małemu ludowi, gdy się kąpał na mieliźnie; jedno z nich dostało kurczów i prąd rzeki porwał je i uniósł. Prąd był szybki, lecz nie nazbyt silny, nawet dla pływaka średniej siły. Da wam to pojęcie o szczególnem niedołęztwie tych ludzi, gdy wam powiem, że nikt nie zrobił najmniejszego wysiłku dla ratowania drobnej istoty, która tonęła w ich oczach. Spostrzegłszy to, szybko zrzuciłem ubranie, przebiegłem wbród do pewnego punktu poniżej prądu, pochwyciłem biednego robaka i bezpiecznie wyniosłem go na ląd. Była to kobieta. Rozcieranie ciała, co nawet nie trwało długo, szybko powróciło jej przytomność, i z zadowoleniem zobaczyłem, iż przyszła do siebie jeszcze przed mojem odejściem. Miałem o nich wszystkich tak niepochlebne wyobrażenie, żem się nawet wcale nie spodziewał wdzięczności. Pod tym względem wszakże myliłem się.
Wypadek wydarzył się rano. Po południu znowu spotkałem małą kobietkę, jak przypominam sobie, gdym powracał z wycieczki rozpoznawczej do głównej swej kwatery. Powitała mnie okrzykami zadowolenia i obdarzyła dużą girlandą kwiatów — widocznie zrobioną dla mnie. Uderzyło to moją wyobraźnię. Bardzo być może, iż nie czułem się uszczęśliwionym; w każdym razie zrobiłem wszystko, co można, aby okazać, ile sobie cenię podarek. Niedługo potem siedzieliśmy razem na małej ławeczce kamiennej, zajęci rozmową, składającą się głównie z uśmiechów. Przyjaźń tej istoty wyrażała się tak, jakby uczucia swe mogło wyrazić dziecko. Dawaliśmy sobie wzajemnie kwiaty, a ona całowała mi ręce. Ja robiłem to samo z jej rękami. Następnie próbowałem rozmawiać i dowiedziałem się, że ma na imię «Uina» imię, które wydało mi się dla niej stosownem, chociaż nie wiedziałem, co znaczy. Taki był początek dziwnej przyjaźni, która trwała tydzień, a jak się zakończyła — opowiem!
Była zupełnie dziecinną. Wszędzie chciała być razem ze mną, wszędzie za mną chodzić; a gdy podczas najpierwszej potem wycieczki ja chciałem zmęczyć ją chodzeniem, pozostawić w tyle i porzucić, to, wyczerpana z sił, wołała za mną żałośnie. Należało przecież raz już opanować zagadki tego nieznanego świata. Powiedziałem sobie, że nie po to dostałem się w Przyszłość, aby prowadzić flirt w miniaturze.
Z tem wszystkiem wielki był jej smutek, ilekroć ją porzucałem na drodze; niekiedy nawet z rozpaczą wyrażała mi swe żale przy pożegnaniu, tak, iż sądzę, że miałem tyle niepokoju, ile zadowolenia, z jej przywiązania; niemniej jednak była dla mnie prawdziwie wielkiem pokrzepieniem. Sądzę, że przylgnęła do mnie czysto dziecinnem przywiązaniem. Dopiero poniewczasie poznałem, jaką każdem rozstaniem się sprawiałem jej przykrość, i wtedy też dopiero pojąłem jasno czem była dla mnie, gdy już było zapóźno. Bo przy pozorach czułości, okazując, na swój błahy sposób, troskę o mnie, mała laleczka ożywiona sprawiała swem przywiązaniem to, że, gdym wracał w sąsiedztwo białego sfinksa, doznawałem takiego uczucia, jakbym do domu swego powracał. Zaledwie zeszedłem z pagórka, wyczekiwałem już jej drobnej postaci, w biel i złoto przyodzianej.
Od niej także dowiedziałem się, że przestrach nie porzucił jeszcze tego świata przyszłości. Była dość odważną we dnie i pokładała we mnie zadziwiającą ufność. Raz, żartując sobie, zrobiłem groźną minę, a ona wręcz roześmiała mi się w oczy. Lecz obawiała się ciemności, obawiała się mroku, obawiała się rzeczy czarnych. Ciemność była dla niej jedynym przedmiotem strachu. Było to szczególnie silne wzruszenie i zniewoliło mnie do rozmyślań i postrzeżeń. Poznałem, pomiędzy innemi, że ten mały ludek po zmroku zbiera się do dużych domów i śpi gromadnie. Gdy się wchodziło do nich bez światła, wtrącało się ich w zamęt i przerażenie. Po zmroku nigdy nie spotkałem nikogo; nikt nie chodził po dworze, nie spał przed domem. Zawsze jednak byłem tak nierozsądnym, że zapominałem o tej lekcyi strachu i upierałem się na przekór zgryzotom Uiny, aby spać zdala od tego rozespanego tłumu. Martwiło ją to bardzo, lecz w końcu jej dziwne przywiązanie do mnie wzięło górę i w ciągu pięciu nocy naszej znajomości, licząc w to noc ostatnią, spała, oparłszy głowę na mem ramieniu.
Lecz gdy tak się nią zajmuję, własne moje dzieje dopominają się już opowieści. Musiała to być noc przed jej wyratowaniem, kiedy się obudziłem o świcie. Byłem niespokojny, miałem sny bardzo przykre; śniło mi się, że tonę i że anemony morskie chodzą mi po twarzy, obmacując ją miękkiemi swemi czułkami. Zerwałem się ze snu w dziwnem przypuszczeniu, że jakieś szarawe zwierzę w tej chwili wybiegło z pokoju. Próbowałem zasnąć na nowo, lecz czułem niepokój i udręczenie. Była to godzina brzasku dnia, kiedy różne rzeczy wypełzywają z mroku, kiedy wszystko jest bezbarwne i ostro się odrzyna, a nic nie daje się oku w prawdzie swej pochwycić. Wstałem i wstąpiłem w progi wielkiej sali, a następnie wyszedłem na kamienny taras przed pałacem. Przyszła mi myśl, żeby spełnić cnotę z konieczności i zobaczyć wschód słońca.
Księżyc zachodził, a zamierające jego światło i pierwsza bladość brzasku mieszały się w ponure półoświetlenie. Krzewy były czarne jak atrament, łąka ciemno - szara, a niebo bezbarwne, smutne. I zdało mi się, że na pagórku widzę duchy. Po trzykroć, gdy się wpatrywałem w pochyłość pagórka, widziałem białe postacie. Dwukrotnie dostrzegłem pojedynczą, białą istotę podobną do małpy, jak szybko biegła na wierzchołek wzgórza, a raz około siebie ujrzałem kilka ich w gromadzie jak niosły czarny jakiś przedmiot. Oddaliły się z pośpiechem. Nie wiedziałem co się z niemi stało; prawdopodobnie znikły w krzakach. Pamiętajcie, że dopiero się rozwidniało. Ogarnęło mię owo mrożące, nieokreślone uczucie wczesnego poranku, które musicie znać dobrze. Oczom własnym nie wierzyłem.
Gdy niebo na wschodzie się rozjaśniło, gdy powróciło światło dnia i świat odzyskał napowrót żywe swe barwy, przyjrzałem się bacznie okolicy. Nie spostrzegłem ani śladu białych postaci. Były widać istotami półmroku. — Musiały to być duchy — rzekłem do siebie — nie wiem, skąd się biorą. Przyszedł mi do głowy dziwny pomysł Granta Allen’a i ubawił mnie na razie. Allen dowodził, że jeżeli każde pokolenie, umierając, zostawia po sobie swe duchy, to w końcu przepełnią one świat. Podług tej teoryi przybyła ich nieskończona ilość od przeszło ośmiuset tysięcy lat, nic przeto dziwnego, że zobaczyłem ich aż cztery naraz — lecz zadowolniłem się tym żartem i myślałem o tych postaciach całe rano, dopóki uratowanie Uiny nie usunęło ich z mej myśli. W nieokreślony sposób pojęcie o nich łączyłem z owym zwierzem białym, którego spłoszyłem był podczas pierwszego gwałtownego poszukiwania Machiny Czasu... Uina była miłym darem, otrzymanym wzamian za to, com utracił. Istotom owym przeznaczone było wkrótce okrutniej umysłem moim zawładnąć.
Zdaje się, że już mówiłem, o ile cieplej niż obecnie było w owym wieku złotym. Nie umiem sobie z tego zdać sprawy. Być może, że słońce było gorętsze, lub ziemia krążyła bliżej słońca. Powszechnem jest przypuszczenie, że słońce będzie stale coraz-to bardziej stygło w przyszłości. Wszakże ludzie nieobznajomieni z tego rodzaju teoryami jak Darwina młodszego zapominają, że planety muszą wreszcie jedna po drugiej spadać na macierzyste swe ciała niebieskie. Gdy się zdarzy taka katastrofa, słońce zacznie świecić ze wznowioną energią; być może, że któraś z planet wewnętrznych uległa już temu losowi przed mojem zawitaniem do świata Przyszłości. Ale z jakiejkolwiek bądź przyczyny, dość, że słońce było daleko gorętsze, niż obecnie.
I tak, podczas gorącego poranku, piątego dnia, jak sądzę, gdy szukałem osłony przed żarem i upałem w ogromnych ruinach około wielkiego domu, w którym jadałem i sypiałem, spotkałem dziwną istotę. Gdym się wdrapywał na urwisko murów, spostrzegłem wązki loch, którego głąb i okna boczne były zasypane spadającym gruzem. Z początku wydawało się tam nieprzenikliwie ciemno wskutek przeciwieństwa z jasno oświetlonym widokiem zewnętrznym. Wszedłem ostrożnie, krok za krokiem, bo wskutek przejścia ze światła do ciemności przed oczyma migały mi barwne plamy. Nagle stanąłem jak wryty. Para oczu błyszczących od odbłysku światła zewnętrznego goniła mnie w ciemnościach.
Owładnęła mną stara, instynktowna trwoga, jaką nas przejmuje zwierz dziki. Zacisnąłem pięści i patrzałem prosto w iskrzące się ślepia. Bałem się obrócić. Następnie przyszła mi do głowy myśl o owem zupełnem bezpieczeństwie, w jakiem zdawała się żyć ludzkość. Przypomniałem sobie wówczas dziwną obawę ciemności, jakiej lud ten ulega. Zapanowawszy do pewnego stopnia nad strachem, postąpiłem krok naprzód i przemówiłem. Przypuszczam, że głos mój był twardy i niepewny. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem się czegoś miękkiego. W tej chwili oczy moje zwróciły się na bok i znowu coś białego przebiegło obok mnie. Obróciłem się z duszą na ramieniu i ujrzałem jak dziwna, podobna do małpy, postać, z dziwacznie zwróconą na dół głową przebiegła za mną przez kawałek drogi oświetlonej. Potknęła się o złom granitu, zatoczyła się w bok i po chwili znikła w czarnym cieniu poza urwiskiem rozwalonego muru.
Wrażenie moje nie jest z pewnością doskonałem; lecz wiem, że miała barwę brudno-białą i dziwne oczy duże, szarawo - czerwone; wiem również, że miała konopiaste włosy nagłowie i karku. Lecz, jak powiedziałem, zbyt nagle znikła, abym się mógł jej przyjrzeć. Nie zdołam nawet powiedzieć: czy biegła na czworakach, czy też tylko ramiona bardzo nizko opuściła, pochyliwszy się naprzód. Podążyłem za nią do drugiego rumowiska. Z początku nie mogłem jej znaleźć; ale po pewnym czasie w głębokiej ciemności doszedłem do jednego z tych otworów okrągłych, podobnych do studni, o których już wspominałem, zasłoniętego powaloną kolumną. Zaświtała mi nagle myśl: czy nie znikła w otchłani studni? Zaświeciłem zapałkę i, patrząc w dół, ujrzałem małą postać białą z temi samemi dużemi, jasnemi oczyma, które patrzyły na mnie bez przerwy podczas owego odwrotu. Dreszcz mną wstrząsnął. Było to stworzenie podobne do ludzkiego pająka! Czepiając się ścian, schodziło w dół studni. Teraz dopiero po raz pierwszy ujrzałem cały ciąg metalowych szczebli i rączek, które tworzyły coś w rodzaju schodków prowadzących na dół. Zapałka poparzyła mi palce i wypadła z rąk, a gdym zapalił drugą, małego potwora już nie było.
Nie wiem jak długo siedziałem, patrząc w głąb studni. Dopiero po upływie pewnego czasu zdołałem dojść do przekonania, że istota, którąm widział, była istotą ludzką. I tak stopniowo rozjaśniła mi się prawda: że człowiek nie pozostał gatunkiem jednolitym, lecz zróżniczkował się na dwa różne typy zwierzęce; że piękne dzieci ze świata żyjącego na powierzchni ziemi nie były jedynymi potomkami naszego pokolenia, lecz że również i te wybladłe, wstrętne istoty nocne, które uciekały przede mną, miały prawo do dziedzictwa wieków.
Pomyślałem o dziwnych owych kolumnach i o mojej teoryi wentylacyi podziemnej. Zaczynałem już rozumieć prawdziwe kolumn znaczenie i zapytywałem sam siebie: czem mogą być te lemury w moim schemacie organizacyi doskonale zrównoważonej? W jakim są stosunku do leniwej błogości pięknych ludzi na ziemi? Co się ukrywa tam w dole, na dnie tego szybu? Siedziałem na brzegu studni i mówiłem sobie, że bądź co bądź nie mam się czego obawiać i muszę zejść na dół dla rozwiązania zagadki. Tak mówiłem, a jednocześnie bardzom się zejść obawiał.
Podczas tego wahania się dwoje pięknych ludzi podsłonecznych przebiegło ze światła dziennego w cień. Mężczyzna ścigał kobietę w igraszce miłosnej i ciskał w nią kwiatami podczas gonitwy. Obecność moja wprawiła ich w przykre zakłopotanie. Oparty o wywróconą kolumnę, wpatrywałem się w głąb studni. Widocznie źle było zwracać uwagę na te głębiny, bo gdym wskazał na studnię i chciałem w ich języku zapytać: coby znaczyła? — zmieszali się jeszcze bardziej i odwrócili ode mnie. Lecz zajęły ich moje zapałki; zapaliłem jeszcze kilka, jedynie tylko, aby ich ubawić. Znowu zagadnąłem o studnię, i znowu nie udało mi się otrzymać odpowiedzi. Pozostawiłem ich samym sobie, aby powrócić do Uiny i zobaczyć czy się od niej czego nie dowiem. Lecz umysł mój już był wzburzony; domysły moje i wrażenia dążyły do nowego przystosowania się. Miałem już teraz nić prowadzącą do poznania ważności tych studni i wież wentylacyjnych, do zbadania tajemnicy duchów, pomijając już wskazówkę co do znaczenia drzwi bronzowych i losów Machiny Czasu! I w mglistych zarysach nasuwał mi się już pomysł do rozwiązania zagadki ekonomicznej, która mię tak żywo zajmowała.
Otwierał się tu nowy pogląd. Istotnie, ten drugi gatunek człowieka był podziemnym. Trzy szczególniej okoliczności zmuszały mnie do mniemania, że rzadkie ukazywanie się tego gatunku na powierzchni ziemi było następstwem długotrwałego nałogu życia pod ziemią: po pierwsze, blady wygląd, pospolity u większości zwierząt, które głównie żyją pod ziemią — jak, naprzykład, białe ryby w grotach Kentucky; następnie, oczy duże, obdarzone zdolnością odbijania światła, a będące wspólnem znamieniem stworzeń nocnych — czego świadkami sowa i kot; i wreszcie, ten oczywisty niepokój na świetle słonecznem, to pośpieszne a ociężałe chronienie się w czarny cień, osobliwsze trzymanie głowy na świetle — wszystko stwierdzało teoryę o niezmiernej czułości siatkówki.
A zatem pod mojemi stopami ziemia musi być ogromnie podziurawiona tunelami, a te tunele są siedliskiem nowej rasy ludzkiej; obecność zaś szybów wentylacyjnych i studni wzdłuż pochyłości wzgórzy, wszędzie, z wyjątkiem doliny rzecznej, wskazywała jak powszechne są ich rozgałęzienia. Cóż naturalniejszego nad przypuszczenie, że prace niezbędne dla dogodnego życia rasy podsłonecznej są wykonywane w tym sztucznym świecie podziemnym? Myśl ta tak mnie nęciła, że przyjąłem ją odrazu i doszedłem do objaśnienia: dlaczego ród ludzki rozszczepił się na dwie części. Sądzę, że już chwytacie zarys tej teoryi, jakkolwiek ja sam wkrótce przekonałem się jak daleką jest ona od prawdy.
Najpierw, umysłowi wychodzącemu ze stanowiska naszego wieku i jego zagadnień wydawało się jasnem jak słońce, że stopniowe zwiększanie się różnicy pomiędzy kapitalistą a pracującym, różnicy dziś tylko przemijającej i społecznej, było kluczem całego systematu. Zapewne, wyda się to wam śmiesznem, szalonem i nie do uwierzenia; ale nawet i dziś już są pewne okoliczności wytykające dla myśli drogę w tym kierunku. Dziś już jest dążność do spożytkowania przestrzeni podziemnych dla mniej estetycznych celów cywilizacyi; istnieje w Londynie kolej metropolitalna, naprzykład, są nowe tramwaje elektryczne, są drogi podziemne, podziemne pracownie i restauracye, a wszystko to mnoży się i rośnie... Oczywiście, — myślałem sobie, — dążność powyższa ustawicznie wzrastała, aż wreszcie przemysł stracił stopniowo swoje przyrodzone prawo do światła dziennego. Zdaje mi się, że schodził coraz głębiej i głębiej, w coraz większe targowiska podziemne, i spędzał w nich czas coraz dłuższy, aż w końcu... I dziś już nawet czyż robotnik z East-Endu nie żyje w tak sztucznych warunkach, że faktycznie jest odciętym od naturalnej powierzchni ziemi?
Z drugiej znowu strony wyłączna dążność ludzi bogatych, — skutek, bezwątpienia, wzrastającego wykwintu ich wychowania i coraz - to szerszej przepaści pomiędzy nimi i nieokrzesaną siłą biedaków — dziś już prowadzi ich do zagarniania we własnym interesie, na własny wyłączny użytek, znacznych obszarów powierzchni kraju. Około Londynu, naprzykład, już prawie połowa ładniejszych wsi jest niedostępną. I ta sama rozszerzająca się przepaść, która powstała wskutek długotrwałości i wielkich nakładów na wyższe wykształcenie, oraz wskutek większej łatwości i pochopu do wykwintnych nałogów w klasie bogatej, czynić będzie coraz rzadszą tę wymianę krwi pomiędzy klasami, te wspinanie się w górę za pomocą małżeństw, które dziś właśnie opóźnia rozpadanie się naszego gatunku wzdłuż linii uwarstwień społecznych: — tak, iż w końcu na powierzchni ziemi znajdą się posiadacze, których celem w życiu będzie przyjemność, wygoda i piękno, a pod powierzchnią ziemi nieposiadacze; przyczem ludzie pracujący będą się przystosowywali coraz bardziej do warunków swej pracy. A gdy raz już znajdą się w tem przystosowaniu, bezwątpienia będą już potem musieli płacić czynsz, z niego zaś niemałą część za samą tylko wentylacyę swych jaskiń; jeżeli zaś odmówią, zostaną zagłodzeni i uduszeni w podziemiach. Ci z pomiędzy nich, których sama ich natura urobi na nieszczęśliwych i buntujących się, wymrą; aż w końcu zrównoważenie się ustali: ci, co przetrwają, będą już tak dobrze przystosowani do warunków życia pod ziemią i tak szczęśliwi w swojem połoniu, jak lud na powierzchni ziemi w swojem. Podług mego zdania, zarówno wykwintną piękność jak i wypłonioną bladość przyniósł tylko naturalny rozwój stosunków.
Wielki tryumf ludzkości, o którym marzyłem, przybrał już teraz inną postać w moim umyśle. Nie było takiego rozkwitu wychowania moralnego i współdziałania powszechnego, jaki sobie wyobrażałem. Zamiast tego spostrzegłem arystokracyą prawdziwą, uzbrojoną w wiedzę doskonałą i wyprowadzającą wnioski logiczne z systematu przemysłowego doby obecnej. W jej tryumfie było, nie samo tylko proste opanowanie przyrody, lecz owładnięcie zarazem przyrodą i bliźnim. Muszę ostrzedz, że taką była moja teorya w owym czasie. Nie miałem odpowiedniego przewodnika w idealnych obrazach książek utopijnych.
Moje tłómaczenie może być zupełnie mylnem, utrzymuję wszakże, iż jest jednem z najłatwiej dających się przyjąć. Lecz nawet i w tem przypuszczeniu cywilizacya zrównoważona, którą nareszcie osiągnięto, dawno już musiała przejść swój zenit i obecnie już głęboko chyliła się ku upadkowi. Zbyt doskonałe bezpieczeństwo Podsłonecznych wprawiło ich w powolny ruch w kierunku zwyrodnienia, doprowadziło ich do ogólnego skarłowacenia pod względem wzrostu, siły i inteligencyi. Już teraz widziałem to dostatecznie jasno. Nie wiedziałem jeszcze jaki los spotkał Podziemnych, lecz już z tych Morloków — taką, nawiasem mówiąc, mieli oni swoistą nazwę, — których widziałem, wnieść mogłem, że w nich przemiana typu ludzkiego była jeszcze głębszą, niż w Elojach, owej pięknej rasie, którąm już przedtem był poznał.
Ogarnęły mnie później wątpliwości niepokojące. Po co Morloki zabrali moją machinę? miałem bowiem już pewność, że to oni ją wzięli. Dlaczego zresztą Eloje, jeżeli to oni byli panami, nie mogli mi jej zwrócić? I dlaczego tak straszliwie obawiali się ciemności?

Wróciwszy, zacząłem wypytywać Uinę o ten świat podziemny; lecz tu znowu spotkało mnie rozczarowanie: z początku nie rozumiała moich pytań, później stanowczo odmówiła odpowiedzi. Drżała tak, jak gdyby ten przedmiot był dla niej nie do zniesienia, gdy zaś wywarłem na nią pewien przymus, może cokolwiek brutalnie, rozpłakała się. Były to jedyne łzy, oprócz moich własnych, jakie widziałem w tym Złotym Wieku. Na widok tych łez przestałem odrazu dręczyć delikatną istotę o Morloków i starałem się już tylko spędzić i te również dowody dziedziczności ludzkiej z oczu miłego stworzenia. Wkrótce potem uśmiechała się już i klaskała w ręce, gdym uroczyście zapalał zapałkę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Feliks Wermiński.